Ania w kinie

Ania w kinie: Czy Bodo śni o elektrycznych owcach?

Ale o co chodzi z Anią w kinie?
Widzicie, Ania w kinie to i postać i miejsce i powiedziałabym, że nawet styl życia. W każdym razie, zanim z frustracji brakiem miejsca gdzie mogę pisać i pisać i pisać i nie tylko o polskim kinie, narodził się Rychtyg, to zajmowałam się głównie pisaniem (i pisaniem i pisaniem) o polskim kinie właśnie. Nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że Ania w kinie to marka, ale na pewno córka Marka (hehe), więc zostaje na Rychtygu przynajmniej w formie kategorii.

To do rzeczy – dziś na tapecie Człowiek z magicznym pudełkiem, androidy i zagłada.

Od pięciu lat człowiek czeka na nowego Bodo Koxa, a ten tu wyjeżdża z androidami. To jest coś co może naprawdę zniechęcić widza, który specjalnie wybrał seans o takiej godzinie żeby aby czasem nie musieć iść na Blade Runner 2049. Bo na Blade Runnera poszedł Piotrek i o tym jak wrażenia też trochę będzie. W ogóle to w ramach życiowych porad bardzo polecam chodzenie w tym samym czasie na dwa różne filmy, bo nie dość, że mam wrażenie, że widziałam oba (bo wiem że Ryan miał ślady po soli na spodniach), to jeszcze nie musiałam ich obu oglądać! Czysty geniusz optymalizacyjny.

Ale, ale, swoje widziałam czyli obciążony ogromnymi oczekiwaniami kolejny pełnometrażowy film Bodo Koxa: Człowiek z magicznym pudełkiem. A czego tam nie było! Warszawa w ruinie, Bołądź w korpo, cztery osoby na sali.
I werdykt – Dziewczyna z szafy to nie jest (to była magia – więcej napisałam tutaj), ale ci, którzy od góry do dołu z błotem zmieszali, to też nie bardzo.

Ja lubię filmy pół-offowe. Czy to Matwiejczyki czy Inżynier Walczak czy wcześniejsze dokonania Bodo – kupuję to razem z odklejonym scenariuszem i chałupniczą scenografią. I podoba mi się kiedy ktoś kto ma już kasę na piękne zdjęcia i niezawstydzające efekty specjalne, nadal ma w sobie iskrę, która każe mu umieszczać w kadrach różne żarty.

O czym jest Człowiek z magicznym pudełkiem? Jak sam tytuł wskazuje to film o dystopijnej warszawskiej rzeczywistości ad 2030, podróżach w czasie i miłości w korpo (i opuszczonych kamienicach). Tak, scenariusz jest zamaszysty, ale zaskakująco spójny. Niektóre dialogi – przebłyskotliwe. Echa współczesnych problemów? Uderzające, ale im mniej wbijane łopatą do głowy, tym lepiej (tak, też przewróciłam oczami po usłyszeniu dialogu o broszce).

Ale te zdjęcia! Wiedziałam, że robi je Arek Tomiak (we współpracy) więc rozsiadłam się wygodnie i cieszyłam do większości kadrów. Był obowiązkowy dym, kilka razy zastanawiałam się czy nocne sceny kręcili w dzień (i vice versa). Muszę też napisać, że zupełnie nie przeszkadzały mi kadrowe cytaty i uśmiecham się bardzo szeroko kiedy widzę na fejsbuku rewelacje o tym, że oto internauta znalazł plagiat w filmie nowym polskim, bo tam jest kadr i ten kadr on kojarzy z niszowego filmu Fight Club.

Ów niszowy kadr:
Czlowiek z magicznym pudelkiem

Cieszy odkrycie dla filmu polskiego Piotra Polaka, ale jeszcze bardziej cieszy fala entuzjazmu dla roli Sebastiana Stankiewicza. No wreszcie!

I wybieram tak i wybieram, że to mi się podobało, a to też mi się podobało. Ale już tak najbardziej najbardziej mi się podobało, że nie da się wyjść z seansu z poczuciem zmarnowanego kreatywnego potencjału. Tu się nie kalkuluje i nie temperuje. Podejrzewam, że mało który reżyser zdecydowałby się na scenę z Krakowskim Spleenem, mało kto nie bał przeoffować z folią aluminiową na ścianach i, w końcu, mało kto w głowie by tę historię równie zgrabnie ułożył.

Człowiek z magicznym pudełkiem to nie jest film gładki i demokratycznie zachwycający jak Dziewczyna z szafy. To nie jest taki film, po którym przewartościujecie swoje życie – chociaż może zainteresują was kryptowaluty, bo jak widać gotówka długiej kariery nie ma. Ale to jest film, który mógł okazać się absolutną porażką i wcale tak się nie stało. Oddycham z ulgą i ogłaszam, że w polskim kinie frekwencyjnie zdominowanym przez filmy o i dla koksów, ten jeden zrobiony przez B. Koxa jest naprawde godny uwagi. (Hehe). I sterowców nad Warszawą chcę częściej, a nie, że co 5 lat.

Ale, ale! Miało być też o łowcy androidów, ale tego zza granicy. I rzeczywiście, 180 minut neonów i powolnych scen nie znużyło Piotrka, a o zdjęciach wypowiadał się co najmniej równie entuzjastycznie co ja o tych w Pudełku:

Gdzie nie zatrzymasz, to jest dobry kadr. Mógłbym zatrzymywać i mówić: to na tapetę, to na tapetę, to na tapetę. No, tylko ja nie mam pulpitu w komputerze, więc nie mam też tapety.

Proste.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply