Bardzo Rychtyg Książki

Co przeczytać w 2019?

To jest jeden z tych wpisów, których przygotowanie kosztuje sporo pracy, ale jeszcze więcej radości. Pracy, bo żeby stworzyć listę tego, co przeczytać w 2019 przekopałam się przez mnóstwo zestawień, rekomendacji, blogów, vlogów, podcastów i kupek wstydu (wszyscy je mamy!). Radość bierze się stąd, że ja po prostu uwielbiam mieć dużo do czytania, a jak już widzę całą kolekcję okładek, z których każda zachęca mnie do lektury z innego powodu, to trzęsą mi się uszy. Ale tak metaforycznie, bo prawdziwie to nie potrafię żadnej mimicznej woltyżerki poza standardowym zwijaniem języka w rulon, co poradzisz. Nie umiem też wyjaśnić uczucia, które ogarnia mnie kiedy wiem, że po obecnie czytanej książce mam jeszcze następną i następną i następną, podejrzewam jednak, że ma ono coś wspólnego z tym, że każdej dziecięcej chorobie towarzyszył stosik książek z lokalnej biblioteki. A jedno musicie o mnie wiedzieć – gorączkę to ja miałam jakieś dwa razy w życiu, więc jak choruję, to nie w nieprzytomny sposób – czytać można z przyjemnością.

Dzisiejsza lista tego, co przeczytać w 2019 roku powstała jako wypadkowa gorących nowości i książek ze sterty wstydu. Będzie też kilka pozycji z zeszłorocznej listy planów czytelniczych, których przeczytać nie zdążyłam.

Swoją drogą, o tym, co w 2018 przeczytałam i jakie książki zrobiły na mnie największe wrażenie (a jakie wlokły się i wlokły mnie niemiłosiernie – patrzę na Ciebie prezydencie Abrahamie) – przeczytacie w moim kulturowym podsumowaniu roku.

A więc co przeczytać w 2019? A właściwie, co ja zamierzam przeczytać? Podzieliłam moją listę na kategorie, które pomogą wam w postowej nawigacji – będzie o polskich nowościach, zagranicznych pewniakach, stercie wstydu (a jakże!) oraz o nadziejach, o których jeszcze za wiele nie wiadomo, ale już brzmią ekscytująco.

 

Co przeczytać w 2019 po polsku?

Przez “po polsku” rozumiem książki napisane przez Polaków, bo to czy zagraniczne książki czytacie po angielsku, polsku, a może jeszcze innemu, to wiecie – kwestia upodobania. Co ekscytującego made in Poland czeka nas w 2019?

Na liście mam kilka powieści kobiecych i uwaga, nie chodzi mi o romantyczne pierdololo ze stockową fotką na okładce. Tak bardzo się cieszę, że Polki piszą książki, które mnie ekscytują. Zacznę od Lat powyżej zera Anny Cieplak, bo kiedy wzięłam ją do ręki w mojej ulubionej poznańskiej księgarni, to po przeczytaniu okładkowego blurba przeszedł mnie dreszcz:

To manifest pokolenia, które zaczęło kumać, co się dzieje, mniej więcej w pamiętnym roku zerowym, gdy w Rosji Jelcyn zamienił się w Putina, gdy z okna z bloku spadł na ziemię Magik, ale mimo to świat się nie skończył, choć miał się skończyć, a zamiast tego tak naprawdę się zaczął.

Tak książkę opisał Ziemowit Szczerek, a ja mogłam dodać tylko #takbyło #samawidziałam. Czujecie?

 

Jeśli niekoniecznie utożsamiacie się z rozdzierającymi dylematami typu “Czy X odezwie się do mnie raczej jak ustawię status ‘zaraz wracam’ czy ‘niewidoczny’?”, to nie martwcie się za bardzo, bo kolejna propozycja jest demograficznie bardziej demokratyczna. Chodzi o Nieczułość napisaną przez Martynę Bundę. To kobieca książka, bo i napisana przez kobietę i napisana o kobietach. Wszystko dzieje się przez wiele lat i wiele osób, a do tego na Kaszubach. Mam na czytniku od jakiegoś czasu, ale czekam na okazję żeby lekturę pocelebrować, bo już pierwsze zdania powieści kazały mi myśleć, że na celebrację zasługuje.

 

Do książki Weroniki Gogoli Po trochu zachęciła mnie okładka (come on, a wy nie kupujecie książek i wina po etykietkach?), która wygląda jak połączenie cepeliowych wycinanek i ruskiej gierki, która pewnie ma jakąś nazwę, ale terminem klinicznym jest ruska gierka właśnie. O czym jest Po trochu? Ano podobno o wszystkim… po trochu. Ja liczę na powrót do prowincjonalnego dzieciństwa i wielki świat małych rodzinnych historii, poza którymi wtedy nie było nic, no może oprócz ruskiej gierki.

 

Kolejna “kobieca” książka to Latawiec z betonu Moniki Milewskiej. I ja nawet nie za wiele wiem o tej książce, bo do decyzji o wpisaniu jej na listę tego, co przeczytać w 2019 roku, zadecydowało pierwsze zdanie, które o tej pozycji przeczytałam: 40 lat. 16 klatek schodowych. I jedna krowa na balkonie. Wiecie o co chodzi? Proszę ja was, ja doskonale wiem o czym mowa i gdyby jeszcze wciąż Stanisława Ryster wyłączała ludziom zmysły jednym kliknięciem w Wielkiej Grze to ja na pewno zgłosiłabym się do odcinka “Architektura mieszkalna na więcej osób niż żyje w moim rodzinnym mieście”. Ding ding ding! Oczywiście, że chodzi o gdańskiego Falowca, długiego na cztery normalne bloki i widocznego z wielu kosmosów. Pamiętam pewną wycieczkę nad morze z kolegami, których interesował skatepark na Przymorzu i mną-Anią, która najchętniej stałaby i patrzyła na ten wielki, niesamowity budynek. Taka byłam młodzieżowa. No, więc ja książkę z falowcem w głównej roli przeczytam na pewno, a nieprzekonanym dodam, że nie jest to opowieść o żelbecie, chociaż głównym bohaterem jest twórca falowca. Nie, nie – tu jest realizm magiczny, jest satyra, no i jest falowiec, wybaczcie, ale nad tym faktem nie można przejść obojętnie.

 

2019 będzie też na moim czytniku rokiem Małeckiego, a konkretnie Jakuba Małeckiego (chociaż jak Robert coś napisze, to też przeczytam, bo Skaza była przyjemna). Dlaczego? Ano przyznanie się do tego, że nie przeczytałam dosłownie nic autorstwa Jakuba M. wywoływało chyba najwyższe uniesienia brwi wśród ludzi, z którymi rozmawiałam. Nikt nie idzie zdobyło mnóstwo czytelniczych serc w zeszłym roku, a ja jestem zaintrygowana również Dygotem i Rdzą. Wiele wskazuje na to, że za kilka miesięcy to ja będę mówić “Ale naprawdę nie znasz Małeckiego? Ojej!”.

 

W zeszłym roku sięgnęłam po Wzgórze psów, do którego podchodziłam jak pies do jeża i do tego jeszcze jeża na wzgórzu. Już po kilkunastu stronach było mi głupio, że tak długo zwlekałam. Kiedy więc Żulczyk ogłasza, że napisał książkę, która jest nieco dziwna, jest horrorem dla młodzieży i nazywa się Zmorojewo, to ja biorę i skaczę na główkę w tę książkę. Najwyżej mnie rozboli.

 

Co z powieściami kryminalnymi? Wiadomo przecież, że nic nie jest tak dobrym imbirem między kolejnymi rolkami ambitnej literatury jak zimny trup, najlepiej jeszcze zimą. To zresztą jest tak nieudana metafora, że dokładnie z tego powodu postanowiłam ją zostawić. No, ale miało być o trupach. Oczywiście, że będą! W kolejce mam kolejne tomy sagi o Lipowie Puzyńskiej, sięgać będę też po nowe Mrozy (bo, że będzie ich więcej niż jeden to pewne, nie?), jak Wojciech Chmielarz napisze coś nowego, to sięgnę bez wahania, bo Żmijowisko było największym “przewracaczem kartek” w ubiegłym roku (a podobno będzie w telewizji!). Z nieznanych mi dotychczas autorów najbardziej kusi Jakub Szamałek i jego techno-thriller Cokolwiek wybierzesz – kusi to może złe słowo, bo ebook już czeka na czytniku, więc właściwie sprawa jest przesądzona, czekamy tylko na potrzebę lektury kryminalnej.

 

Czas na rebus – kolejna książka w zestawieniu być może nie należy do tej kategorii, bo technicznie rzecz biorąc została napisana po szwedzku, ale dotyczy tej kategorii w sposób szczególny, a już szczególnie ze względu na ową “nieprzynależność”. Uff, skomplikowany rebus, ale wiem, że pierwsze odpowiedzi już przychodzą na moją skrzynkę. Chodzi o Dom z dwiema wieżami, czyli intymną historię rodzinną Macieja Zaremby Bielawskiego, która szturmem zdobyła serca czytelników i wielu z nich wydaje się być tym faktem zdziwionym. Dzięki temu ja podchodzę do niej z dużymi oczekiwaniami, ale i gotowością na wyjątkową lekturę.

 

Na deser skromnej jak to u mnie bywa kategorii “non-fiction” książka, wobec której nie muszę mieć żadnych oczekiwań, bo nawet jeśli będzie notką encyklopedyczną, to ze względu na główną bohaterkę będzie na pewno zajmująca. Główną bohaterką jest kobieta, o której ciągle wiemy za mało (narzekałam na to między innymi w tym wpisie – Nie warto znać się na sporcie) – Halina Konopacka. Napisania książki podjęła się Agnieszka Metelska, a znajdziecie ją (po premierze) pod tytułem Złota legenda Haliny Konopackiej. Kupujcie i czytajcie, bo Polki takiej i tej idolki potrzebują.

 

Chciałabym wspomnieć też o dwóch nowościach, na które czekam ze szczególną sympatią, bo od dawna kibicuję (prywatnie i blogowo) ich autorkom. A nietrudno im kibicować skoro obie wydają książki o czymś, na czym się znają, a do tego obie lektury obfitować będą w ciekawostki. Ania kocha ciekawostki! O jakich autorkach mowa? Chodzi o Kasię (Zwierza Popkulturalnego) i jej Oscary – Sekrety największej nagrody filmowej i Magdę, która stworzyła książkę Bułgaria. Złoto i rakija. Czekam na premiery i będę polować na autografy!

Skoro już jesteśmy przy książkach twórców związanych z blogosferą, to warto śledzić też zapowiedzi wydawnictwa Altenberg, bo podejrzewam, że szykują kolejne publikacje autorstwa naszych ulubionych twórców online.

Pewniaki z zagranicy

Od pewniaków z zagranicy zaczęłam rok, bo już na początku stycznia pochłonęłam (i nie ma w tym krzty przesady) powieść Jedno z nas kłamie, która udowadnia, że trzydziestoletnia pani ciągle może czytać książki spod szyldu Young Adults. Doskonałe to na plażę, do wanny czy, jak w moim wypadku, na śnieżycę w górach. Dobra wiadomość jest taka, że w USA już wyszła kolejna pół-młodzieżowa powieść tej samej autorki – Two can keep a secret. Podejrzewam, że nie będziemy w Polsce długo na nią czekać.

 

Skoro już przy książkach z gatunki YA jesteśmy, to na liście mam jeszcze dwie pozycje:

    • The Hate U Give. Nienawiść, którą dajesz. – jak sam tytuł wskazuje już przetłumaczona na polski powieść młodej (w końcu mojej rówieśniczki) autorki, która zdobyła ogromną popularność za oceanem. Powód? Świeżość, aktualność i ważność. To historia afroamerykanki, która jest świadkiem zastrzelenia przez policję nieuzbrojonego nastolatka. Dalej są naciski z różnych stron i trudne do dokonania wybory.
    • Nasz ostatni dzień, który w Polsce zostanie wydany w marcu. Ujęło mnie główne fabularne założenie – otóż każdy człowiek 24 godziny przed śmiercią otrzymuje powiadomienie o nadchodzącej zgubie. Na ewidentną potrzebę emocjonalną zareagował rynek, który wyprodukował specjalne aplikacje łączące ludzi w ich ostatni dzień życia. Takimi właśnie ludźmi są nasi główni bohaterowie.

Gdzieś pomiędzy byciem Młodym Dorosłym, a Dorosłym Dorosłym kończy się najwyraźniej 30 lat i w takim wieku są bohaterowie książki The Gunners, którą w zeszłym roku uplasowałam w zagranicznych nadziejach. Ani widu ani słychu o tym, żeby ktoś planował w Polsce ją wydać więc wzięłam i zakupiłam wersję oryginalną – zdecydować się nie było trudno, bo wydanie jest przepiękne. W ten sposób zamierzam poznać bliżej historię kilku trzydziestolatków, którzy niegdyś przyjaźnili się, a teraz spotykają się przy smutnej okazji samobójstwa jednej z nich. Mnie intryguje, a jak przeczytam, to dam znać, czy warto zamawiać wersję angielską/nękać wydawnictwa mailami.

 

Z zeszłorocznej listy jeszcze jedna pozycja awansowała z “nadziei” na “pewniaka”. Chodzi o zbiór opowiadań Florida, który ma być klimatyczny, wciągający, a do tego znalazł się na liście ulubionych lektur minionego roku Baracka Obamy. Dobra wiadomość? Pojawi się już niedługo w Polsce jako… Floryda (to ciekawe, bo zupełnie niedawno Grzegorz Bogdał wydał swój zbiór o identycznym tytule – czytałam – bezbolesny, ale nie do końca do mnie trafił).

 

Nietrudno zauważyć, że można mnie łatwo kupić tematyką “amerykańską”, a motywem dzikości, pustkowia i Ameryki to już w ogóle. Dlatego więc długo nie zastanawiałam się przed wpisaniem książki Kristin Hannah, wydanej w Polsce jako Wielka samotność. Mamy Alaskę z lat 70-tych, mamy rodzinne problemy w zderzeniu z surowym klimatem i polarną ciemnością. Brzmi jak nieciekawe okoliczności do życia? Być może, ale zdecydowanie jak ciekawa lektura, zwłaszcza w umiarkowanych ciemnościach naszych szerokości geograficznych.

 

Na swoją kolej czeka też już na moim czytniku Rozstanie. Sam tytuł sugeruje tematykę książki, ale okoliczności tytułowego rozstania brzmią bardzo intrygująco. Otóż mamy parę, która znajduje się w sytuacji gdy wtem małżonek wybywa do Grecji… i ślad po nim ginie. Podobno jest oryginalnie i świeżo w temacie, który wydawałby się być mocno eksploatowany.

 

Kolejna powieść, która już na lekturę czeka (tym razem nie na czytniku tylko na półce) to Manhattan Beach. I cieszę się, że czeka na półce, bo to taka historia, która chyba lepiej smakuje z szelestem kartek. Główna bohaterka raczej nie przejmuje się tym, że kobiety zdają się mieć dokładnie zdefiniowane co wypada, a co można – dość powiedzieć, że zajmuje się nurkowaniem i naprawianiem statków wojennych. Statki wojenne, bo mówimy o latach 30-tych i 40-tych, ale podejrzewam, że poprzednie zdanie miałoby też sens w naszej dekadzie, co jest okropnie smutne. W powieści mamy tajemnicę, Nowy Jork, porachunki z przeszłości, ale ja przede wszystkim chcę poczuć girl power, bo tego nam dzisiaj bardzo potrzeba.

Wkraczamy właściwie w strefę między lekturami obowiązkowymi z ostatnich/najbliższych miesięcy i takimi, które są nieco starsze. Dlaczego nie znalazły się na stercie wstydu? Ano dlatego, że do niedawna o ich przeczytaniu nie myślałam, nie ma więc tu miejsca na odkładanie lektury w czasie.

 

Chodzi przede wszystkim o książki, które napisał Yuval Noah Harari. Na czytniku i celowniku mam trójkę (Sapiens, Homo Deus i 21 lekcji na XXI wiek). Opowiadają one w sposób niezwykle zajmujący (wiem, bo Sapiens właśnie kończę) o historii gatunku ludzkiego, jego potencjalnej przyszłości i najważniejszych zagadnieniach globalnego “dzisiaj”. Kopalnia ciekawostek i świetny prezent dla pasjonatów nauki z humanistycznym (w każdym znaczeniu tego słowa) zacięciem.

 

Na oku mam też książki Elizabeth Strout (Mam na imię Lucy, To co możliwe), które zapowiadają się na przyjemne obyczajki z dodatkową głębią (no i małomiasteczkową Ameryką, co zawsze dodaje kilkanaście punktów).

 

Kategorię zamyka Niksy, czyli książką, o której było głośno trochę ponad rok temu, ale hype-train odjechał beze mnie. Ja wsiadam z opóźnieniem, ale sporym entuzjazmem na myśl o przeczytaniu cegły rozgrywającej się na przestrzeni lat z amerykańską historią w tle. Nie wiem, nie wiem jak to ominęłam rok temu, być może dlatego, że amerykańską historię miałam chwilowo na wyciągnięcie ręki i byłam tym trochę zachłyśnięta. Obiecuję poprawę.

 

Sterta wstydu

Ale dobrze, że się wam w zeszłym roku do mojej sterty wstydu przyznałam! Te odkładane na “kiedyś-kiedyś” współczesne klasyki pewnie leżałyby odłogiem dalej, a ja żyłabym sobie nie wiedząc co wydarzyło się pomiędzy Judem, Willemem, Malcolmem i JB. A tak wiem i co nad ich losem przesmarkałam, to moje! Więcej zachwytów na temat tej akurat książki (Małe życie) ujęłam tutaj, ale nic, po co ze sterty wstydu sięgnęłam w 2018 roku nie rozczarowało mnie. Czy uda się utrzymać dobrą passę w 2019? Zobaczymy, na liście mam:

  • Wszystko co lśni – wiem, rok temu też miałam. I dosłownie mam-posiadam tę książkę, w formie ebooka, więc między ustami a brzegiem czytnika jest jedynie chęć szczera. A chęci nieco brakowało, bo Wszystko co lśni to książka skomplikowana i długa. Na tyle długa i na tyle skomplikowana, że na początku pojawia się osobna rozpiska bohaterów, a części książki otwierają specjalne mapy. I jak ja mam do nich na czytniku wracać co? Podjąć wyzwanie jednak zamierzam, bo to właśnie skomplikowanie i wynikające z niego implikacje najbardziej mnie pociągają. Jako dano-entuzjastę zachwyca mnie ten projekt oparty na wizualizacji danych z książki i bardzo chcę się w niego zagłębić – a to mogę zrobić w pełni dopiero po lekturze. Czy to wczesny kandydat w kategorii “najdziwniejsza motywacja do przeczytania książki”? Pewnie tak, już ćwiczę zaskoczoną minę na rozdanie nagród.
  • Historia pszczół (oraz Błękit) czyli połowa z planowanej na cztery części “serii klimatycznej” autorstwa Mai Lunde. Jako stale doskonaląca się (i stale od doskonałości daleka, ale hej, musimy próbować!) less-wasterka, czuję, że proekologiczny przekaz powieści dobrze wpasuje się w moje starania żeby tak całkiem do końca to może jednak nie spierdzielić tej naszej planety.
  • Król Twardocha (oraz Królestwo, które jest zbyt nowe żeby na stercie wstydu leżeć, ale zdecydowanie idzie z Królem w parze). Czemu jeszcze nie przeczytałam dwóch najnowszych powieści Twardocha? Ano, chyba dlatego, że ta gangsterka i to przedwojnie i w tej Warszawie dodatkowo, to jakoś wyjątkowo nie-mój miks. Ale inni, których o zamiłowanie do tego typu mieszanin bym nie podejrzewała, czytają i chwalą. Do tego ja tak lubię ceglaste powieści (a tu na starcie mam do przejścia od razu dwie cegły!), że może się okazać, że spodoba się mi nawet taki egzotyczny koktajl.

 

W kolejce czekają też doceniane zbiory reporterów, których odkryłam dla siebie w zeszłym roku: Z nienawiści do kobiet Kopińskiej i Schodów się nie pali Tochmana. Tutaj nie mam absolutnie żadnych wątpliwości – będzie czytane, a jeśli tej dwójki nie znacie to przeczytajcie jak zachwycałam się ich innymi pozycjami w podsumowaniu 2018.


Obiecujące premiery

W tej kategorii znalazły się książki, które chciałabym w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy przeczytać, ale póki co klasyfikuję je “tylko” jako czytelnicze nadzieje, bo:

– nie zamówiłam ich jeszcze z zagranicznych sklepów (staram się utrzymywać w ryzach stan posiadania, bo wychowałam się w rodzinie książkowych zbieraczy ze wszystkimi tego zaletami i wadami),

– nie dotarłam do informacji o tym, że któreś z polskich wydawnictw chciałoby je wydać (co, ze względu na abonament ebookowy oszczędza mi sporo kosztów i czasu),

– nie wszystkie z poniższych książek wpadły już oficjalnie w ręce czytelników – ale recenzenci zgodnie uznają, że warto je do artykułu o tym, co przeczytać w 2019 roku wrzucić.

 

Ale jeśli gwiazdy pozwolą, chciałabym w najbliższym czasie sięgnąć po:

Asymmetry (Lisa Halliday) – jestem prawie pewna, że ktoś już to po cichu (lub przede mną po cichu) szykuje się do wydania po polsku tej powieści, bo wszystko co o niej czytam jest po prostu intrygujące. To tak naprawdę dwie historie w jednej książce, do tego historie pozornie asymetryczne i rozłączne – jedna o związku starszego pisarza z dużo młodszą redaktorką, druga o Amerykaninie irackiego pochodzenia, który został zatrzymany przez obsługę na lotnisku. Coś jednak te historie łączy, a podobno wcale niełatwo do tego “czegoś” dojść. No wybaczcie państwo, ale to brzmi przesmacznie!

There there (Tommy Orange) – to powieść, która może nie być bardzo bliska polskim czytelnikom, chociaż ze względu na bycie przedstawicielem Homo Sapiens, powinna (a i owszem, Harari zostawił mi w głowie świeżą bruzdę). Chodzi tutaj o współczesny los potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy zostali w sposób sztuczny przeniesieni w miejsca takie jak miasto Oakland, znajdujące się rzut beretem (a właściwie przejazd przez most z beretem) od San Francisco. W książce There there przeplatają się historie 12 osób, które zmagają się z codziennością, ale też poszukiwaniem tożsamości i autentyczności.

The great believers (Rebecca Makkai) – czyli książka, która złamie mi w 2019 roku serce, tak obstawiam. Mamy tutaj bowiem znowu dwie przeplatające się historie i to dwie potencjalnie rozdzierające się historie. Jedna (dziejąca się w latach 80-tych) o grupce przyjaciół (w większości homoseksualistów więc, tak, będzie dużo o umieraniu), a druga (osadzona w 2015 roku) opowiada historię matki, która szuka w Paryżu swojej zaginionej córki, która niekoniecznie chce być odnaleziona.

Lost Children Archive (Valeria Luiselli) – powieść, którą wrzuciłabym na tę listę chociażby dlatego, że jej miejsce akcji, czyli roadtrip po południowych stanach USA, odpowiada również na pytanie “A ty Aniu co chciałabyś zrobić w 2019 roku?”. Nie o turystykę tu chodzi, a zderzenie jej i z obecnym amerykańskim kryzysem imigracyjnym, o którym słyszymy nad Wisłą chyba trochę za mało, i ze wspomnianym już w tym zestawieniu problemem rozliczeniowym – tym, co stało się z rdzenną Ameryką i jej mieszkańcami.

The Care and Feeding of Ravenously Hungry Girls (Anissa Gray) – długi tytuł, przepiękna okładka i historia, którą z zaciekawieniem wyłuskałam z list “najbardziej obiecujących premier książkowych”. Bardzo dobrze czytało mi się w 2018 Małe ogniska i tu wyczuwam podobne wibracje – mamy porządną amerykańską rodzinę, którą wstrząsa skandal, mamy trzy siostry, które próbują ten kryzys opanować, mamy ciemne sekrety i, jak mniemam, wynikający z nich komentarz społeczny.

 

Będzie co czytać!

Nazbierało się tutaj 41 tytułów i chociaż pewnie nie uda się wyzerować tej listy, to w ciągu roku pojawią się kolejne “must read” pozycje, które dobiją czytelniczy licznik do 50tki – taka to ładna liczba. Właściwie to nie ma co czekać na “w ciągu roku”, może podrzucicie mi już teraz kolejne propozycje i wasze “muszę przeczytać” w 2019 roku? Komentarze stoją otworem.  

You Might Also Like...

2 komentarze

  • Reply
    Basia
    27 stycznia 2019 at 14:12

    Dziękuję za polecenie 😁zapisuje i na pierwszy ogień idzie Żmijowisko, o którym czytałam wiele ciekawych recenzji.

    • Reply
      Ania
      27 stycznia 2019 at 18:48

      Super! Radzę zarezerwować trochę wolnego czasu bo trudno się od lektury oderwać 🙂

Leave a Reply