Bardzo Rychtyg Książki

Co przeczytać w 2018 roku?

Może i uwielbiam przeglądać kafelki z polecanymi filmami na Netlifksie, może i czuję się w wielu kinach jak w domu, ale żadne kulturowe miejsce na świecie nie daje mi takiej radości jak księgarnia. A już na pewno taka księgarnia jak ta, którą odwiedziłam na początku października. Było to Pegasus Books w Berkeley i były tam wszystkie książki świata z tymi pięknymi ilustracyjnymi okładkami, które potem zamienia się w Polsce na zdjęcia ze stocka. Wpadłam tam w taką czytelniczą gorączkę, że o mało co nie wyszłam z księgarni ze zbiorem najciekawszych esejów o sporcie z 2017 roku, książką wyjątkowo niszową i całkiem ciężką. Rozsądek wrócił mi wraz z przypomnieniem o ograniczeniach wagowych w samolotach i kilogramy sportowej publicystyki wymieniłam na kilka hitów powieściowych (o Homegoing pisałam już wam, o tutaj, o innych będzie dzisiaj).

Z ogromną przyjemnością tworzę zestawienia takie, jak to dzisiejsze. Bo im więcej książek wpiszę na listę co przeczytać w 2018, tym więcej wycieczek po książki (lub wycieczek w głąb internetu po ich ebookowe wersję) poczynię.

Tylko, że to, co jest dla mnie przyjemnością, dla niektórych z was może być rozczarowaniem. Bo widzicie, ten tekst to nie jest absolutnie demokratyczne “co przeczytać w 2018”. To jest co przeczytać w 2018 jeśli jesteś Anią – zestawienie książek, z których część to rzeczywiście gorące nowości, część letnie już przeboje minionych miesięcy, a część to moja zupełnie wystudzona Sterta Wstydu, na której trzymam te rzeczy, które powinnam była przeczytać już dawno. Mimo to, mam nadzieję, że w poniższym wpisie znajdziecie inspiracje czytelnicze na najbliższe 12 miesięcy (lub na Stertę Wstydu na długie lata, nie oceniam!).

 

Co przeczytać w 2018 po polsku?

Zaczynamy od kontynuacji książki, która podbiła moje serce w 2017 roku. Chodzi o Slash i Fanfik autorstwa Natalii Osińskiej. Gwoli ścisłości: to Fanfik podbił serce, Slash jest jego kontynuacją i będzie jedną z lektur obowiązkowych w nadchodzących miesiącach. A skoro już przy lekturach obowiązkowych jesteśmy – któraś z powieści Osińskiej zdecydowanie powinna nią być. Mówi się, że to Jeżycjada LGBT, co ma sens jedynie topograficzny (Fanfik też dzieje się w Poznaniu, chociaż za nic nie zakumałam gdzie). Dużo bliżej tutaj do jednej z moich absolutnych petard dzieciństwa (sama Osińska mówi, że to była jej inspiracja) czyli powieści Ożogowskiej Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek.

I jasne – jestem na Fanfik i na Slasha trochę za stara. I jasne – to nie jest najwyższych lotów literatura. Ale, o rany, jakie to było odświeżające! Wiedza, że istnieją polskie powieści dla młodzieży, które nie są gawędą ciotki zgryzotki (jak widać Jeżycjady nie unikniemy) jest prawdziwą radością. Tak jak przekaz książki, między innymi taki, że jak się chce to można nie być umalowaną dziewczynką, albo nawet wcale nie być dziewczynką. Yass, queen!

Kolejną pozycją jest książka, która ląduje tutaj bo wydana została niedawno, ale sama autorka jest świętą patronką mojej Sterty Wstydu, o której więcej przeczytacie poniżej. Mowa o Joannie Bator, którą próbuję przeczytać od dawna, ale jakoś nam nie jest po drodze, i jej najnowszej książce – Purezento. Niektórzy się zachwycają, inni mówią o kolejnej wersji Jedz, módl się, kochaj, z tym, że je się tutaj akurat pałeczkami. A ja bardzo chcę fenomen Joanny Bator zrozumieć i chcę się w Purezento zagłębić nawet jeśli miałabym zakrztusić się egzaltacją, ot co!

Jeśli chodzi o literacką grozę, to nie oszukujmy się, i tak w tym roku będę czytać Mroza (właściwie już czytam, bo właśnie kończę Większość Bezwzględną). I mam z Mrozem trochę niezdrową relację, bo mimo, że nie zachwycam się częścią jego książek (Chyłka zjadła własny ogon i pół ogona Zordona), to i tak je pochłaniam. Trzeba się więc z faktem, że czytliwe kryminały zawsze mi podchodzą pogodzić i robić dobrą minę do niedobrej momentami gry. A dobrą minę robić można, bo najnowsza powieść Mroza, Nieodnaleziona, zapowiada się całkiem dobrze i nie wnoszę tego jedynie po entuzjastycznych jednozdaniowych recenzjach w materiałach promocyjnych. Książek i filmów o zaginionej narzeczonej, która może jednak nie jest zaginiona (ani narzeczona) w historii kultury nie brak, ale i na polską na ten trop odpowiedź miejsce znajdziemy.  

A skoro już jesteśmy przy tematyce kryminalnej, to kolejną polską pozycją obowiązkową jest Wiara Anny Kańtoch. To jest o latach 80tych, gotyckiej prowincji i krzyżu przy torach – nie mam pojęcia jak mogłam istnienie tej książki dotychczas przeoczyć, bo to aż krzyczy “Aniaaaa choooo zobacz!”. I chociaż Katarzyna Puzyńska pracuje nad 9 (!) częścią serii o Lipowie, która była moim kryminalno-prowincjonalnym czytelniczym guilty pleasure w tym roku, to właśnie Wiara jest mocnym kandydatem do zabicia (hehe) czasu w najbliższych miesiącach.

Jak przystało na czytelniczego kibica sukcesu, nie mogę nie wpisać na listę najnowszego laureata Paszportu Polityki – Marcina Wichy. Sądząc po fragmentach, cytowanych co rusz w internecie, książka Rzeczy, których nie wyrzuciłem, czyli zapis porządkowania przedmiotów należących do zmarłej matki narratora, jest niezwykła. Mam już ją na czytniku, a to przecież połowa sukcesu, chociaż w przypadku niektórych książek ze Sterty Wstydu niekoniecznie.

Jest sporo tematów, na których zupełnie się nie znam, ale uwielbiam o nich czytać. Jednym z nich jest architektura, kolejnym urbanistyka. Nic dziwnego, że z Filipem Springerem mi po drodze, chociaż uczciwie przyznaję, że z Miasta archipelagu przeczytałam póki co tylko… no zgadnijcie? Piłę, a jak! Tymczasem jesienią została wydana nowa, rozszerzona wersja Źle urodzonych, czyli reportaży Filipa o niezwykłych budowlach epoki PRLu. Jest między innymi o naszym poznańskim Okrąglaku czy stacji meteorologicznej na Śnieżce. O, i Księgi Zachwytów, opowieści o polskim guście, też jeszcze nie miałam w rękach, a bardzo chcę!

Co przeczytać w 2018?

 

Wielkie zimno

Wielkie zimno to moja domyślna temperatura i odmieniam ten fakt na blogu przez wszystkie konteksty. Literatura mrozu to coś, na co mam zawsze czas. W tym roku wszystkich nakłaniałam do przeczytania wspaniałego Na wodach północy (nie czytaliście? trzeba!), a dzięki świetnym biografiom w najwyższe góry poszłam z Wandą Rutkiewicz i Jerzym Kukuczką.

Co zimnego czeka mnie w 2018 oprócz Bałtyku pod koniec lutego? Od bardzo uważnych prezentowiczów dostałam na święta Himalaistki, zbiór o najbardziej znanych Polkach w górach wysokich. Wypatruję wydania książki Kurtyka – sztuka wolności o jednym z ciekawszych i bardziej odklejonych polskich himalaistów. A po cichu liczę, że pod koniec roku będziemy rozmawiać o książce opisującej zimowe wejście na K2.

Bardzo intryguje też mnie Ekspedycja – Historia mojej miłości. To zapis fascynacji autorki pewną wyprawą polarną z końca dziewiętnastego wieku. Wyprawą, z której nikt nie wrócił żywy, a Bea Uusma zamierza się dowiedzieć dlaczego. Jej dociekliwość graniczy z obsesją, a wyszła z tego podobno świetna lektura.

 

Pewniaki z zagranicy

Największym pewniakiem jest zeszłoroczny laureat Nagrody Bookera – Lincoln in the bardo. Lincoln w tytule to rzeczywiście szesnasty prezydent Stanów Zjednoczonych, a bardo to buddyjskie pojęcie oznaczające stan przejściowy – w tym wypadku pomiędzy śmiercią, a ponownym narodzeniem. Książka opowiada o reakcji Lincolna na śmierć jego ukochanego syna. Cała historia jest nie tylko obsadzona znanymi postaciami, zainspirowana jest równie autentyczną relacją dotyczącą żałoby prezydenta. Wersja anglojęzyczna dostępna na już. Polska premiera zapowiadana jest na jesień.

W 2017 roku światem wstrząsnęła serialowa ekranizacja Opowieści Podręcznej. Ha! A ja czytałam Atwood zanim była modna, ale tylko dlatego, że na studiach miałam naprawdę doskonałe zajęcia o Kanadzie. Żeby nie było, że jestem aż tak wyjątkowo do przodu, to podręcznej ani nie obejrzałam, ani nie przeczytałam. Ale to drugie planuję zrobić jak najszybciej. Jeśli jakimś cudem ominęło was szaleństwo spowodowane serialem przypominam, że historia przedstawia antyutopijną wizję sterroryzowanego fundamentalizmem świata patriarchalnego, gdzie płodne kobiety sprowadzono do roli surogatek.   

A skoro już przy Ameryce i strasznych rzeczach jesteśmy, to moją uwagę przykuła książka Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy. To zapiski socjolożki z Berkeley (o tam właśnie kupowałam książki, może dlatego ta przykuta uwaga), która wyjeżdża na 5 lat do Luizjany aby zrozumieć amerykańskie południe. Jakiś czas temu czytałam świetny reportaż Excellent Daughters (w Polsce wydany pod niewzbudzającym zachwytu tytułem – Sekretne życie arabskich kobiet). Tam też była Amerykanka nieco wkurzona na kulturę, którą postanowiła zgłębić dokładniej. Powstała z tego bardzo ciekawa opowieść, więc nic dziwnego, że do historii uprzedzonych turystek jestem nastawiona bardzo pozytywnie.  

Kolejna książka być może powinna leżeć na Stercie Wstydu, ale jeszcze nie mam jej ani na półce ani na e-półce, więc granice wstydu nie zostały teoretycznie przekroczone. Chodzi o Małe życie, które wydane zostało prawie 3 lata temu, zdążyło wygrać Bookera, a ja zdążyłam już dwa lata temu dyskutować o potrzebie przeczytania go na Podlasiu, ba, nawet trzymałam je już w rękach, bo podarowaliśmy je znajomym z okazji ślubu. A książki cały czas nie przeczytałam! Widzę, że jest już dostępna na Legimi, więc jeśli w 2018 nie uda się poznać kilkudziesięciu lat losów grupy przyjaciół z Nowego Jorku, to za rok nie ma wyjścia – trafia na Stertę.

Na deser w dziale “zagranicznym” jeszcze dwa zbiory opowiadań przywiezione zza oceanu. Chodzi o Get in trouble autorstwa Kelly Link, którego w Polsce ani widu ani słychu, oraz o A manual for cleaning ladies napisany przez Lucię Berlin. Dobra wiadomość – ta druga pozycja została dopiero co wydana w Polsce jako Instrukcja dla pań sprzątających.

Co przeczytać w 2018 roku

 

Sterta wstydu

Sterta wstydu to taka część mojego książkowego życia, która mimo bycia na wyciągnięcie ręki do półki/wciśnięcie przycisku na czytniku ciągle jest li i jedynie niespełnionym czytelniczym celem. A za każdym takim celem kryje się jakaś doskonała wymówka.

Ja naprawdę bardzo chciałam przeczytać Wszystko co lśni Eleanor Catton. Byłam gotowa i na objętość i na epickość, na wszystko! Prawie wszystko, bo nie byłam gotowa na to, że na pierwszej stronie będzie skomplikowane drzewo bohaterów i będę musiała na nie zaglądać. A ja do takich stron zaglądam co chwilę. I w czym problem, myślicie sobie pewnie. Otóż w tym, że ja książkę posiadam wyłącznie na czytniku. A czytnik jest na tyle toporny, że wracanie co chwilę do takiej tam strony powiedzmy siódmej stało się dla mnie przeszkodą nie do pokonania. Ale zrobię to, mówię wam!

Zaglądając dalej na stertę – wyobraźcie sobie, że ja jeszcze nie przeczytałam Wzgórza psów Żulczyka. Prowincja, kryminał, dawno ściągnięte na czytnik. A ja nic! Za taki stan rzeczy winię głównie Mroza i Puzyńską, bo to ich powieści zaczytywałam w 2017 kiedy nastroje były kryminalne. A limit Żulczyka wyczerpałam kiedy w Belfrze okazało się, że centrum Deepweba znajduje się w Wałbrzychu, prawdopodobnie w biedaszybie. Obiecuję (spróbować) poprawę.

Pamiętacie jak wszyscy czytali Szczygła Donny Tartt? To ja mniej więcej wtedy dostałam swój własny egzemplarz. I mniej więcej wtedy wpadłam jak śliwka w czytnik i praktycznie nie istniały dla mnie książki papierowe. Oprócz książek do wanny rzecz jasna, ale na to Szczygieł jest za gruby, ręce bolą. Trafił więc do grupy chorobowej. Ja w ogóle bardzo dużo rzeczy przyjemnościowo-kulturowych odkładam na “jak będę chora”. To pewnie dlatego, że z chorowania w dzieciństwie mam piękne wspomnienia – tylko ja, moje ulubione pierogi ruskie i kilkanaście książek przyniesionych z biblioteki. Tymczasem ja za bardzo nie choruję, nie żebym narzekała. Najwyższy więc czas zabrać się za Szczygła, chociażby w zdrowiu.

Na koniec sterty jeszcze coś, co jest z jednej strony wstydem, bo nie posiadam póki co żadnej z książek z tej kolekcji, a z drugiej strony doskonałym planem czytelniczym – wydawnictwo Czarne od jakiegoś czasu publikuje kolejne części Serii Amerykańskiej, a ja pożeram je wzrokiem. Na pierwszy ogień (nieprzypadkowy dobór słów) pójdzie pewnie Wolność i Spluwa (premiera w lutym), ale Detroit – Sekcja zwłok Ameryki jest moim wielkim czytelniczym wyrzutem sumienia.

 

Obiecujące nowości

Na początek książka o której polskiej wersji nic mi nie wiadomo, ale warto co jakiś czas guglować, bo nie chce mi się wierzyć, że któreś wydawnictwo już o niej intensywnie nie myśli. Little fires everywhere opowiada o idealnych amerykańskich przedmieściach i tym jak cienką fasadą jest owa idealność. Kobiety-bohaterki i sekrety z przeszłości – po cichu liczę na mariaż Desperate Housewives z Czy miałaś kiedyś rodzinę? (czytaliście to drugie? świetne!).

Na liście mam też The keeper of lost things czyli historię o kolekcjonowaniu przedmiotów zgubionych przez inne osoby. Podobieństwo do fabuły Amelii jest nieprzypadkowe, bo tutaj też chodzi o uszczęśliwienie innych (a przez to siebie) i podobno tak samo ciepło na serduszku się robi od tej książki jak od francuskiego filmu. Czemu tego nikt nie chce wydać po polsku? Pojęcia nie mam, ale może to jeszcze nie jest stracona szansa.

Wśród obiecujących nowości anglojęzycznych są też książki, o których wcale za dużo nie wiadomo, ale ja z zamkniętymi oczami wpisuję je na listę “niech mnie ktoś to z zagranicy przywiezie”. Listę otwiera zestaw opowiadań Florida autorstwa Lauren Groff. Z tą panią mam o tyle zażyłą relację, że jej dwie poprzednie powieści (wydane w Polsce jako Fatum i furia oraz Arkadia) są na mojej rezerwowej Stercie Wstydu i jak tylko uporam się z tymi, które już mam na czytniku (patrz sekcja wyżej) to biorę się za nie. W zbiorze Florida ma być i dzikość i dziwność najbardziej południowego z kontynentalnych stanów USA. Nie mogę się doczekać.

Na liście książek jeszcze niewydanych jest też The Afterlives Thomasa Pierce’a. To książka o miłości i umieraniu – główny bohater najpierw umiera, potem go odżywają, a jeszcze później, pod wpływem impulsu, żeni się z młodą wdową. W tle hologramy, technologie, humor i siatka minifabuł. Obiecujący debiut, na rynku (amerykańskim) dostępny już od kilku dni.

Na deser powieść Rebeki Kauffman zatytułowana The Gunners. Paczka przyjaciół spotyka się po latach przy okazji pogrzebu jednego z nich. Następuje, to co zawsze: wspomnienia, żale, zawiłe ścieżki każdego z bohaterów (pewnie też jakieś tajemnice, dum dum dum). Brzmi jak nieco wytarty schemat, ale recenzenci twierdzą, że jest zupełnie inaczej, a ja czuję, że kiedy mam czytać książki o 30-latkach jeśli nie w roku, w którym kończę 30 lat. No, powiedziałam to!

 

A ty? Co przeczytasz w 2018?

Stronię od wyzwań ilościowych typu “przeczytam 52 książki w 52 tygodnie”, bo zbyt mocno przemawiają mi one do wyobraźni i żyłki rywalizacji. Wyzwania jakościowe takie jak ten wpis, czyli uporządkowanie tego co tak naprawdę chcę przeczytać, napełniają mnie zdrowym podekscytowaniem przed czytelniczymi przygodami tego roku.

A jak sytuacja wygląda u Ciebie? Lista książek gotowa? Jakie są Twoje czytelnicze muszę-przeczytaćki na najbliższy rok? A może uszczuplasz stertę wstydu? Podziel się swoim statusem w komentarzu!

Nie zapomnij polubić Rychtyg na Facebooku – tam dowiesz się o najnowszych postach i bieżących śmiesznostkach.

You Might Also Like...

9 komentarzy

  • Reply
    Gosia
    13 stycznia 2018 at 12:58

    Świetny wpis! Moja Sterta Wstydu to również Wzgórze Psów Żulczyka, Sto Lat Samotności Marqueza, Duchowe Życie Zwierząt i Roślin, Nagi Sad Myśliwskiego… i Małe Życie, wciąż na półce. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Z najbliższych planów: Wicha, Hesse (jestem w trakcie Siddharty). Bardzo czekam na nową powieść Olgi Tokarczuk (przeczytałam wszystko, co jej; uwielbiam), która ma wyjść w 2018. A czytam obecnie Rdzę Małeckiego, Słuchaj Pieśni Wiatru Murakamiego – co do tego drugiego, mam na koncie połowę tego twórczości, a planuję całość, więc będzie co czytać 🙂 Też nie lubię wyzwań ilościowych, bo jakość, nie ilość jest dla mnie cenniejsza. Pozdrawiam ciepło!

    • Reply
      Ania
      13 stycznia 2018 at 13:52

      I jak Małecki? Słyszałam dużo dobrego, a jeszcze żadnej z jego książek nie czytałam.

  • Reply
    jakub.pe
    13 stycznia 2018 at 16:49

    Moja Sterta, którą pieszczotliwie lubię nazywać Kupką Wstydu, nie jest zbyt imponująca: „Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga, „Sapiens” Harariego, „Wzgórze psów” Żulczyka (również!), „Miłość” Ignacego Karpowicza, oraz „Magia słów” Joanny Wryczy-Bekier, z którą to właśnie się rozprawiam. Po głowie chodzi mi też „Walden” Thoreau. Wolę trzymać swoją Kupkę Wstydu w ryzach, bo posiadanie zbyt dużej liczby książek „do przeczytania” jakoś mnie demotywuje.

    Od ciebie natomiast porywam „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” bo brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać 🙂

    P.S.: Co do „Rdzy” Małeckiego – jestem świeżo po lekturze i gorąco polecam 🙂
    P.S.: Ale jednak bardziej polecam Ignacego Karpowicza. A już najbardziej to „Sońkę”.

  • Reply
    Krzysiek
    13 stycznia 2018 at 19:39

    Kilkaset pozycji kupionych i nieprzeczytanych to dopiero lista wstydu. I cały czas się wydłuża. Już w zasadzie się pogodziłem z tym, że prędzej umrę niż choćby napocznę półki w jakiś zauważalny sposób.
    Nasze zainteresowania literackie tak się różnią, że w zasadzie nie widzę punktów wspólnych. No, pojedyncze: Kańtoch i „Szczygieł”. A i tak to jest na tak odległych miejscach, że równie dobrze mógłbym czekać na modyfikacje genetyczne przedłużające życie, najlepiej od razu o kilkaset lat.

  • Reply
    Miss Kejt
    14 stycznia 2018 at 11:52

    Jednym z moich postanowień anno domini 2018 jest znalezienie czasu na czytanie, co dotąd było ciężkie przy małym dziecku i etacie.

    Dzięki za zestawienie. Parę pozycji zaznaczam do sprawdzenia.

  • Reply
    Dziewczyna z agencji
    14 stycznia 2018 at 13:35

    Moją strefą wstydu od lat są Nędznicy… Czytam je po kawałku od lat… choć książka mnie powala swoją aktualnością to nie daję rady przez nią przebrnąć… Wydaje mi się, że jest tak aktualna, że czasami dostaję obuchem w łeb i muszę odpocząć. W tym roku moim celem jest po prostu czytać – każdego dnia najlepiej nawet po 1 stronie. 2017 był ubogi w czytelnictwo dlatego muszę nadrobić. A lista czytajek jest długgaaaaaa 🙂

  • Reply
    Marta | Zafascynowana życiem
    29 stycznia 2018 at 09:46

    Lubię bardzo takie wpisy, bo zdecydowanie lepiej wybiera mi się wtedy książki do lektury. Uwielbiam kryminały i to one stanowią podstawę mojej biblioteczki 🙂 Notuję kilka pozycji!

    • Reply
      Ania
      29 stycznia 2018 at 13:39

      Cześć Marta! Z kryminałów, które wymieniłam w tym wpisie, zdążyłam przeczytać już Wiarę Anny Kańtoch – muszę przyznać, że bardzo przyjemna lektura!

  • Reply
    Paulina
    1 lutego 2018 at 11:33

    Aaaa.. co za piękny dzień! Od dawna szukałam takiego wpisu, który przedstawi kilka pozycji z literatury przez duże L. Jestem również zdania, że książki czyta się na jakość, a nie na ilość.
    Po ostatnich wydarzeniach bardzo zainteresowała mnie strefa Wielkiego zimna – dlatego luty przeznaczę na książki z tej strefy.
    P.S.: Gorąco polecam „Rdzę” Małeckiego – świetna pozycja!
    P.S.: W mojej strefie wstydu znajduję się „Zgiełk czasu” Juliana Barnes oraz „Detroit – sekcja zwłok Ameryki” Charlie Leduff

Leave a Reply