100 dni pracy na swoim - Ania
Rychtyg życie Z głową

100 dni pracy na swoim – jak życie?

(Na zdjęciu to ja podczas pracy na swoim/na łóżku/na krakowskim Kazimierzu. Mój domyślny wyraz twarzy to “I’m dead inside”, akceptuję to!)

 

Zdradzę wam zakulisowy szczegół na temat Rychtyg-bloga – moje ulubione wpisy to te, na które wchodzi bardzo mało ludzi. To nie o tym, że się nie znacie – przeciwnie, wy się znacie! To o tym, że czasami już tak starannie przymilę się wyszukiwarkom, że ląduję wysoko na popularnych hasłach.

I teraz tak – wyobraźcie sobie, że wchodzi ktoś sobie w post o “najlepszych podcastach kryminalnych” albo “mało znanych serialach” albo nawet “co przeczytać w 2019”.

I wchodzi, scrolluje, sądząc po czasie spędzonym na stronie, coś tam nawet dla siebie znajduje. Ale równie szybko (tak sobie to przynajmniej wyobrażam) zdaje sobie sprawę, że dygresje na pół tekstu i lufa dowcip-karabinu wycelowana we własną niezdarność to nie jest jego (chłopy częściej stąd w ten sposób zwiewają) klimat.

Czuję więc potrzebę aby docenić te czytelniczki (i tych czytelników też – stanowicie całą ćwiartkę mojej blogospołeczności), które po lekturze nie uciekają tylko zostają na dłużej. A potem jeszcze w ankietach (no jednej ankiecie i wiem, że to dupo-badanie było, ale dupo-dane i tak mnie zadowoliły) klikają, że “więcej lajfstajlu dej Ania”.

To deje. Dziś o tym, że piszę te słowa w poniedziałek, a ja siedzę na kanapie, a w szerszym kontekście to właściwie siedzę na Garbie Lubawskim. Rzecz nie do pomyślenia w niektórych rzeczywistościach pracowych, a w niektórych nie tylko możliwa, ale i konieczna. Konieczna, bo jak się zapomina o istnieniu świąt państwowych, to trzeba pamiętać o poniedziałkach w pięknych okolicznościach przyrody.

Wszystko dlatego, że od pierwszych dni marca pracuję na swoim, a innymi słowami: zostałam freelancerką. Chociaż mój współlokator twierdzi, że nie powinniśmy się nazywać “freelancerami” tylko “konsultantami”.

I coś w tym jest, bo słowo freelancerka przechodzi mi przez gardło z trudem zarezerwowanym dotychczas tylko dla słów “nie, dzięki” kiedy ktoś częstował chipsami. Żaden to syndrom oszusta, po prostu brzmi jak woltyżerka i lanserka na raz, dajcie spokój. A do tego wywołuje u bliskich i dalszych poczucie, że ojeju bidulko, musimy ci szybciutko nakręcić jakieś zlecenia. A żonglowania zleceniami nigdy nie chciałam. Żonglerki to mam dość kiedy próbuję nie upuścić przedmiotów, które akurat trzymam w ręku.

Konsultantka z kolei brzmi jak połączenie pani z biznesu MLM i pani, która doradza w kwestii bezpieczeństwa reaktorów RBMK. A chociaż HBO pomogła nam wszystkim uwierzyć, że podstaw energetyki jądrowej można się nauczyć podczas krótkiego lotu helikopterem, to jednak ja chyba nie mam do tego tematu predyspozycji. Skąd wiem? Ano stąd, że relacjonując serial Czarnobyl własnej mamie upierałam się, że strażacy gołymi rękami nosili napromieniowany… grafen. Ot, innowacja.

Ustaliliśmy więc już, że w kwestii nazewnictwa mojej pracy nie ma absolutnie żadnych postępów od ładnych kilku lat – nadal nie wiadomo co robię, ale coś przy komputerze.

Zmieniło się natomiast to, że nie wsiadam już na rower/w tramwaj, aby przetransportować się do biura. Zostaje w domu albo jadę w ładne miejsca, jedynym warunkiem jest solidne wifi.

 

Dlaczego “na swoim”?

Jak wielu konsultanto-freelancerów, na ten rodzaj działalności zdecydowałam się dlatego, że chciałam robić to co potrafię najlepiej i lubię najbardziej. I ktoś złośliwy mógłby teraz powiedzieć “czyli opłacać podatki i ogarniać fakturki”. Owszem, własna działalność i praca z różnymi klientami wymaga tego żeby od czasu do czasu zrobić coś papierkowego, ale nie jest to wcale aż tak czasochłonne jak każą myśleć ludowe podania. No i bycie księgową to jeden z tych nieoczywistych zawodów, które mogłabym wykonywać gdybym musiała się zdecydować na prostolinijną życiową ścieżkę. Na widok ładnej formułki w arkuszu kalkulacyjnym dostaję dreszczy zadowolenia, nic nie poradzę.

Druga przyczyna decyzji o przejściu na bycie samemu sobie sterem, żeglarzem i śrubokrętem? Lubię nietypowy rytm pracy. Kiedyś nazywałam to upodobanie jako “lubię pozapie*dalać”. No bo kwitłam w czasie podwójnych sesji na podwójnych studiach, w trakcie przygotowań do konkursów czy w pracowym “crunch time”. Teraz wiem, że nie chodzi o samą miłość do pracy na pełnych obrotach – ten zapie*dol musi mieć dla mnie datę ważności, po której resetuję głowę i wcinam czereśnie. W związku z tym teraz pracuję czasem po 12 godzin, czasem po 8, czasem po 4, a jeszcze czasem po 0. I chociaż sto dni to dla mnie za mało żeby zabić trenowany kilka etatowych lat wyrzut sumienia “Ania, to dopiero 15, a Ty już leżysz z książeczką?”, to radzę sobie z tym coraz lepiej.

 

Co ja właściwie robię?

Głównie to piszę, a poza tym uczę innych i przy okazji siebie też. Innymi słowy najczęściej pracuję nad tworzeniem treści, ale współpracuję też z serwisem edukacyjnym zza oceanu, którego subskrybentów mentoruję. Oczywiście, część mojego czasu to tematy związane z rodzinnym przemysłem blogowym – bo oprócz tworzenia Rychtygowych postów, wspieram też mamę-Nauczoną w tych nieco bardziej technicznych aspektach jej przedsięwzięć. Powiedziałam sobie bowiem głośno i wyraźnie, że:

 

Blogowanie to praca

Długo wierzyłam, że skoro nie kasuję za posty grubych hajsów, to nie wypada mi tworzyć inaczej jak “po godzinach”. A jest to zdanie błędne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – większość hajsów, grubych i cienkich, jakie skosiłam w swoim życiu zaczęło się od bloga, którego oglądali pierwsi pracodawcy jako zamiennik portfolio (którego nie mam do dzisiaj!) i  gwarant, że umiem pisać. Po drugie – wiem, że da się po godzinach tworzyć dobrego bloga i zaangażowaną społeczność, ale u mnie lepiej działa tworzenie obu rzeczy “w godzinach”. Kochaj to co robisz, a nie przepracujesz żadnego dnia w swoim życiu? Nie o mnie. Kocham robić wiele rzeczy, które wykonuję “pracowo”, ale nie znaczy to, że nie zjadają mi energii, siły i mocy. Dla własnego dobra więc grzecznie traktuje je ciągle jako pracę, po której odpoczywam w inny sposób.

 

To mnie zaskoczyło

Skoro mój życiowy update kręci się wokół początków pracy freelancerki, to wypada podzielić się też małymi zaskoczeniami, na których upłynęło mi poprzednie sto dni.

Po pierwsze – o kurde, ale dużo ludzi nie siedzi w pracy! Spodziewałabym się emerytów i rencistów, spodziewałabym rodziców z wózkami, spodziewałabym dzieci na dużej przerwie. Ale nie spodziewałam się tego, że miasto Poznań między 10 a 14 żyje życiem co najmniej tak zatłoczonym jak popołudniami. I wyobrażacie sobie, że w południe tworzą się korki? Dokąd zmierzają Ci ludzie, i dokąd zmierzamy my wszyscy, hm?

Po drugie – praca z domu jest efektywna. Tego, że nie będzie obawiałam się na tyle, że poważnie rozważałam korzystanie z usług jakiegoś coworkingu. I być może jeszcze skorzystam, bo zbijania piątek z koleżankami i kolegami z pracy rzeczywiście mi brakuje. Ale zupełnie nie spełniły się moje obawy związane z pracą w domowym zaciszu. Siadam do biurkostołu rano, wstaję od niego kiedy należy, nie czuję potrzeby pracowania w piżamie, a do tego pamiętam o odpowiednim nawodnieniu. Gdyby szefowej wypadało, ogłosiłabym samą siebie pracownicą miesiąca (a konkretnie trzech i pół). Nie wypada, ale i jeszcze nie do końca się kwalifikuję, o czym niżej.

 

Nad tym jeszcze pracuję

Trzecim powodem, który pchał mnie w kierunku tego własnego okrętu i takich tam, było to, że trzymałam w głowie pomysły na projekty, które niektórzy trzymają w szufladzie. Takie wiecie “o kurde, ale by to było dobrze zrobić”, ale ciężko się za nie zabrać.

Uznałam, że ciężar zabierania się złagodzi większa ilość “czasu na innowacje”, który wydzielę z dnia pracy i świadomie załaduje w tego typu pomysły. No i nie uwierzycie – wcale go nie wydzieliłam! Nad planowaniem i strategią w dalszym ciągu więc pracuję, ale z niesłabnącym entuzjazmem. Ktoś z was ma doświadczenie w planowaniu takich pasjonarskich projektów? Dobre rady przyjmę bardzo chętnie!

Tak czy owak – po pierwszym kwartale pracy bez parasola jednego pracodawcy nie rozglądam się za kolejnym etatem, a i liczba skonsumowanych tekstów kultury jest jakby większa, co zazwyczaj pokazuje ile zostaje mi wolnego czasu. Wyniki pierwszej fazy eksperymentu pracy na swoim uważam więc za obiecujące. Jak obrosnę w piórka i doświadczenie, być może ubiorę je w nieco bardziej poradnikowy tekst.   

 

A wy powiedzcie czy takie statusy z życia interesują was, bo was lubię bardziej niż wyszukiwarkę, która za chwilę powie mi “Ania, to nie przejdzie!”.

You Might Also Like...

6 komentarzy

  • Reply
    Nieśmigielska
    24 czerwca 2019 at 23:06

    Pewka, że interesują. Ale mnie interesuje wszystko, co (i jak!) napiszesz 😉

  • Reply
    Rossie
    25 czerwca 2019 at 05:13

    Mnie też interesują ale ja to wiadomo, ciekawość co się u starych znajomych dzieje zawsze silna 😉

    • Reply
      Ania
      25 czerwca 2019 at 17:59

      Postaram się zaspokajać 🙂

  • Reply
    Jowita z ifrosu :p
    25 czerwca 2019 at 12:28

    Pisz Ania „byle co”. Super się Ciebie czyta! 😉

    • Reply
      Ania
      25 czerwca 2019 at 17:59

      <3

  • Reply
    Kuba
    28 czerwca 2019 at 13:22

    <3

Leave a Reply