TV

Gra o tron: przemyślenia dla amatorów i fanów

To miał być tekst o zupełnie innym tytule – coś na kształt “niepopularnych opinii” (ktoś ma ładniejsze tłumaczenie hot takes?), bo wydawało mi się, że mam same kontrowersyjne poglądy dotyczące świata i mieszkańców Westeros. Na szczęście finałowy sezon nieco nas wszystkich wyrównał – może dlatego, że największymi bad guyami serialu Gra o Tron okazali się scenarzyści. I to, że ja broniłam Lannisterów jak niepodległości stało się jakby mniej kontrowersyjne.

W związku z tym postanowiłam stworzyć tekst podsumowujący moje przemyślenia o Grze o Tron – wszystko to, co mówiłam ludziom pytającym o to co sądzę, jak znajduję i czy podoba mi się to i tamto. W celu ustalenia czy tekst powinien być najeżony spoilerami jak żelazny tron mieczami poległych, przeprowadziłam nawet pseudonaukowe badanie na fanpejdżu. Badanie skończyło się mniej więcej jak Bitwa Bękartów – jedni zaorali drugich. Górą zostali spoilerowicze, ale wśród osób, które nadal nie wiedzą, jak zabójczo szalone mogą być imprezy weselne była moja własna mama, a jej głos liczy się parę razy, zwłaszcza pod koniec maja. W związku z tym tekst dzieli się na część bezspoilerową i na część spoilerową, w której rzucam szczegółami z sezonu ósmego jakby miało nie być jutra.

Ale na początek kilka słów o tym jaki łączy mnie z Grą o Tron związek i czemu jest to związek niełatwy.

 

Gra o Tron i Ania – rachunek sumienia fanki marnotrawnej

Czy jestem idealną osobą, która powinna wam coś mówić na temat Gry o Tron? Z kilku powodów pewnie nie, a pierwszym jest to, że kiedy ktoś mnie pyta “ej Ania czy to jest taki super serial?”, to ja zupełnie pewnie mówię, że no taki znowu super to właściwie i nie jest.

Ale to jeszcze nic! Przecież o mało co ja bym w ogóle tego serialu nie zobaczyła. Powiedzieć, że nie mogłam się do niego przekonać to nic nie powiedzieć, bo pierwsze kilka odcinków obejrzałam dokładnie trzy razy. Nie dlatego, że tak mnie porwały – po prostu potrzebowałam trzech podejść żeby wytrzymać z Grą o Tron na tyle długo, żeby w ogóle ujrzeć King’s Landing.

Jeśli jednak macie ochotę przeczytać moje przemyślenia o Grze o Tron, to miejsce w pamięci, że są to refleksje osoby, która zawsze wolała karierę nauczycielki od kariery księżniczki, a przez książkowego Władcę Pierścieni przebrnęłam tylko dlatego, że akurat miałam anginę i nic innego do czytania. Nie ma we mnie fascynacji czasami turniejów rycerskich, na hasło fantasy robię grzeczny ukłon i spieprzam jak najdalej, nigdy również nie wciągnęłam się w żaden materiał historyczno-mitologiczny – chyba, że mówimy o Xenie, wojowniczej księżniczce, ale wtedy w telewizji były 4 kanały i nie było Netfliksa.

Jeśli jeszcze się nie zniechęciliście, to zapraszam na pierwsze z przemyśleń: póki co pozostajemy w sferze bezspoilerowej, w której planuję wyjaśnić wam czym Gra o Tron *nie* jest.

 

To nie jest równy serial

Oj nie jest. I mogłabym to matematycznie udowodnić, gdybym tylko odpowiednio wcześnie na taką przełomową metodę badań wpadła. Obejdziemy się więc bez obliczeń, musicie uwierzyć mi na słowo, a właściwie to na rękę.

Otóż ja zazwyczaj oglądam telewizję z pełnymi rękami. Mam to po babci, która na każdym odcinku Dr Queen umiała wydziergolić parę wełnianych skarpet. Ja nie dziergam, ale haftuję. Haftuję półkrzyżyki, a konkretnie to dwadzieścia pięć tysięcy dwieście siedemdziesiąt półkrzyżyków (o taki landszafcik, proszę bardzo). To żmudne przewlekanie muliny przez kanwę odbywało się przy akompaniamencie Gry o Tron.

I wspaniale było widać, że w niektórych sezonach (patrzę na was #2 i #5) machnęłam tych półkrzyżyków najwięcej, bo na ekranie działo się najmniej. Niestety, jeśli szukacie w serialach pędzącej akcji, to nieprzyjemnie zaskoczy was ilość turystyki pieszej i konnej jaką uprawiają bohaterowie Gry o Tron.

No właśnie, jak na reputację serialu, o którym fani rozprawiają z wypiekami na twarzach, Gra o Tron jest bardzo “pomału”. Sporo tu rozmów przy stołach, rozmów na spacerach i rozmów w ciemnych korytarzach.

Są momenty, w których rozmowy i wycieczki trwają zdecydowanie za długo. Są też takie, w których na gorszą formę serialu składa się pędząca na łeb na szyję akcja (mhm, sezon 7 i 8!). Oznacza to mniej więcej tyle, że nie każdy odcinek serialu ogląda się z równą satysfakcją, a niektóre można spokojnie skonsumować w formie słuchowiska, patrząc się na rękodzieło w dłoniach. Polecam!

 

To nie jest serial o smokach

Smoki, owszem, są. I czasem są zupełnie ważne. Ale zupełnie nie powinniście się spodziewać serialu o magicznych stworzeniach i fantastycznych światach. To znaczy wiecie – zombie też są, jest i bóg, który wskrzesza z martwych i zabija za karę, ale jestem przekonana, że gdyby nagle na smoku leciał ktoś czyje nazwisko do siodłania smoka nie zobowiązuje, to fani serii zakrzyknęliby “hola hola, gdzie mi tu z takimi fantazjami!”.

Więc owszem, w serialu występuje element fantastyczny, ale mitologia całości jest uporządkowana i mająca sens. No i nie są smoki najważniejsze. Nie zawsze. A już na pewno nie powiedziałabym, że to serial o fantastycznych stworzeniach. Nie, nie – to serial o ludziach, na ogół zupełnie niefantastycznych i polityce, która tymi ludźmi rządzi. Czyli jeśli czujecie, uzasadnioną lub nie, obawę przed serialem z elementami fantastyki, to proszę się nie obawiać. Wejdzie gładko jak ostrza lannisterskich noży w ciała przeciwników.

 

To nie jest serial na wszystkie czasy (ale na te teraz akurat jest)

Trafiła Gra o Tron w złotą żyłę, trzeba jej to oddać. Serial powstał w tym wspaniałym momencie, w którym seriale już były traktowane bardzo poważnie, ale budżety dopiero zaczynały to oddawać. A do tego dorastał wraz z popularnością fandomów czyli cyfrowych społeczności fanów, które często zmieniają odbiór dzieł kultury (a w przypadku Gry o Tron można założyć, że zmieniały też ich treść – o tym więcej w części ze spoilerami).

Wytworzyło to naprawdę unikalną mieszankę jakości i ekscytacji, której nie dałoby się pewnie stworzyć wcześniej. Nie dodałam “ani później”, bo to całkiem prawdopodobne, że w ciągu kilku lat pojawi się serial, który zabierze Grze o Tron jej wszystkie “naj”. Po pierwsze dlatego, że wszystkie rekordy da się pobić (oprócz większości rekordów kobiecej lekkiej atletyki – ale to przy innej okazji). Po drugie dlatego, że nawet dzisiaj mało kto postawi Grę o Tron na podium w kategorii “Najlepszy serial”. Ja też tego nie zrobiłabym, a nawet nie oglądałam The Wire czy Breaking Bad, czyli najczęstszych czempionów tego typu zestawień.

Skoro przyszłość jest niepewna, do Gry o Tron najlepiej zasiąść teraz, szczególnie póki Północ Internet pamięta. A Internet jest szczególnie istotny, bo przecież:

 

To nie jest serial, w którym serial jest najważniejszy*

*dla mnie

Dodałam gwiazdkę z nieba, bo chociaż cały ten post jest tylko i wyłącznie moim zdaniem, a nie prawdą objawioną przez Pana Ognia, to ten podrozdział już tak szczególnie.

Otóż dla mnie seanse z Grą o Tron były mniej atrakcyjne od następującego po nich zatopienia się w popkulturze, memach, filmikach z reakcjami na serial (o tak!) i “aaa, teraz kumam o co tu chodziło”. Czy tego chcemy czy nie, Gra o Tron odcisnęła spore piętno na internetowym dyskursie. Jeśli chcemy ze zjawiska jakim był przez ostatnie lata ten serial skorzystać w pełni, to warto przeżywać i to co na większym ekranie i to co na mniejszym ekranie. Albo i bez ekranu, bo podcasty ze świata GoT też są nie do pogardzenia.

Największa zaleta internetowej otoczki Gry o Tron? Kiedy w serialu fabuła stawała w miejscu lub stawała na głowie, memy trzymały równy, wysoki poziom. Czy to nie piękne?

Jeśli zdecydujecie się obejrzeć serial, to za kilka tygodni/miesięcy/wydzierganych szalików zapraszam do lektury drugiej części tego wpisu. Jeśli jednak cały czas uważacie, że to nie dla was, to przynajmniej wiecie trochę dokładniej czego unikacie. Niezależnie od decyzji pozdrawiam!

 

Przemyślenia o Grze o Tron – te spoilerowe więc ratuj się kto może!

No, to tutaj zrobimy sobie prawdziwą spoilerową jatkę, ale na początek spróbuję streścić odpowiedź na główne pytanie jakie fani GoT teraz sobie zadają: “Co myślę o ósmym sezonie?”.

A myślę tyle, że miał bardzo mocne momenty, bardzo słabe momenty, a w całość ułożył się dziwaczną, ale jednak przewidywalną. Widzicie, rację miał kot z mema, który od dawna ostrzegał, że Andrzej, to jebnie. No i jebło, nie bez pomocy dwóch panów z Ameryki.

 

Trudno robić Grę o Tron jak chce się robić Gwiezdne Wojny

To nie jest teoria spiskowa ani rant na polskich piłkarzy po kolejnym przegranym mundialu: o średnim zakończeniu Gry o Tron zadecydowało to, że po finale sezonu szóstego (zresztą niezłego!) główni producenci zgodzili się tylko na dwa skrócone sezony pożegnalne. HBO chciało więcej, George R.R. Martin chciał więcej, my chcieliśmy więcej, ale panowie Benioff i Weiss mieli już dość. No i spieszyli się produkować nowe Gwiezdne Wojny.

Czy mieli prawo podjąć taką decyzję? No jasne, ja czasem tracę zainteresowanie pracą po pierwszych trzech minutach zadania, a oni żyli Grą o Tron przez dekadę.

Czy są słabymi scenarzystami? Nie są, spod ich ręki wyszło sporo solidnych odcinków serialu.

Czy to mogło się udać? Nie mogło. Nie dało się w satysfakcjonujący sposób zakończyć wszystkie wątki w ciągu trzynastu odcinków. To znaczy dało się, ale korzystając z całej palety desperackich środków: począwszy od porzucenia wszystkiego, co wiemy o rozwoju naszych bohaterów aż po (efektowny, przyznaję!) zabieg Arya ex machina.

I oczywiście, że wszyscy wsiedliśmy do hype-pociągu, który zajeżdżał na stację premiery ósmego sezonu z towarzyszeniem fanfar. Ale po każdym odcinku zadawałam sobie (a pewnie wy też pytanie) – to oni chcą to wszystko skończyć za 5/4/3 odcinki? W drugiej połowie finałowego sezonu to pytanie już nie miało racji bytu, chyba, że ma się naturę filozofa, który spadając w przepaść zastanowi się kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

 

Lannisterom należą się duże przeprosiny

Kiedy zaczynałam oglądać Grę o Tron i mówiłam znajomym, że lubię Joffreya, wszyscy uśmiechali się znacząco i odpowiadali hehe to poczekaj. Oczywiście był Joffrey ciulem jakich mało, ale czy nie o to chodzi w telewizji? Dobry bohater to połowa sukcesu, potrzebujemy jeszcze dobrego złoczyńcy.

A w tym Lannisterowie zawsze byli wspaniali. I Joffrey, i Cersei, i Tywin byli oczywiście niefajni, niemili i niedelikatni, no ale jaką dobrą telewizję nam dali! Nie mówcie, że nie tęsknicie za starymi dobrymi czasami kiedy to bad guyami byli ludzie ubrani na czerwono, a nie Euron Greyjoy.

I po tak wiernej służbie jako jedne z najbardziej intrygujących postaci serialu, całe rodzeństwo Lannisterów dostało w finałowych odcinkach wilczy, a może bardziej wilkorowy bilet.

Jaimie, jak się okazuje, niepotrzebnie zupełnie przechodził przez te wszystkie lata przemianę z zadufanego księciunia w króla naszych serc – ni stąd ni zowąd zmienił przecież azymut całej tej podróży. W tym filmie możecie zobaczyć więcej nieścisłości w “finałowej” postawie Jaimiego.  

Tyrion z kolei spadł w rankingach inteligencji Westeros gdzieś na samo dno, bo z przebiegłego stratega stał się człowiekiem, który (jak słusznie zauważyli komentatorzy) podejmował zupełnie nieracjonalne i głupie decyzje.

Co z moją ulubienicą, Cersei? Otóż już nie jest wielowymiarowa. Teraz płacze i patrzy przez okno.

Wnoszę o przeprosiny dla szlachetnego rodu Lannisterów.  

 

Było zostać w Essos, co nie Khaleesi?

Daenerys Targaryen nie została wcale potraktowana lepiej od Cersei. Chociaż do roboty dostała więcej – oprócz płaczu i picia wina mogła bowiem przeprowadzić zagładę półmilionowego miasta. Wyobrażacie sobie? Nasza kochana Khaleesi, którą mieszkańcy Yunkai nieśli na rękach za jej łaskawość i dobroć. Niezła heca!

Co bardziej zaangażowani w sprawę tworzyli nawet video-składanki pokazujące, że Dany zawsze miała w sobie silną potrzebę miotania ogniem. Owszem – i wyobrażam sobie, że George R.R. Martin przemianę w Mad Queen zatwierdził i, jeśli kiedykolwiek kolejne tomy Pieśni Lodu i Ognia zostaną wydane, ją opisze. Tylko nie zrobi tego prawdopodobnie w trzech rozdzialikach. Nie będzie kazał Varysowi – bodaj najsprytniejszemu mieszkańcowi Westeros, robić z siebie szkolnego dilera z dowcipów: “Pst, pst, Jon – nie chcesz zabić królowej?”.

Gwoździem do trumny był jeszcze komentarz twórców odnośnie zaskakującej taktyki Dany i przelotu smokami wprost na Żelazną Flotę. Komentarz wykorzystany zresztą bezlitośnie w setkach memów: Daenerys kind of forgot about the Iron Fleet. A, ok. Jakie wygodne, a przecież każdy z nas czasem czegoś zapomniał. Na przykład dzienniczka, telefonu albo najpoważniejszego niebezpieczeństwa – no big deal!

 

Bran the Wybrakowany Bohater

Kiedy oglądaliśmy finałowy odcinek Gry o Tron, a Tyrion zaczął zajawiać kandydata z najlepszą historią aż wstałam z kanapy i krzyknęłam “Sam będzie królem!”. I gdybym miała 5 czy nawet 6 strzałów na to kto z siedzących w radzie ma “najlepszą historię” to nadal nie trafiłabym w Brana. Z prostego powodu – Bran w serialu nie miał żadnej historii. Najpierw nic, potem przez chwilę wiózł się na plecach Hodora (fabularnie i dosłownie), a potem znowu nic z przerwami na żarty z jego dziwacznych ripost.

Podobno w książkach ma historię i podobno pomysł zrobienia z niego króla ma w wersji książkowej sporo sensu. W serialu był kiepskim pomysłem na króla i właściwie chyba kiepskim królem skoro pierwsze co zrobił, to odleciał sobie w przestworza na zebraniu zarządu. Bez problemu kupuję koncept, że Pieśń Lodu i Ognia to tak naprawdę historia o Branie: chłopcu, który przeżył (w każdej dobrej historii jest taki potrzebny najwyraźniej). Zupełnie nie kupuję tego w przypadku serialu, a wybór go na władcę był dla mnie niespodzianką, ale taką z tych niepotrzebnych. Zresztą było ich więcej.

 

Oczekiwania vs rzeczywistość

Twórcy Gry o Tron porwali się z Valyriańskim mieczem na słońce próbując dokonać czegoś bardzo trudnego. Otóż chcieli spełnić najskrytsze oczekiwania widzów, jednocześnie się oczekiwaniom wymykając. Sprawili więc, że miałam poczucie, że oglądam fan fiction (i to nie jakieś wybitne), kiedy w drugim odcinku sezonu wszystkie internetowe shipy zaczęły się ze sobą schodzić. Na ogół bez większych konsekwencji dla fabuły i chyba tylko żeby osłodzić fanom to, co miało nadejść. A nadeszło mnóstwo “szokujących” momentów, skonstruowanych tak, aby wywieść w pole internetowych detektywów, ominąć fanowskie teorie i wywołać reakcje godne Krwawych Godów. Tylko, że takich reakcji nie było, bo w przeciwieństwie do wcześniejszych “szokerów”, te nie miały uzasadnienia w historii czy charakterze bohaterów. W ten oto sposób, powiedzenie “subvert expectations” stało się jeszcze bardziej popularne (pierwszą falę zaliczyło po premierze ostatnich Gwiezdnych Wojen, których nie widziałam, więc nie wiem o jakie “zaskoczenia” tam chodziło).

 

Wychodzi z tych moich przemyśleń na to, że Gra o Tron była skazana na chaos i pośpiech już w momencie, w którym zadecydowano o jej zakończeniu. To prawda, ale nie można zapominać o elementach, które wzbudzały moją radość przez cały sezon finałowy: zamaszystej produkcji i internecie, który żyje tylko kolejnym odcinkiem – nawet jeśli wszystko ma się zakończyć na popielato.

Czyli jednak dobrze bawiłaś się na Grze o Tron i lubisz o niej dywagować? – takie można zadać pytanie po przeczytaniu tego wpisu.

Ja na takie pytanie odpowiadam głosem Brana:

Why do you think I wrote all these words?

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply