Podróże

Co zobaczyć w Bieszczadach?

Jakim cudem dziewczyna, która musiała zjeżdżać na sankach z nasypu kolejowego, bo nigdzie w okolicy nie było ani pagórka, może wam pisać co zobaczyć w Bieszczadach? Pytam, bo nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła od osobistej wycieczki – i w czasie i w przestrzeni. Tak właściwie to Bieszczady jeździły ze mną wszędzie od dziecka. A konkretnie kaseta z bieszczadzkimi piosenkami Wolnej Grupy Bukowiny, którą zajeżdżali moi rodzice w seledynowej Asconie. Głównie na trasie Krajenka – Bydgoszcz, bo to było najbliższe duże miasto, przez co kiedy słyszę dziś te melodie myślę o Nakle nad Notecią. Ale tym Nakle z czasów kiedy nie było obwodnicy, a już na pewno nie McDonald’sa przy obwodnicy.

Zdarzyło mi się też w Bieszczady za dzieciaka pojechać – była to o tyle magiczna wycieczka, że w jej trakcie jasielska ciocia zapoznała mnie z kanwą i haftem gobelinowym, co wciągnęło mnie na kolejne 21 lat, a do tego był to lipiec roku 1997, a nam udało się wrócić (już czerwoną Ibizką, a co!) na naszą płaską Krajnę przez calutką zalaną Polskę bez uszczerbku. Ciocia, ta od haftowania, była zresztą na tyle dobrą osobą, że wymodliła i wyhaftowała sobie cmentarną kwaterę z przepięknym widokiem na miasto i wzgórza. Serio, nekroturyści powinni odwiedzić cmentarz w Jaśle – robi wrażenie.

Jak sami widzicie, kwalifikacje do opisywania Bieszczadów zbierałam od wczesnego dziecięctwa. Na poważnie jednak zabrałam się do rzeczy 2 lata temu, kiedy to zachęcona wizją spędzania czasu poza zasięgiem, wygooglowałam nocleg w Wetlinie i wzięłam prawdziwy offline urlop. Bieszczady w maju i deszczu kupiły nas na tyle, że w tym roku postanowiliśmy wrócić we wrześniu i słońcu, co okazało się tematem o tyle dotkliwym, że nie ma takiego balsamu brązującego na rynku, który wyrówna moją górską spaleniznę.

Oba wyjazdy poprzedzone były gruntownym researchem, a uwieńczone odwiedzinami na przepięknych szlakach, w ciekawych miejscach, no i przy stole gastrohitów, ale o tym akurat w osobnym wpisie. Dziś będzie coś dla duszy, no i dla nóg.

Nie jestem zaawansowaną górską turystką, a już na pewno nie przewodniczką po Bieszczadach – w tym wpisie sygnalizuje szlaki, które polecam, ale przed wyruszeniem na wyprawę koniecznie przeanalizujcie trasę (ja planuję korzystając z mapy turystycznej online).

 

Szlaki:

Połonina Wetlińska

Klasyk, no co mam powiedzieć. Nic odkrywczego? Być może, ale z drugiej strony po co się jedzie w Bieszczady jak nie po to żeby pozachwycać się połoninami. Z daleka wyglądają jak łyse placki na szczytach gór, z bliska łyso jest już nam, bo okazują się być piękne i różnorodne. Moja zasada brzmi – im dalej w jesień, tym piękniej.

Połonina Wetlińska stanowi świetny pomysł na wycieczkę, zwłaszcza jeśli stacjonuje się w Wetlinie. Opcji na zdobycie jej grzbietu jest kilka – my wdrapywaliśmy się i od Brzegów Górnych (duży parking na dole) i od samej Wetliny, prosto na przełęcz Orłowicza. Drogi pod górkę są porównywalne – do zdobycia nawet dla kondycyjnie nieutalentowanego piechura. Kluczem do sukcesu są liczne przystanki i krzyżówka z Przekroju. Że co? Ano tak, święta prawda, za chwilę wyjaśnię.

Szlak czerwony z Brzegów Górnych zaprowadzi nas wprost do słynnego bieszczadzkiego schroniska – Chatki Puchatka. Do nazwy mam nadzwyczajny sentyment, w końcu do dzisiaj moją ulubioną grą plenerową są misie patysie. Od Chatki czeka nas wspaniały spacer grzbietem Połoniny. Czasem właściwie płasko, czasem mocno w dół, a czasem zdecydowanie w górę. I tak przez ponad 5 kilometrów, aż do przełęczy Orłowicza. Stamtąd można do góry na Smerek, albo w dół do Wetliny. Zaletą powrotu tą trasą jest to, że lądujemy w samej wiosce, nie trzeba (jak w przypadku zejścia do Brzegów Górnych) szukać transportu lub spacerować poboczem wąskiej Bieszczadzkiej Pętli.

Połonina Wetlińska

Co zobaczyć w Bieszczadach?

Połonina Wetlińska i Smerek

Ok, ok, ale o co chodzi z tą krzyżówką? Krzyżówka nie może być byle jaka – musi być z Przekroju. Tamtejsza słynie z przewrotnych zagadek i haseł, które spędzają sen z powiek, ale na szczęście również zmęczenie z głowy. Umysł zajęty zastanawianiem się co to jest 200 litrów starego mleka nie zauważa, że wchodzi pod górkę. Ba! W momencie kiedy w końcu zarejestruje, że było kiedyś takie słowo jak stągiew (i mieściło mniej więcej właśnie 200 litrów) z ust podchodzącego pod górkę wędrowca może wydobyć się pisk radości. Współturyści do dzisiaj pewnie zastanawiają się z czego tak się cieszyliśmy wdrapując się na szczyty.

 

Bukowe Berdo (+ bonusy)

Ile ja się o Bukowym Berdzie naczytałam! Że takie piękne, że jak Bieszczady jesienią to koniecznie. I wiecie co? Podpisuję się wszystkimi kończynami. Nie wiem czy to mniejszy ruch turystyczny niż na innych popularnych szlakach, zróżnicowany teren, czy malownicze widoki na wszystkie strony – Bukowe Berdo należy zobaczyć i kropka.

Zdecydowaliśmy się na wejście od Mucznego – uwaga – po drodze można zobaczyć żyjące na wolności żubry. Nie miziamy, nie podchodzimy, ale można. Podejście, podobnie jak w przypadku Połoniny Wetlińskiej nie przysparza wielkich trudności, chociaż im dalej (dosłownie) w las, tym przystanki robią się częstsze. Kiedy las się kończy zaczynają się widoki. Od samego początku (w naszym przypadku było to skrzyżowanie żółtego “leśnego” szlaku z niebieskim) wiadomo, że będzie to wyprawa natury zdecydowanie estetycznej.

Bukowe Berdo

Bukowe Berdo

Bukowe Berdo

Bukowe i Ania

Jak przystało na gwiazdę wyprawy, trasa ta ma kilka wariantów. Pierwszy, prowadzi po prostu do Bukowego Berda. Drugi i trzeci zakładają przy okazji zdobycie dwóch najwyższych szczytów Bieszczadów: Krzemienia i Tarnicy. O ile wariant drugi (Bukowe Berdo + Krzemień) jest kwestią kilkunastu minut dodatkowego marszu, to ten trzeci polecam jedynie hobbystom/zbieraczom korony gór polskich/schodo-entuzjastom. Wszystko dlatego, że od Krzemienia do samego szczytu Tarnicy należy poruszać się właśnie… schodami. Ostro w dół, półostro w górę, a jeśli zaplanowaliście (jak my) wycieczkę w dwie strony, to na deser jeszcze półostro w dół i przyjemniaczkowe 1000 schodków ostro w górę. W imię czego? Zaliczenia Tarnicy, rzecz jasna. Gwarantuję, że ani z niej lepszego widoku nie ma, a szczyt to betonowy placek z mini krzyżem. Spokojnie można odpuścić i wybrać się na bardziej malownicze szczyty, których w okolicy nie brakuje

Droga na Tarnicę

Droga z Tarnicy

Marzył nam się zachód słońce na grzbiecie Bukowego, ale jesienny zmrok zapadał szybko i z nagła, a przed sobą mieliśmy jeszcze całkiem długą trasę. Poza tym trzeba jeszcze wracać przez las – a tam ciemności pojawiają się dużo szybciej. Zeszliśmy więc do Mucznego, na dole miziając jeszcze pięknego Malamuta Dariusza i wpadając do ustrzyckiego sklepiku po czekoladę Studentską z malinami.

Nazajutrz dopadł nas ból kolan, a pospinane łydki trzymały dość długo – mimo to wrażenia z Bukowego Berda zostały wyłącznie pozytywne. Na Tarnicę z kolei wolę patrzeć ze zdrowym dystansem (to ta garbata gnida w tle).

Ania i góry

 

Ach, i jeszcze jedno – nigdy nie lekceważcie mocy górskiego słońca, nawet w połowie września. Po tej wędrówce do dzisiaj noszę na ciele malownicze pasy, a pan aptekarz z Cisnej moje zakupy (Panthenol w piance i tabletki na chorobę lokomocyjną) skomentował najtrafniej jak się da: Lato w Bieszczadach, co?

 

Zapomniane wioski (Jaworzec, Łuh, Zawój)

Aby dowiedzieć się więcej o miejscach odwiedzanych podczas tego spaceru warto poszukać w sieci o ścieżce historycznej Bieszczady Odnalezione. Właśnie dzięki tej inicjatywie po drodze można przeczytać informacje. My dowiedzieliśmy się o tej trasie od pana Marcina – właściciela naszego bieszczadzkiego noclegu i świetnego źródła wiedzy na temat regionu.

Świetna trasa dla fanów spacerów nieco bardziej płaskich (chociaż niekoniecznie krótkich, spokojnie można pokusić się tu o ponad dwudziestokilometrowy spacer). Uwaga – trasa dostosowana jest również dla rowerzystów. My wybraliśmy się w poszukiwaniu śladów zapomnianych wiosek w majowy deszczowy dzień dwa lata temu. Zalety – tylko my w calutkich Bieszczadach wpadliśmy na ten pomysł. Wady – dosłownie tylko my – przez kilka godzin widzieliśmy tylko siebie, deszcz i nieco posępne krajobrazy, w końcu nazwa miejscowego rezerwatu – “Sine Wiry” – zobowiązuje. Nie dajcie się wystraszyć – przy bardziej łaskawej pogodzie to miejsce idealne na spacer.

Bieszczady

Trasę można rozpocząć w Kalnicy (to zaledwie kilka kilometrów od Wetliny) i poruszać się asfaltową szosą, która potem zamieni się w szutrową, ale ciągle dosyć szeroką drogę. Co jakiś czas można napotkać na (obecnie oznaczone specjalnymi znakami) pozostałości po nieistniejących wioskach, w wyprawie towarzyszy też szum rzeki Wetliny. O tym, że kiedyś toczyło się tu życie świadczą krzyże, cmentarze, drzewa owocowe. Nie znajdziecie tutaj spektakularnych widoków – wartością tej trasy jest niesamowita atmosfera. Naszej majowej wyprawie towarzyszyła, jak już wiecie, ulewa, oprócz niej przepiękny zapach czosnku niedźwiedziego. Przy samych Sinych Wirach zawróciliśmy, bo z lasu dobiegł nas jeszcze inny zapach – dużo mniej przyjemny. Z racji tego, że my czuliśmy zwierzę wyraźnie, a ono nas mogło nie czuć ze względu na wiatr wiejący właśnie w naszą stronę, grzecznie wycofaliśmy się z lasu. Przy okazji głośno dyskutowaliśmy aby upewnić się, że nasz leśny przyjaciel jeśli nas nawet nie wywącha, to usłyszy. Spotkania udało się uniknąć, przeciwdeszczowe kurtki i obuwie zdały egzamin, ale piwo “Dwa misie” wypite tego dnia do obiadu smakowało jak po największym fizycznym wysiłku.

 

Atrakcje poza szlakami

Sanok

Nie wiem czy Sanok ma jakiś reklamowy slogan (edit: ma SanOK – Miasto Kultury), ale powinno ono brzmieć:

Miasto, które nie budzi żadnych oczekiwań, a jednak powinno.

Kiedy zaproponowałam mojemu towarzyszowi wycieczkę do Sanoka, a w jej planie zwiedzanie muzeum historycznego i skansenu, podejrzewam że dużo chętniej rzuciłby wszystko i wyjechał w Bieszczady, tyle że akurat w nich był. Kto pomyślałby, że wrócimy z Sanoka zachwyceni i jednym i drugim aspektem wycieczki? My nie, a tak było.

 

Zamek Królewski w Sanoku

No przyznać się, kto z was z nieprzymuszonej woli pójdzie zwiedzać coś co nazywa się po prostu Zamkiem Królewskim? Pani! Takie to my mamy w każdej wiosce, a w Poznaniu to nawet jest Zamek Cesarski, ot co! No i widzicie – sanocki zamek można łatwo przegapić, zwłaszcza, że z zewnątrz wygląda jak połączenie szpitala z salą weselną (fun fact – był i jednymi drugim). I byłby to ogromny błąd, bo na zamku mieści się, sanockim zwyczajem niezbyt ekscytujące z nazwy Muzeum Historyczne.

Co z tym muzeum, zapytacie. A ja zapytam – a Ostatnią Rodzinę widzieli? Ja dwa razy w kinie i dwa w telewizorze, co sprawia, że coraz lepiej wychodzi mi zaśpiew Aleksandry Koniecznej kiedy powtarzamy po Zofii Beksińskiej Zdzisek!

O Ostatnią Rodzinę pytam dlatego, że Sanok to miejsce, z którego Beksińscy pochodzą i w którym można obejrzeć ogromną kolekcję obrazów i prac multimedialnych Zdzisława. Ba! Odtworzono nawet z najmniejszymi szczegółami (widok z okna!) pracownię malarza już z warszawskiego mieszkania, w związku z czym oglądając film czuliśmy prawdziwe déjà vu.

Beksiński - pracownia

Wizyta w sanockim muzeum to jednak punkt obowiązkowy nie tylko dla prawdziwych fanów twórczości Beksińskiego – jego obrazy fascynują i warto je obejrzeć z bliska nawet jeśli nie znamy/nie lubimy.

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o tym, że w Muzeum Historycznym w Sanoku znajduje się też wspaniała kolekcja ikon. I znowu – bez kontekstu też robią wrażenie, tak jak wrażenie robią Zdziskowe obrazy, ale to kontekst nadaje im niezwykłą wartość. Przed wizytą warto zapoznać się z podstawami sztuki pisania ikon i ich symboliki. Tutaj nie ma wolnej rosjanki amerykanki – wszystko ma swój sens – i kompozycja i ułożenie ciała figur i kolory i nawet kolejność ikon w większej kolekcji. Odkrywanie tych różnych warstw znaczeń na każdej ikonie to wspaniała przygoda.

A skoro już o przygodach mowa, to czas wyjść na zewnątrz, bo po drugiej stronie Sanu (tak, też przeżyłam ten moment, w którym dodałam dwa do dwóch, a właściwie San do oka) znajduje się Sansen. Czyli skansen, ale w Sanoku, ot kolejny niepoważny pomysł copywriterski dla biura promocji miasta.

 

Skansen

O wartościach skansenów nie trzeba mnie przekonywać – zapewniają i wiedzę i rozrywkę na świeżym powietrzu. Najdobitniej przekonałam się o tym, kiedy jako ośmioletnie może dziecię odwiedziłam z rodzicami podobny przybytek w Osieku nad Notecią. Jeździłam tam zresztą co najmniej kilka razy, bo w okolicy do wyboru był albo skansen albo klub Pokusa, przy którym ludzie z Manieczek z szacunku ściągali czapki i rękawiczki. Raz byłam tam na dyskotece na początku wieku i do dzisiaj mam wrażenie, że odbija się to w mojej krzywej EKG. Wracając do skansenu (chociaż właśnie o doświadczenia przedzawałowe tu chodzi) – wlazłam wtedy na pewniaka do pewnej ciemnej izby gdzie ujrzałam ni mniej ni więcej tylko trupa na katafalku. Innymi słowy – ujawniłam zwłoki, a owszem, na tym blogu pilnujemy w tej kwestii poprawnej nomenklatury! Wokół umarłego kilka pań, które zanosiły się płaczem, no i ja, jeszcze bez płaczu, ale ze zdecydowanie zszokowaną miną. Nie pozostało nic innego jak wycofać się z izby i chodzić po reszcie skansenu myśląc o tym, czy nie natknę się na kolejnego nieboszczyka. Natknęłam się na co innego – mianowicie na tablicę mówiącą o tym, że tego dnia w skansenie odbywa się wystawa specjalna pokazująca obrzędy pogrzebowe ludu wsi nadnoteckiej (czy ludu temu podobnego – etnografowie wybaczcie – tutaj akurat na terminologii się nie wyznaję!). Tablicę przyjęłam z ulgą, skanseny do dzisiaj traktuję z czcią, a na progach ciemnych izb puszczam innych przodem.

Wstęp jest pokaźnych rozmiarów, ale Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku to jeden z największych skansenów w Polsce więc to zobowiązuje. Na dzień dobry protip – przy zakupie biletów proszę się skumać w kolejce z innymi zwiedzającymi i złożyć na opiekę przewodnika. Taka usługa kosztuje (kieruję się stroną www skansenu) 50 złotych, a grupa może liczyć aż 20 osób. Czyli jeśli jesteście w piątkę to za przewodnika płacicie po 10 złotych – najlepsza inwestycja tego dnia. Ja w ogóle uważam, że o ile się nie jest znawcą danego tematu, dobry przewodnik zawsze wzbogaci wycieczkę. W przypadku sanockiego skansenu dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawostek, przewodnik pomógł wybrać optymalną trasę po atrakcjach muzeum, a do tego padł tylko jeden niewinny żarcik o tym, że ja i Piotrek mamy sobie polulać kołyską-eksponatem żeby się przygotować do przyszłej roli rodzica. A przypominam, że jesteśmy na Podkarpaciu – nie jest źle!

Z dwójki zamek – skansen, wybrałabym zamek, ale jeśli macie czas/dzieci/potrzebę bycia na powietrzu, to skansen będzie również dobrym wyborem.

 

Uherce Mineralne

Spodziewam się, że nieco zabiłam wam ćwieka tym wyborem – Uherce Mineralne to takie bieszczadzkie pół Krajenki leżące pod Leskiem. Po kiego grzyba miałabym was tam wysyłać? Ano po grzyba na szynach, albo grzyba z gliny. I po jedzenie i picie, ale to w osobnym poście.

 

Bieszczadzkie Drezyny Rowerowe

Jak brzmi takie jest – ktoś wpadł na świetny pomysł, aby stworzyć drezynowo-rowerową hybrydę. Ma siodełka i pedały zupełnie jak w rowerze, ale porusza się po szynach – genialne! Wysiłek porównywalny do jazdy na zwykłym rowerze, ale dla najmłodszych i najstarszych przygotowano też specjalne ławki pasażerskie na każdej drezynce.

Organizatorzy zadbali o to żeby trasy były zróżnicowane – można wybrać się na całkiem długą przejażdżkę, a można obrócić tam i z powrotem w nieco ponad godzinkę. Ruch, jak to na kolei, jest zorganizowany – obowiązuje rozkład jazdy, a drezyny na trasę wyruszają grupowo. I tutaj kolejna wskazówka ode mnie – przed startem wycieczki trzymajcie się pana z obsługi. Bo pan z obsługi pewnie zapyta kto chce jechać w pierwszej drezynie – i wtedy bądźcie jak ja: szybko podnieście rękę i spójrzcie z satysfakcją na wszystkie dzieci, którym słaby refleks lub wafelek w buzi nie pozwolił na zaklepanie najlepszego miejsca na wycieczce. Zanim oskarżycie mnie o niszczenie ludziom dzieciństwa, od razu uprzedzam, że pan szukał wyłącznie takich ludzi, którzy mają miejsce żeby go zabrać na ławce pasażerskiej, sorry dzieciaki i ich rodzice, odpadacie na starcie. Bycie na początku wycieczki (lub na końcu, bo na “pętli” kolejność się odwraca) jest atrakcyjne, bo gwarantuje najlepsze widoki, w przeciwnym razie oglądamy plecki drezyny z przodu, no chyba, że kolumna bardzo się rozrzedzi.

Drezyny rowerowe

Drezyny rowerowe są zdecydowaną odpowiedzią na to, co zobaczyć w Bieszczadach z dziećmi – te z naszej wycieczki miały tak ucieszone buzie, że prawie zapomniały, że mnie nienawidzą za zgarnięcie drezyny numer 1.

Odwiedziny na stacji w Uhercach Mineralnych warto połączyć z jeszcze jedną, stosunkowo nową atrakcją w okolicy – wizytą w Bieszczadzkiej Szkole Rzemiosła.

 

Bieszczadzka Szkoła Rzemiosła

O tej atrakcji mówię, w połączeniu z drezynami rowerowymi bowiem obie inicjatywy wyszły spod ręki tych samych ludzi – zresztą uczestnictwo w wycieczce drezynowej uprawniło nas do 10% zniżki w Szkole Rzemiosła. A ceny i tak nie są w niej wygórowane. Bilet wstępu uprawnia do podróży w czasie do szkoły sprzed lat i uczestnictwa w zajęciach z pieczenia lokalnego przysmaku – proziaków, garncarstwa i kaligrafii. Tymi rączkami, moi drodzy, tymi rączkami upieczecie gorące bułeczki, ulepicie coś z gliny i napiszecie odręcznie kartkę z pozdrowieniami. Każde z zajęć odbywa się pod czujnym okiem eksperta, który pomaga, dostarcza ciekawostek i zachęca do zabierania własnych wytworów do domu. Pamiątki z wakacji? Zaliczone w postaci dwóch mini miseczek. Drugie śniadanie? Bułeczki własnej roboty. Dowód, że nawet osoba programująca na czarnym ekranie może coś ładnie wykaligrafować? Dostępny do wglądu u mnie.

Bieszczadzka Szkoła Rzemiosła

Nie da się za wysoko ocenić tego typu inicjatyw, uważam, że to wspaniała atrakcja i dla młodych i dla starych (którzy będą się bawić jak dzieci), a niejedna osoba wzruszy się korzystając z “telefonów z historią” czyli starych aparatów telefonicznych, w których usłyszeć można opowieści najstarszych mieszkańców Uherców. Wszystko jest dopracowane, zadbane, przemyślane – byliśmy pod ogromnym wrażeniem wizyty.

 

Bieszczadzka Kolejka Leśna

Wszystko wygląda na to, że Polacy w Bieszczadach kochają atrakcje szynowe. Leśna ciuchcia  startująca z Majdanu (pod Cisną), jest kolejną (hehe) niezwykle popularną toro-wycieczką, zwłaszcza dla rodzin. I nie ma się co dziwić, pociągi są fajne i już! Mówię to wam ja, osoba, która musiała zjeżdżać na sankach z nasypu kolejowego, więc ma do całej infrastruktury szynowej spory sentyment.

Bieszczadzka Kolejka Leśna to pociąg z szeregiem drewnianych wagonów – takich półotwartych, więc w razie niepogody dostaniecie rykoszetem (my dostaliśmy). Do wyboru są dwie trasy: można pojechać do Przysłupia lub do Balnicy. My pojechaliśmy i tu, i tu – głównie dlatego, że pani w kasie uznała, że na pewno nie wytrzymamy. Upór ma swoje dobre strony: mogę zdać relację z obu opcji.

Bieszczadzka kolejka leśna

I tak, Przysłup to kierunek gastronomiczny – na pętli czeka kilka opcji kulinarnych wraz z (uwaga spoiler z wpisu o tym gdzie zjeść w Bieszczadach) naszą ulubioną smażalnią o uroczej nazwie Dom Pstrąga. Niestety, do celu prowadzi dość monotonna trasa, która trwa ponad godzinę. Oczywiście, sama frajda z jazdy kolejką jest też, ale to już musicie uzależnić od własnej kolejowej zajawki i współczynnika pogodowego.

Jeśli oczekujecie, że kolejka przewiezie was przez te słynne dzikie Bieszczady, gdzie niedźwiedź odpowiada za przestawianie zwrotnicy to śmiało walcie na Balnicę. Trasa jest nieco krótsza, za to dużo bardziej przez las. Na mecie nie ma restauracji, ale jest sklepik zatrzymany w czasie (stan na 2016, bo jednak w Bieszczadach sporo rzeczy się zmienia).

Ostatnim elementem na jaki należy zwrócić uwagę w przypadku tej atrakcji jest dziki tłum szarżujący wagoniki – w majowy deszczowy weekend kolejka była pełniutka, ale wtedy jazdy odbywały się tylko w weekendy. Jak jest w wakacje, kiedy kolejka kursuje codziennie? Podejrzewam, że nadal tłoczno.

 

Szlak cerkwi drewnianych

Szlak to w tym przypadku pojęcie względne, bo takowych istnieje w regionie co najmniej kilka. Właściwie gdzie nie pojedziecie, to w okolicy czai się jakaś drewniana cerkiewka, najczęściej zamknięta na cztery spusty (lub spustu pół), ale przy odrobinie szczęścia można wejść do środka i powąchać, a wąchać warto, bo cerkwie pachną przepięknie.

Łopienka

Łopienka - cerkiew

Szczególnej uwadze polecam dwa miejsca:

  • Cerkiew w Łopience, głównie dlatego, że ani nie jest drewniana, ani nigdy nie jest po drodze. Zawsze trzeba skręcić, nadłożyć drogi, pobłądzić, aby w końcu zobaczyć budynek zagubiony pośrodku bieszczadzkiej przyrody. W środku jest surowo i bardzo klimatycznie.
  • Cerkiew w Smolniku – o nietypowych kształtach, górująca nad okolicą. Za cerkwią znajduje się cmentarzyk – bez nekroturystyki nie da się, sorry. Aby dopełnić mojej charakterystyki jako turystyki (cerkiewki, cmentarze, jedzenie, mizianie zwierzaków) dodam, że okolica jest interesująca również ze względu na element gastronomiczny i mizialny też.

Poza kategorią “zabytki drewniane”, ale ciągle w sekcji sakralnej znajdują się ruiny klasztoru w Zagórzu – jeśli macie po drodze, zdecydowanie warto zajrzeć.

Zagórz - Klasztor


Co zobaczyć w Bieszczadach, ale tak naprawdę?

Wszystkie opisane w tym wpisie miejsca były dla nas atrakcyjne (z różnych powodów), ale nie da się ukryć, że w zwiedzaniu Bieszczadów z dokładną checklistą jest coś bardzo… niebieszczadzkiego. Polecam więc wpleść w dobrze zaplanowaną wyprawę (czemu zawsze kibicuję) jakąś przestrzeń na odkrywanie tego miejsca po swojemu. Minizachwyty mogłyby u mnie zapełnić wpis co najmniej dwa razy dłuższy niż ten. A tu zbłąkana kapliczka, ciekawe skąd się wzięła, a tu sklepik, który mógłby robić za scenografię filmu z lat 90-tych, a tu widok, na który mógłbym patrzeć biorąc prysznic (najwyższy dowód uznania dla topografii terenu u Piotrka). Wszystko w rytmie slow, chociaż z roku na rok coraz więcej ludzi wpada na ten sam slow pomysł żeby w Bieszczady przyjechać.

PS: Nie, nie zapomniałam o Solinie. Sporo tam ludzi, a i klimat mocno “karpaczowaty”. I 20 lat temu, i teraz zapamiętałam z Soliny jedynie ostrzegawcze pół legendy o dziesiątkach ludzi, którzy tracą życie wychylając się za bardzo i potem leżą biedni w ciemnej izbie w skansenie. Ale uczciwie przyznaję, że zapory “od środka” nie miałam okazji zwiedzać – pewnie zrobiłaby na mnie większe wrażenie.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply