studia filologiczne
Z głową

Co dały mi studia filologiczne?

Gdybyś dzisiaj zaczęła się uczyć, to jeszcze byś mogła zdawać na medycynę

Tymi słowami witała mnie w czasach licealnych mama Danusia bardzo regularnie. Bidulka nie wiedziała, że ja absolutnie nie mam czasu myśleć o żadnej karierze akademickiej, bo głowę zajmuje mi to czy moją nonszalancję lepiej wyraża status “zaraz wracam” czy “niewidoczny” na GG. 

A jak już poświęciłam nawet chwilę na rozważanie kariery medycznej, to szybko okazało się, że jedyną interesującą mnie specjalizacją jest ta, w której jest się detektywem i nie trzeba dużo gadać z pacjentami. A mama, znając rodzinną historię chorób kardiologicznych, pewnie marzyła o córce z EKG w pokoju. Niestety, ani polska patomorfologia ani kardiologia nie wzbogaciły się o żaden nonszalancki diamencik, bo nigdy nie udało mi się pójść za radą mądrej mamy i zacząć się uczyć. Ale statusy na Gadu Gadu miałam zawsze na najwyższym poziomie, więc niczego nie żałuję. 

Skoro już wiecie, że o medycynie nie było mowy, a i matura poszła mi raczej tak sobie, nie pozostało mi wiele alternatyw jak oprzeć się na tym, co zawsze wychodziło mi dobrze: czytaniu książek na czas i zapamiętywaniu rzeczy. I tak, proszę państwa, wylądowałam na studiach filologicznych. 

Studiach Filologicznych przez duże SF, bo podwójnych: życzliwy UAM oferował wówczas filologię rosyjsko-angielską, która trwała 4 lata i dawała dwa indeksy, a jak ktoś nie potknął się po drodze, to jeszcze na koniec dwa licencjaty. Jak łatwo policzyć, dwa razy trzyletnia filologia za nic nie chce zmieścić się w cztery lata studiów, więc podwójnych absolwentów wcale nie było tak znowu wiele. To mój mały powód do dumy, bo chociaż startowałam z samego końca listy zaakceptowanych kandydatów, a moja amerykańska wymowa wymagała karkołomnej terapii, to finalnie studia ukończyłam i to bez jednej poprawki. Bo ja kwitnę, kochani, jak się ode mnie wymaga – magisterka z anglistyki była łatwa i przyjemna więc studiowałam ją drugie tyle co oba licencjaty (ale też bez poprawki – za to z długim urlopem pod koniec).

Kierunek, który studiowałam już w ówczesnej formie nie istnieje – zastąpiła go filologia rosyjska z filologią angielską, która trwa 3 lata i, jak rozumiem, daje jeden indeks i jeden tytuł. Na podstawie opisu przedmiotów wnioskuję jednak, że reszta moich obserwacji pozostała raczej bez zmian. 

 

Nie da się ukryć, że studiowanie języków to wymagające zajęcie – swoje trzeba przeczytać, zapamiętać i zrozumieć. I w świecie, w którym języki obce (a zwłaszcza angielski) są coraz bardziej i coraz młodziej znajome, można zastanawiać się czy w ogóle warto studiować filologię. Od razu uprzedzam, że na pytanie “czy warto?” odpowiedzi nie mam, chyba, że satysfakcjonuje was “to zależy”. Ale przychodzę do was z refleksją o tym, co dały mi studia filologiczne. A dały sporo! 

Dla kogo to wpis? Przede wszystkim dla tych, którzy zastanawiają się jakie studia wybrać lub myślą czy jeśli kocham musicale i fanfiki, to mogę iść sobie bezkarnie na anglistykę, a potem znaleźć fajne zajęcie życiu? 

Wydaje mi się jednak, że to post-inspiracja dla wszystkich, którzy studiowali niekoniecznie to, za co teraz dostają wypłatę. Albo tych, którzy teraz coś studiują i myślą, tropem poetki Kayah “po co po co po co po co”. 

Zalety kierunku nie zawsze pokrywają się z tymi, które oferowała ulotka rekrutacyjna, a umiejętności zdobyte w czasie studiowania mogą zaprocentować w niespodziewanym momencie, ot co!

 

Otwórz usta, a ja uderzę Cię w plecy – czyli o znajomości języka

Instrukcja z tytułu to dobry sposób na naukę dźwięku shwa, którego w angielskim jest pełno, a Polakom trudno go z siebie wydobyć bez bicia – dosłownie. Takich trików absolwent filologii zna sporo, bo dobrze rozumie jak działa aparat gębowy. 

Czasem spotykam się z opiniami, że jeśli chcesz się nauczyć dobrze języka to idź na lingwistykę, na filologii to raczej literatura i historia. I zawsze wtedy sobie myślę – zapraszam na egzamin z praktycznej nauki języka na poznańskiej anglistyce. Bo musicie wiedzieć, że co jak co, ale znajomość języka na mojej filologii sprawdzano dogłębnie i bezlitośnie. 

Jak było na rusycystyce? Tu też trzeba było język znać chociaż egzamin z praktycznej nauki był mniej straszny, ale może to wrażenie wywołane tym, że z rosyjskiego szło mi na praktycznej nauce całkiem przyzwoicie. A żeby dorównać do wymaganego poziomu znajomości angielskiego wylewałam siódme poty i wypisywałam dziesiątki długopisów. 

Więc tak – na filologii też poznasz język. Będziesz wiedzieć jak skutecznie coś wytłumaczyć, jak poprawić czyjąś wymowę, jak pokazać wpływy innych języków na jeden konkretny. W czasie studiów często udzielałam korepetycji i wtedy ta wiedza mi się bardzo przydawała. Teraz już mniej, bo moja praca nie polega na uczeniu innych języka. Ale słuch do fałszywych samogłosek się jako-tako wykształcił, więc jak ktoś chce żeby uderzyć go w plecy i czegoś nauczyć, to robię to z ochotą.

 

OK, na kiedy? – czyli dobra szkoła ogarniania

W tekście o tym, co dały mi studia filologiczne nie może zabraknąć umiejętności, która potem niejednokrotnie ratowała mi tyłek. Chodzi o mieszankę odpowiedniej organizacji czasu, szybkiego zapamiętywania, wyciszania potrzeb i… no wiecie – zapie*dalania. 

Nie chodzi o to, że filologia jest jakaś kosmicznie trudna – moim zdaniem nie jest. Kosmiczną trudnością bywają jednak nagromadzenia mniejszych wyzwań. 

Dzieje się tak na przykład kiedy egzaminów jest więcej niż dni sesji. 

Albo kiedy co tydzień trzeba przeczytać nowego Dostojewskiego na literaturę, a każdym można zabić lub postawić z niego dom, takie to-to grube. 

Albo kiedy w jednym tygodniu spotykają się testy, które sprawdzają wiedzę, z tak różnych dziedzin, że połówki mózgu spontanicznie rozmnażają się przez podział. 

Sorry, ale połówka analityczna i połówka kreatywna to zwyczajnie za mało, żeby rano z żelazną logiką rozpisywać drzewka syntaktyczne, w południe wyjaśniać brytyjski system głosowania w Izbie Gmin, a wieczorem spisywać wszystkie tajemnicze znaczenia białego wieloryba.

Studia filologiczne nauczyły mnie świetnej organizacji nauki i opanowywania nerwów, kiedy na horyzoncie pojawia się pozornie nierealny deadline. Wykorzystuję to oczywiście na co dzień – no może z wyjątkiem nierealnych deadlinów, bo ich staram się unikać. Ale kiedy kilka miesięcy temu przyszło mi zmieścić w kilka dni projekty, których pracochłonność szacowana była prawie na miesiąc (rzecz dotyczy kursu online, do którego kończył mi się darmowy dostęp), to wzięłam i zmieściłam. A wyspałam się po deadlinie. 

Muszę dodać, że i tak miałam łatwiej, bo jako nauczycielskie dziecko miałam dostęp do całej pedagogicznej biblioteczki z legendarną pozycją Jarosława Rudniańskiego na czele, którą przeczytałam bodaj kilkanaście razy. Można więc domniemywać, że gdyby nie filologia to i tak wiedziałabym jak ogarnąć naukę czy nadmiar obowiązków. Owszem, podwaliny do mojego systemu położone zostały kiedy jeszcze w szkole uczyłam się do konkursów olimpijskich – ale wtedy nad moją głową stała mama, która dzielnie mnie dopingowała i trenowała w odpytankach.  

Jeśli chodzi o samodzielne organizowanie nauki, to całą wyniesioną z domu wiedzę zastosowałam dopiero na studiach. W szkole nie za bardzo była okazja, w końcu nie było tak, że musiałam się uczyć, aby dostać się medycynę czy coś.

 

Martwe ryby nie mogą pływać* – czyli nieoczekiwane zalety przedmiotów-michałków. 

*prawdopodobnie jedno z pierwszych zdań jakich nauczycie się po staroangielsku

Przedmiot-michałek to taki przedmiot, który niby nie ma sensu i znaczenia, ale jednak w programie jest. Podkreślam “niby”, bo moim zdaniem zupełnie nieżyciowych przedmiotów na studiach nie mieliśmy wcale (a jeżeli nawet, to i tak zależało to raczej od kiepskości wykładowcy). 

I chociaż nigdy nie usłyszałam od rekruterów reakcji-mema: Przykro nam, ale szukamy kogoś, kto lepiej zna staro-cerkiewno-słowiański, to nie znaczy, że ten poczciwy SCS mi się w życiu nie przydał. Można w cerkwiach szpanować jego znajomością, odczytując napisy z ikon.

A zupełnie serio, to dziękowałam bogom filologicznym za zdobytą na studiach wiedzę kiedy po raz pierwszy w życiu zabrałam się za naukę porządnego programowania. Jasne, język komputerowy, a język obcy to nie jest to samo. Nie namawiam was też żebyście teraz w pośpiechu zabierali papiery z dziekanatu politechniki i biegli na filologię. Ale chcę powiedzieć, że nauka o języku, jego konstrukcjach, gramatyce, użyciu, historii etc. to całkiem dobry fundament do nauki nowych języków, w tym tych wykorzystywanych w programowaniu. I nie jestem w tej opinii odosobniona. Na składniki pierwsze temat rozbiła na przykład Joanna z Wake up and code

Kiedy więc słyszę o tym, że ktoś nie ogarnia takich rzeczy, bo ma umysł humanisty, to przewracam oczami tak głośno, że słychać to na Podkarpaciu.

 

Podziemny krąg i Czarna pantera – czyli różne odcienie alfabetyzmu kulturowego 

O, i to jest bardzo istotny element całej układanki. Głęboko wierzę, że oprócz alfabetyzmu cyfrowego (umiejętności użytkowania urządzeń cyfrowych) potrzebny nam jest też dzisiaj bardzo alfabetyzm kulturowy, czyli rozumienie danej kultury mniej więcej na poziomie jej przedstawicieli. 

Jeśli wyobrazimy sobie kulturę jakiegoś kraju jako górę lodową, to nad powierzchnią wody są elementy “oczywiste” – jedzenie, język, muzyka. Taki poziom znajomości obcej kultury jaki prezentuje się w czasie “dni Europy” w gimnazjum. Ale aby w pełni rozumieć kulturę należy zanurkować pod wodę do kultury niewidocznej na pierwszy rzut oka, a kształtującej całość – poznać najważniejsze wartości przyświecające ludziom, historię, korzenie idiomatycznych wyrażeń, sposób komunikacji itp. 

Filologia daje szansę poznania obcej kultury od podszewki – chociaż przyda się tu też inicjatywa własna i szczere zainteresowanie tematem. A oprócz wiwisekcji dotyczącej określonego kraju, można przy okazji zgłębić sieć kulturowych powiązań na całym świecie. Więcej! Można też taką sieć badać. Ja, na ten przykład, po zajęciach z literatury rosyjskiej doszłam do wniosku, że jeden z moich ulubionych filmów, Fight club, jest “adaptacją” Biesów Dostojewskiego (wiem, wiem, że Fight club jest adaptacją książki, ja badałam film). Szukanie połączeń było jak rozwiązywanie zagadki kryminalnej, a ja bawiłam się świetnie i uczyłam się przy okazji nowych narzędzi do interpretacji tekstów kultury. 

Ale przede wszystkim, alfabetyzm kulturowy potrzebny jest, żeby nie być – skorzystam z młodzieżowego słowa roku – dzbanem. Żeby nie zżymać się w mediach społecznościowych, że Czarna Pantera to “poprawność polityczna”, a Mała syrenka nie może być afroamerykanką, bo przecież syrenki są białe. Żeby nie sprowadzać Amerykanów do głupków z pistoletami, a Rosjan do głupków z wódeczką. Bycie nie-dzbanem jest istotne, zwłaszcza w czasach, w których takie określenie spopularyzowało się. 

Czy można znajomość obcej kultury osiągnąć bez studiowania filologii? No jasne, że tak, ale tu ktoś za Ciebie ułożył już zupełnie optymalny program zdobywania potrzebnej wiedzy.

 

Co dały mi studia filologiczne? Filologów! 

Prawdziwa wisienka na torcie – moim torcie, bo to być może wcale nie jest zasadnicza właściwość filologii. Otóż ja podczas studiów spotkałam cały wachlarz naprawdę arcyciekawych i arcyróżnorodnych ludzi. Z racji tego, że ścieżka kariery filologa przypomina raczej deltę Nilu niż prostą linię, każde z nas przyszło na studia z zupełnie innymi talentami, doświadczeniami i planami. I podobnie wyglądały nasze losy po dyplomie.

A co właściwie można robić po filologii? Można pisać bloga, jak widać. Ale wśród znanych mi absolwentów-filologów znajdziesz cały przekrój zawodów: od programisty po ilustratorkę (z kontrolerem lotów gdzieś pomiędzy). Zresztą mam w szufladzie plan na to aby właśnie przedstawicieli najróżniejszych pofilologicznych losów zapytać o ich doświadczenia zawodowe i to w jaki sposób staroangielskie martwe ryby pomogły im w karierze. 

Chcielibyście o tym poczytać? Dajcie przyklask lub gwizd w komentarzach albo na Rychtygowym fanpage

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply