Bardzo Rychtyg

Polecam bardzo rychtyg treści – Maj 2019

Tak jak wspominałam w poprzednim, baaardzo obszernym odcinku polecanych treści, seria Bardzo Rychtyg pozostaje stałym cyklem na blogu. Zmiana jest taka, że zamiast aranżować rekomendacje w kategorie tematyczne, dostajecie je w porządku rzeczywistym – no bo skoro u mnie trwa mocna fascynacja nowym serialem, to czemu wy macie się o niej i o nim dowiedzieć za pół roku, hm?

Witajcie więc w majowej odsłonie Bardzo Rychtyg, w której gorąco polecę dziewięć tytułów, umiarkowanie pochwalę cztery… i wspomnę też o Grze o Tron.

 

Filmy

Drugie pytanie jakie zadają mi ludzie, którzy dowiadują się, że pracuję z domu to: A nie jest tak smutno nie wychodzić z domu? (pierwsze brzmi: Pracujesz w piżamie?). I ja im zawsze odpowiadam, że właśnie wychodzę z domu i korzystam z bogatej oferty kulturalnej miasta. A dzisiejszy wpis pokazuje jasno i dobitnie, że figa tam, korzystam. Bo w kinie to ostatnio nie byłam ani razu, a jedyny opisywany dziś wpis oglądałam… na Netfliksie.

Chodzi o Bird Box czyli ten film z Sandrą Bullock i zawiązanymi oczami. Czemu zawiązane oczy? Ano, bo jak nieopatrznie spojrzysz na świat i zobaczysz złowrogi wietrzyk, to od razu popełnisz samobójstwo. Nie kłamię, taka fabuła! I możemy wszyscy być dziećmi renesansu serialowego, które 15 lat temu gorliwie przekonywały znajomych “Ależ tak, to możliwe, że czarny dym ich zabija! To wszystko dlatego, że to jest alternatywna oś czasu”, ale fabuła Bird box i tak brzmi średniawo.

I film jest, a jakże – średniawy. Nie staje w ogóle w szranki z innym horrorem-hiciorem o ochotniczej deprywacji sensorycznej czyli Cichym Miejscem (jeśli nie widzieli, to polecam!). Jest jednak jedna cecha, która sprawia, że Bird box jest filmem, o którym tu w ogóle wspominam: to jest, moi drodzy, film egzaminacyjno-edukacyjny. I jeśli ktoś będzie kiedyś potrzebował utworu do podparcia tezy na maturalnym eseju, lub filmu do zabawy w interpretację symboli – to tam jest wszystko. Myślę, że magisterkę z Dostojewskiego też by się dało na jego podstawie napisać, chociaż to oczywiście komplement raczej w stronę wielkiego Fiodora.

Jeśli jednak nie macie ochoty na strachy w rodzaju “zza którego drzewa wyskoczy jakaś metafora”, a raczej chcecie się porządnie pobać na horrorze, to pewnie się nie polubicie.

 

Seriale

Na początek wrzucam najbardziej być może ekscytujący obecnie serial na HBO i mowa oczywiście o pięcioodcinkowym miniserialu Czarnobyl. Rzecz dotyczy katastrofy nuklearnej, a przede wszystkim katastrofy po katastrofie – czyli serii zaniedbań, kłamstw i stawiania wyżej partii niż człowieka. Jest jeszcze o tyle bardziej niesamowicie, że przecież to było całkiem niedawno i całkiem sporo z nas te wydarzenia pamięta. Ale nie ma znaczenia czy jesteście jeszcze #drużynaLugola czy już jednak #drużynaActimela, to i tak wciągnie was to, co zobaczycie na ekranie. Ależ to jest dobrze zrobione! A do tego straszniejsze niż wszystkie odcięte głowy, bitwy z zombiakami i ogień smoków. Pierwszy odcinek zaczyna się od wielkiego “bum”, oglądanego z wnętrza jednego z mieszkań w Prypeci. Potem jest równie nieefekciarsko, a równie efektywnie.

Nie byłabym sobą gdybym nie wpadła w research na temat serialu jak śliwka w kompot (i wzorem jednego z bohaterów serialu, postanowiła zrozumieć o co w tej energii jądra ciemności chodzi), więc mam dla was dwa ciekawe linki:

A już tak naprawdę na szóstkę i dla chętnych to polecam niesamowity reportaż Swietłany Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. Tu nie ma co reklamować – wielka rzecz.

Ale reklamować trzeba kolejne dwa seriale, który chcę wam podsunąć. Trzeba, bo jest duża szansa, że zupełnie nie zwrócicie na nie uwagi, przecież tyle rzeczy w streamingowym feedzie się przewija. A te przewijają się zupełnie nieśmiało, a szkoda – bo kipią dziewczyńską energią i wywołują uśmiech na twarzy.

Pierwszy z nich to Derry Girls, czyli opowieść o paczce Irlandek-katoliczek (i jednym Angliku), młodzieży, która dorasta w miejscowości Derry, żywo dotkniętej tym co przyjęło się w historii nazywać jako “The Troubles”. Konflikt religijno-polityczny? Mini-wojna domowa? Jakkolwiek określimy kilka ostatnich dekad XX wieku w Północnej Irlandii, nie do końca było to idylliczne życie amerykańskich nastolatek z filmów.

A jednak! Szalony miks popkultury lat 90-tych (soundtrack <3), niespokojnego otoczenia i wyraźnych postaci zamienił się w coś bardzo, bardzo zabawnego. Dla mnie to idealna komedia z poszukiwaniem tożsamości w tle – porównuję Derry Girls do Inbetweeners, chociaż jest tu zdecydowanie mniej fizjologicznych gagów. Ja śmieję się w głos i polecam wam z całego serca. Po dwóch godzinach (czyli sześciu odcinkach – ot cały sezon) będziecie mówić, że wszystko jest wee i zaciągać po północnemu.

PS: Jeden odcinek dotyczy wizyty w Derry “czarnobylskich dzieci” – widzicie jak to się ładnie wszystko w telewizji składa?

Jeśli jednak Północna Irlandia sprzed dwudziestu pięciu lat nie przypadnie wam do gustu, to zawsze możecie zmienić czas i miejsce na San Diego, teraz. I piszę o tej konkretnej lokacji nie tylko dlatego, że w San Diego się absolutnie i nieodwołalnie zakochałam, ale dlatego, że właśnie tam rozgrywa się kolejny polecany serial – Grace and Frankie.

Mamy tu dwie kobiety, które po kilkudziesięciu latach małżeństwa dowiadują się, że ich mężowie chcą skorzystać z możliwości zawarcia małżeństwa jednopłciowego, bo kochają się już od dwudziestu lat. Piękne, wiadomo! Ale panie żony (genialne Jane Fonda i Lily Tomlin) też muszą się w tym układzie jakoś odnaleźć. I odnajdują się tak, że mimo pozornych różnic i długoletniego braku sympatii zaczynają na sobie po prostu polegać i wspierać się jak na kobiety-rakiety przystało. Okazuje się, że z początkowego trybu “byle przetrwać” rodzi się całkiem ciekawy rozdział życia, które razem z bohaterkami odkrywamy w pewnym sensie na nowo. Ciepłe, zabawne, bardzo dobrze zagrane, rozkręca się z czasem. Pamiętajcie, że tutaj akurat nie skończy się na dwugodzinnym seansie – powstało już pięć sezonów Grace and Frankie, a wszystkie dostępne są na Netfliksie.

A co z Grą o Tron? Ano, największą zaletą ostatniego sezonu Gry o Tron jest to, że wywołuje reakcje tak huczne, że spędzam poniedziałki zupełnie bez internetów. Co za tym idzie – jestem pracowitą mróweczką i odhaczam taski z listy jak Arya odhacza… no w sumie to też taski z listy.

A poza tym jest z tymi najnowszymi odcinkami sporo problemów, które mniej lub bardziej wpisują się w “niepopularne opinie”, które już wcześniej o serialu miałam. I które wypuszczę w świat w formie posta, ale niech chociaż emocje z King’s Landing trochę wystygną.

 

Książki

Książek, standardowo już, jest całkiem sporo – wszystko dlatego, że powróciłam do chlubnej tradycji czytania przed snem. Różnica pomiędzy początkami tradycji, a dniem dzisiejszym jest taka, że kiedyś czytałam ostatnie 6 godzin przed snem, teraz jestem zadowolona z 30 minut.

Wspominam stare dobre czasy również dlatego, że podobną nostalgię wywołała u mnie pierwsza z polecanych książek, a chodzi o Taśmy rodzinne Macieja Marcisza. Piękny to debiut i pięknie opisuje zarówno lata 90-te jak i lata obecne. Wszystko w soczewce pewnej rodziny, jej sukcesów, porażek i tego co z obu zostało. Mogę zaczepić się, że chyba nad Maciejem wisiał jakiś deadline albo wyjątkowo ciężki blok kreatywny, bo końcówka książki rzeczywiście zdaje się wiązać w sposób szybszy niż przyzwyczaiło nas pierwsze dwieście stron. Z pośpiechem czy bez, Taśmy rodzinne czyta się świetnie (wiem, bo skończyłam z nimi o 4 nad ranem), a kto nie buczał nad Koreczką ten lama. Proszę iść czytać.

A jak już skonfrontujecie swoje najntisowe wspomnienia z materiałem książkowym, to przygotujcie się na podróż do najbardziej mrocznego stanu USA, przekornie reklamowanym jako Sunshine State. Do dzikiej, lepkiej i nieprzystępnej Florydy zabiera nas Lauren Groff i jej zbiór opowiadań zatytułowany Floryda, który właśnie ukazał się w wydawnictwie Pauza, której to Pauzie bardzo kibicuję.

Do mnie Floryda przyfrunęła z niemieckiego magazynu Amazona jeszcze zanim dowiedziałam się, że będzie można ją czytać po polsku. Nazywa się więc z niemiecka – Florida, ale opowiada w gruncie rzeczy o tym samym, mam nadzieję. Dawkuję ją sobie, opowiadanie po opowiadaniu, co jakiś czas, ale nie zdziwię się, jeśli ktoś spałaszuje w jeden wieczór (ale to mroczny będzie wieczór, zapewniam). Wiele wskazuje na to, że opowiadań na rynku wydawniczym będzie jeszcze więcej, a to doskonała pozycja do polubienia się z krótkimi formami. No i o Ameryce!

Też o Ameryce (i też o krótszych formach) jest zbiór reportaży Ameryka.pl. Zebrała i zraportowała Dorota Malesa, autorka bloga 50 Shades of States. Treścią książki są opowieści o Polakach w USA i uwierzcie mi – są to opowieści dużo bardziej różnorodne niż mogłoby się wydawać nawet takim mądralom w kwestii amerykańskiej jak niżej podpisana. Otóż wielu rzeczy nie wiem, a reportaże łyknęłam dosłownie w chwilę. Świetna lektura i świetny prezent dla USA-entuzjastów. A dla mnie kilka dodatkowych pinezek na mapie “muszę tam pojechać”.

Zamieniając Amerykę na Skandynawię (oba z listy moich wymarzonych krajów), ale wracając do Wydawnictwa Pauza: czas na powieść Czekaj, Mrugaj, która nie jest ani Wielką Lekturą, ani nawet nowością (w Norwegii wydana w 2008 roku), a jednak jest na tej liście i jest pozycją rekomendowaną. Z jednej strony dlatego, że to ciekawa galeria ludzi złapanych w trudnym i granicznym momencie ich życia. Ale najbardziej kupiło mnie to, że jest to jeden wielki list miłosny do kultury, tej popularnej również. I to list miłosny do tego stopnia, że bez znajomości przynajmniej któregoś z zachwycających lub oburzających bohaterów dzieł (Lost in Translation czy Kill Bill 2 na przykład), może być nam trudniej zachwycić się samemu. Ja taką konwencję kupiłam, bo intertekstualność to mój sposób na życie i gdybym mogła, to dodałabym do Insta Stories opcję przypisów. Do tego naprawdę ruszyło mnie wyjaśnienie tytułu, które przyszło w momencie i okolicznościach, których się nie spodziewałam.

Dzisiaj jest dzień karkołomnych przejść pomiędzy akapitami, więc nie zatrzymujmy tej karuzeli: czas przejść do literatury z kategorii “popularna”, chociaż najpierw wspomnę jeszcze o książce, która nauczyła mnie, że najpopularniejszym onkozabójcą Polaków jest rak płuc. Badum-tss.

O tej krynicy mądrości z kostnicy (wiem, że niekoniecznie, no ale to się rymuje, come on!) wspominałam już w poprzednim odcinku moich polecajek. Mówię o książce Patolodzy autorstwa Pauliny Łopatniuk. Książkę oczywiście natychmiast pobrałam na czytnik i od tej pory regularnie raczę chętnych i niechętnych ciekawostkami z życia patologów. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że to pozycja naprawdę bardziej naukowa niż “popowa” i mimo mojego szczerego zainteresowania tematem, nie potrafiłam czytać jej tak zupełnie pasjami. Ale zaglądam i raczę ciekawostkami – a to jest istotne. Jeśli jednak macie w gronie znajomych fascynatów medycyny czy uczniów biol-chemu, to trzeba im zdecydowanie książkę sprezentować – będą zachwyceni.

Z patologami można też skojarzyć tytuł najbardziej zaskakującego kryminału jaki czytałam w ostatnim czasie czyli Siedem śmierci Evelyn Hardcastle. Wyobraźcie sobie, że czytacie kryminał w stylu Agathy Christie, jest kostiumowo, gęsto od szczegółów i do tego zaskakująco. Ale wy nie czytacie tego kryminału raz, tylko siedem razy – za każdym razem będąc w ciele innego bohatera historii. Brzmi intrygująco i takie jest – od zawiłości fabularnych, mnogości nazwisk i incepcyjnych teorii czasem trochę boli głowa, ale poukładanie sobie tego w spójną całość jest niezwykle satysfakcjonujące. Polecam, i polecam się nie poddawać po dwóch czy trzech dniach, bo “o kurde o co tu chodzi?”. O coś chodzi, obiecuję.

Dużo prościej fabularnie, a wręcz tak prosto, że doskonale wiadomo co się wydarzy jest w innym kryminalo-obyczaju, który przeczytałam w ostatnich tygodniach: nazywa się on Apartament w Paryżu, a napisał go pan Musso Guillaume, który doskonale wie jak pisać samoczytacze. Z jednej strony bowiem czuje się, że czytamy coś co będzie nam dane za kilka miesięcy zapomnieć, a z drugiej strony czyta się to tak szybko, jak tylko się da. Dla mnie interesująca była topograficzna strona powieści, bo pozwoliła nieco inaczej spojrzeć na dzielnicę, którą spacerowałam codziennie przez pół semestru studiów. Okazuje się, że jednak jest urocza i magiczna, muszę podjechać sprawdzić. Z całym szacunkiem dla tych, którzy czytają wyłącznie wysoką półkę – ja to lubię sobie wesoło spędzić popołudnie z tego typu lekturą, nie ma się co krygować.

Nie ma się też co chować przed faktem, że jedną z moich ulubionych książek poprzedniego roku było kryminalne i popularne Żmijowisko. Z racji tego, że obecnie trochę już niecierpliwie wyczekuję ekranizacji serialowej, sięgnęłam po starsze pozycje tego autora – Wojciecha Chmielarza (a konkretnie po Podpalacza i Farmę Lalek). I chociaż drugiego Żmijowiska jeszcze nie znalazłam, to znalazłam dobitny dowód na to, że chyba to jest właśnie mój ulubiony pod względem językowym kryminautor w Polsce. Gratulacje dla pana Wojciecha i gratulacje dla mnie, że się odnaleźliśmy.

 

Gry planszowe

Kiedy robię sobie porządny planszowy rachunek sumienia, to jasno wynika z niego, że od dawna nie grałam w żadną grę-grę, taką wiecie, co nie polega na zgadywaniu, kalamburach i przechytrzaniu.

Edit: grałam raz we Wsiąść do pociągu: Europa i było bardzo przyjemnie, chociaż jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania czy wersja europejska z jej tunelami i utrudnieniami jest fajniejsza niż stare, dobre amerykańskie trasy przez prerie.

Ale wracając do zgadywania i przechytrzania – skoro to jest właśnie moja specjalność ostatnich miesięcy, to takie właśnie wam gry zaproponuję.

Na pierwszy ogień idzie Decrypto, które przebojem wdarło się do rozgrywek towarzyskich w moim otoczeniu. Wszystko dlatego, że jest to gra naprawdę fantastyczna. Zasady są proste – dwie drużyny mają po 4 unikalne słowa, nieznane przeciwnikom. Następnie, jedna osoba z każdej drużyny próbuje przekazać kolejność kodu składającego się z trzech z tych słów. Robi to jednak w sposób możliwie zawoalowany, bo jeśli przeciwnicy złamią znaczenia oryginalnych słów i odgadną którąś z przekazywanych sekwencji, gra szybko zakończy się porażką.

Największą chyba zaletą Decrypto jest to, że gramy cały czas, zarówno w “swojej” kolejce, jak i w kolejce przeciwnika – dzięki temu nie ma czasu na nudę, a nuda zabiła mi chociażby Tajniaków. Do tego dochodzi niesamowita satysfakcja z tego, że depczemy przeciwnikom po piętach i udaje nam się rozszyfrowywać coraz większą część ich tajnych sekwencji. Polecam zdecydowanie!

Odrobinę mniej entuzjastycznie, ale również ciepło wspominam rozgrywki w grę zatytułowaną poetycko – Escape Room The Game. Można się z nazwy podśmiechiwać, ale wyjaśnia o co chodzi – gramy w escape room. Najbardziej charakterystycznym elementem tej właśnie wersji (bo gier escape roomowych jest całkiem sporo) jest plastikowa skrzyneczka, do której można wkładać klucze w określonej kolejności. Włożysz odpowiednie klucze – skrzyneczka puści fanfary i pozwoli grać dalej. Pomylisz się – usłyszysz przykry brzęczek (ale potencjał do żartów z przykrego brzęczka, co? Ale nie no, poczekamy na Euro) i będzie trzeba kontynuować rozwiązywanie tej samej zagadki.

Same zagadki różnią się trudnością – niektóre są banalne, niektóre wymagają solidnego wytężania zwojów, właściwie jak to w escape roomach bywa. Na plus zapisuję również fakt, że niektóre elementy są jednorazowe – będziemy po nich pisać, niszczyć je, kombinować. Dodaje to grze świeżości, chociaż nie jest pewnie dobrą wiadomością dla tych, którzy planują grę później podać dalej. Od razu pocieszam – na stronie internetowej gry znajdują się pliki do druku, którymi można zastąpić te wykorzystane.

Porównując z innymi grami tego typu, chyba odrobinę lepiej bawiłam się przy Unlock, bo zagadki wydały mi się ciekawsze, a aplikacja pomagała wprowadzić klimat interakcji z game masterem. Na korzyść Escape Room The Game działają jednak emocje związane z wkładaniem kluczy do skrzyneczki (która nam raz nie zadziałała mimo poprawnego kodu i musieliśmy ją zresetować, bu!).

 

Oddaję mikrofon publiczności – polećcie jakieś swoje hity kulturowo-internetowe, co zainteresowało was w ostatnich tygodniach? Może jakiś film? Bo mi, jak widać, zdecydowanie brakuje pomysłów na seans. Pomóżcie!

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply