Bardzo Rychtyg Książki TV

Bardzo Rychtyg: Wielka krzywda

Wiosna łaskawie wybuchła nam w tydzień, więc wszyscy czujemy się jak nowonarodzeni, gotowi na letnie kina i food trucki. Jeśli jednak czujecie potrzebę zagrzebać się na jakiś czas w przesadnie długą książkę albo bezczelnie wciągający serial, to mam dla was prawdziwe perełki.

Wielka krzywda to wspólna oś, w różnym stopniu dla różnych wymienionych dziś pozycji istotna. Nie będę o niej pisać za wiele żeby nie spoilerować, ale mam nadzieję, że ci z was, którzy już jakąś z moich propozycji skonsumowali – uśmiechają się pod nosem.

 

Wzgórze Psów – J. Żulczyk

O rany jak ja się bałam tego Wzgórza Psów! Że to będzie pretensjonalne, że przez tysiąc stron będzie żonglerka formą, niekoniecznie treścią. Nic z tego. Żulczyk zdobył moje czytelnicze serce nie tylko tym, że to właściwie kryminał, ale tak “niekryminalnie” ciekawy, że zupełnie mnie nie obchodziło kto zabił. Główną zaletą Wzgórza Psów jest małomiasteczkowy ferment made in Poland i dreszcze mnie przechodziły jak bardzo to jest #potwierdzoneinfo. Kto raz mieszkał w kilkutysięcznej społeczności, a potem do niej wraca za każdym razem będąc niepewnym siebie, swojej pamięci i swojej tożsamości, ten poczuje.

Ja sobie zguglowałam książkowy Zybork (a właściwie Jeziorany) i to rzeczywiście jest taka moja Krajeneczka wypisz wymaluj. I jeśli taki prownicjonalny horror-folklor was jara, to Wzgórze Psów jest dla was. Jest tak duszno i tak bardzo nie wiadomo co się wydarzyło, że ja pochłonęłam 900 stron w niecały tydzień, a to był bardzo zajęty tydzień moi mili.   

 

Małe Życie – H. Yanagihara

Wszyscy wokół mnie wiedzieli, że ja czytam Małe Życie i wiedzieli jak bardzo ta książka próbuje mnie zniszczyć. I uważam, że anglojęzyczna wersja okładki, która wygląda o tak:

Okładka Małe Życie

To nie jest okładka przypadkowa i ja taką minę miałam średnio co 60 stron, a stron jest 1000. Ale, ale! Mimo cierpienia (mojego i bohaterów) uważam, że to jest lektura obowiązkowa. Lektura, która prowadzi nas przez kilkadziesiąt (!) lat z życia czterech amerykańskich chłopaków. Jest o przyjaźni, tożsamości, jest i o wielkiej krzywdzie – wiadomo. Wszystko przeżywamy szczególnie, bo towarzysząc głównym bohaterom przez tyle lat i stron, czujemy się, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, jakbyśmy czytali o naszych przyjaciołach.

Małe życie to nie jest hit wydawniczy tego roku, co bardziej zorientowani czytali tę powieść dwa czy trzy lata temu. Przypomniało mi się o niej kiedy Antoni z Queer Eye (nie wiecie co to? Polecam jeden z poprzednich odcinków Bardzo Rychtyg) zaczął pokazywać się w programie w koszulce z imionami głównych bohaterów książki. Trochę mnie to wtedy zaintrygowało, a trochę pomyślałam sobie, że nie ma opcji, żebym chciała taką koszulkę. I wiecie co? Bardzo chcę taką koszulkę. Zachcecie i wy, jak już Małe życie złamie wam serce jakieś piętnaście razy.

 

Dom z papieru (Money Heist / La casa de papel)

Dom z papieru to serial, do tego serial hiszpańskojęzyczny, a takich jeszcze nie oglądałam. Jak tornado wśród moich znajomych przeszła informacja o tym, że warto, że dawno czegoś równie wciągającego nie widzieli. I potwierdzam tę informację, dawno czegoś równie wciągającego nie widziałam. Właściwie to nawet wiem kiedy – Dom z Papieru oglądało się podobnie jak pierwszy sezon Prison Break, który bindżowałam zanim to słowo stało się popularne (11 lat temu!).

Dom z Papieru, co może sugerować jego angielski tytuł jest serialem opowiadającym o napadzie, chociaż tym razem nie na bank. Tytułowy dom z papieru to Hiszpańska Mennica Królewska, która dla naszych bohaterów-przestępców jest dużo bardziej atrakcyjna niż zwykły jakiś tam bank. Piszę o naszych bohaterach, bo to ta sytuacja, w której kibicujemy też tym “złym”, głównie dlatego, że chcą przeprowadzić idealny napad – bez ofiar i okrucieństwa. Na taki pomysł nie wpadł żaden z zamaskowanych terrorystów, a Profesor – ojciec-założyciel grupy i mózg operacji, kierujący wszystkim z zewnątrz. I gwarantuję wam, że Profesor stanie się jedną z waszych ulubionych postaci telewizyjnych.

Dom z Papieru jest dostępny na Netflix – ma dwa sezony, więc rezerwujcie ze trzy popołudnia.

 

***

 

To tyle jeśli chodzi o polecenia kwietniowe. Content raczej sążnisty, ale wielu z was ma teraz parę dni wolnego (albo bardzo dużo wolnego po nadchodzących egzaminach) – idealny czas na nadrabianie tematów (pop)kulturowych.

Do usłyszenia w maju!  

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    nieśmigielska
    28 kwietnia 2018 at 16:38

    no wreszcie serial, który (mam nadzieję) połozy kres naszemu zblazowanemu zwyczajowi włączania nowego serialu na netflixie i rezygnowania po dwóch minutach. jednak co z polecenia, to z polecenia! będzie oglądane (bo małe życie już było czytane, a na 1000 stron aktualnie nie mam czasu).

Leave a Reply