Jedzenie Podróże Polska

Jedzenie w Bieszczadach: Gdzie warto zjeść?

Bieszczady robią się coraz bardziej popularne, pewnie dlatego, że na koniec świata jakby bliżej niż kiedyś. Niezależnie od udogodnień drogowych i pojazdowych – to nadal całkiem poważna wycieczka, z Poznania lekko 8 godzin. A skoro już podróżujemy przez cały dzień, bez mrugnięcia okiem mijając i uroczo pofalowany Dolny Śląsk, i dumne tatrzańskie Turnie, to znaczy, że w Bieszczady wzywa nas coś szczególnego. Dla jednych to będą bieszczadzkie anioły, dla innych legendy o zakapiorach, a mnie w góry wołają serki z czosnkiem niedźwiedzim i piwo “Dwa Misie”. Taka ze mnie gastroturystka, co poradzić.

Dobrą stroną tego, że każdą podróż planuję “od kuchni” jest to, że mam wyrobione konkretne opinie jeśli chodzi o jedzenie w Bieszczadach. I nie zawsze są to opinie pokrywające się z tym, co wypluwa z siebie Google kiedy prosimy go o najlepsze knajpy pod połoninami.

Rzeczywiście, w Bieszczadach kalorie uzupełniam z religijną wręcz systematycznością, ale kilka ciekawych miejsc niekulinarnych też odwiedziłam. Opisuję je w poście “Co zobaczyć w Bieszczadach?”, który może być dobrą podstawą planu na zwiedzanie końca świata. Chociaż o jedzeniu w tamtym wpisie też coś jest – na przykład o tym, gdzie można samodzielnie upiec (i spałaszować na ciepło z domową konfiturą) takie piękne regionalne wyroby: proziaki.

Dzisiejsze rekomendacje potraktujcie jako gastronomiczne uzupełnienie wycieczki. I można rzucić wszystko i jechać!
A, że na miejscu jest pięknie to chyba nie muszę was przekonywać?

Jedzenie w Bieszczadach – najciekawsze miejsca

Chata Wędrowca

Nie da się zacząć inaczej, bo Chata Wędrowca to zdaje się absolutna rekordzistka bieszczadzka w kategorii “restauracja, o której się dyskutuje”.

Miejsce-legenda, strzeżone sekretnym przepisem na naleśnik gigant i licznymi pieczęciami “żółtego przewodnika”. Z drugiej strony komentarze negatywne spod znaku “to już nie jest to, co kiedyś” i udokumentowany na zdjęciach kosmiczny tłok w okresie turystycznego szczytu. Po której stronie stoję ja?

A trochę stoję w rozkroku, bo widzicie – nie da się ukryć, że Chata Wędrowca jest w pewnym sensie ofiarą własnego sukcesu. Wierzę, że trudno zachować autorski i przytulny klimat, gotując dla dzikich tłumów, więc zupełnie się temu nie dziwię. Moja rekomendacja jest jednak taka: starajcie się odwiedzać poza sezonem (co nie jest aż takie znowu proste bo Chata zamyka się na zimowe miesiące), ale pod koniec jesieni czy w drugiej połowie “bezbożociałowego” maja powinno być jak najbardziej w porządku.

Dlaczego jednak warto w ogóle kombinować z terminem aby zjeść w Chacie Wędrowca? Warto, bo jeśli gwiazdy, tłumy i kondycja na kuchni się ułożą pomyślnie, to macie solidne szanse na kulinarne przeżycia. My doznawaliśmy ich jedząc naleśnika-giganta w pewne deszczowe popołudnie. Równie ciepło [sic!] wspominam inne wizyty, ale zawsze wspólnym podmiotem była obecność małej liczby gości. Na tyle małej, że dało się posłuchać “Kołysanki dla Joanny”, która leciała z głośników (nie żebym chodziła do restauracji dla soundtracku, ale to było Doświadczenie przez wielkie D). I chociaż tej jesieni nie udało już się tej magii w pełni powtórzyć, to nie tracę nadziei w kontekście przyszłych wizyt.

Jedzenie w Bieszczadach

Pro tip #1: Jest duża szansa, że będziecie chcieli skusić się na najsłynniejsze danie lokalu czyli naleśnika-giganta. Owszem, jest bardzo dobry, ale spokojnie można go sobie odpuścić jeśli bardziej kuszą nas inne rzeczy z karty. Ach, no i jeśli naleśnik to dopytajcie obsługę o najbardziej optymalny w danej chwili “obkład” – świeże jagody nie rosną wiecznie, nawet w Bieszczadach.

O z takim szczęściem dojadam naleśnika po pewnym gigancie, który nie podołał. 

Pro tip #2: W sklepiku obok restauracji jest spora kolekcja niekiczowatych pamiątek z Bieszczadów. W tym ten genialny talerz, którego udało nam się od 3 lat nie stłuc – w końcu to jedyny element naszej zastawy, który nie nosi szwedzkiego imienia.

 

Skoro już jesteśmy przy Wetlinie, to inną znaną knajpą z okolicy jest Paweł nie całkiem święty. Po kilku pozytywnych recenzjach od znajomych postanowiliśmy zajrzeć i trafiliśmy zdaje się w sam dół zmęczenia posezonowego – tak to przynajmniej skomentowaliśmy. Wierzę, że można tam zjeść smacznie, ja dostałam pierogi, które były zupełnie akceptowalne. Piotrkowi trafiły się jednak żeberka, nad którymi można było jedynie zapłakać. Ja nie wystawiam więc stuprocentowej rekomendacji, ale podobno zazwyczaj jest lepiej.

 

Wilcza Jama

Kilku rzeczy można w życiu być pewnym. Ot choćby tego, że na A4 będzie korek. Albo tego, że jak ja powiem w Bieszczadach “gdzie dzisiaj obiad?”, to mój towarzysz powie “może Wilcza Jama?”. I to właśnie Piotrkowe zdanie powinniście brać pod uwagę w przypadku tej restauracji. A jakie to zdanie?

Smaczne, lokalne, świeże, trzymają wysoki poziom.

(Piotrek jest mistrzem optymalizacji długości wypowiedzi)

A ja dodam, że chociaż z mięs to najbardziej lubię skwarki na ruskich pierogach (ale i tak wolę z cebulką), to doceniam Wilczą Jamę za ciekawe smaki i możliwość wypróbowania dziczyzny. Z tarasu przestronnej restauracji rozciąga się zielony widok, a na ścianach rozciągają się trofea myśliwskie, co dla mnie jest akurat źródłem lekkiego dyskomfortu, ale rozumiem, że dla innych będzie dodatkowym punktem do “klimatu”. Spokojnie, są stoliki gdzie nie trzeba wchodzić w bliski kontakt ze skórą, którą ktoś podzielił na niedźwiedziu, więc dla każdego coś się znajdzie.

Na deser najsłodszy element restauracji i okolic – pies Zetor, który lubi mizianie i pięknie uśmiecha się do zdjęć (nawet jak pozuje z taką skwareczką jak ja – ta czerwień na skórze to typowy #wrzesieńnaszlaku).

 

Przedbieszczady

Można niechcący przegapić, chociaż podróżującym pomaga uroczy drogowskaz “serki i obiadki”. Kiedy się jednak już zajedzie na przedbieszczadzkie podwórko, a od witającego gospodarza usłyszy “na serki czy na obiadki?”, to wiadomo, że jesteśmy na miejscu. A jedyna słuszna odpowiedź na takie pytanie to “i na serki i na obiadki”.

Zacznijmy od obiadków. Przedbieszczady to gospodarstwo agroturystyczne, serwujące domowe posiłki dla swoich gości i dla przyjezdnych. Obiad dnia będzie więc dla was niespodzianką (na pewno pyszną). Ale w stałym menu znajdują się pierogi, które są prawdziwą rewelacją tego miejsca. Zaufajcie mi – z niejednego pieca pierogi jadłam, a tymczasem przedbieszczadzkie pierożki wypełnione kozią bryndzą od razu wpadły do czołówki mojego prywatnego rankingu. Na pierwsze miejsce nie mają szans, bo ono na zawsze już przypadło ruskim babci Ani, ale reszta podium jest do wzięcia.

Po pierogach warto dopytać o słodkie – jest duża szansa, że traficie na gofry z koziego mleka polane domowym przetworem owocowym. U nas była konfitura malinowa i było to pyszne. Na gofrach to ja się może specjalnie nie znam, ale entuzjastyczną recenzję podzielił Piotrek, a on wychował się w “kurorcie turystycznym”, więc kto inny ma się wypowiadać.

Po obiadkach i podwieczorkach czas na serki. Rzućcie hasło, a gospodarze przedstawią wam asortyment, pozwolą skosztować różnych rodzajów koziego sera, a o każdym też coś więcej opowiedzą.

 

Sery w Bieszczadach

Oczywiście Przedbieszczady to nie jedyne miejsce na dobre serki w okolicy – zwłaszcza, że technicznie to chyba jeszcze Beskid Niski? Bliżej połonin też znajduje się całkiem sporo ciekawych miejsc, do których warto zajrzeć po nabiał, chociaż zaczniemy od takiego, które leży w Górach Sanocko-Turczańskich (czyt. niedaleko Soliny, wszyscy myślą, że Bieszczady). A zaczynamy stąd, bo jeśli sery w Bieszczadach to koniecznie Nikosowe.

Tym miejscem-legendą jest Czar PGR-u aka sery u Greka aka Nikos Serowar. Warto nadłożyć trochę drogi aby zakupić pyszne krowio-owczo-kozie wyroby (chociaż co to za nadkładanie: i tak będziecie w okolicy po piwo – czytajcie dalej!).

Jeśli jednak macie silne postanowienie nie ruszać się z Bieszczadów właściwych, to na serki nadal są okazje. Pyszne sery kozie z nietypowymi dodatkami znajdziecie z kolei w Bieszczadzkiej Kozie w Smolniku (tuż koło Wilczej Jamy) – tam czeka was też degustacja, miła rozmowa, a jak szczęście i psi humor dopisze to też mizianie.

Po bardziej “oscypkowe” sery zaglądajcie do bacówki po lewej stronie szosy jadąc do Wetliny od Ustrzyk Górnych.

A wiecie co najlepiej pasuje do bieszczadzkich serów? (seroznawców proszę o zamknięcie oczu, będzie barbarzyństwo i konflikt serologiczny) Otóż czekolada Studentska. Oczywiście ta bardziej premium (malinowa, gruszkowa czy wiśniowa), a nie zwykła bakaliówka dostępna nawet w Poznaniu. Po skarby czeskiego cukiernictwa zajrzyjcie do spożywczaka w Ustrzykach. O Jezu, teraz to już muszę w Bieszczady!

 

Dom Pstrąga

Dzień dobry czy pstrąg w domu? Ano, w domu.

Uwielbiam nazwę tej smażalni, jest urocza i uczciwa, a to samo można powiedzieć o aspekcie kulinarnym tego domostwa. Dom Pstrąga jest idealnym antidotum dla tych, którym smażalnie ryb kojarzyły się z janusz-kalkulacją ceny i nieświeżym tłuszczem. Tutaj rybę wybierzecie sobie sami (a obsłudze zależy na wybraniu odpowiadającego wszelakim życzeniom pstrąga), dowiecie się ile wyniesie was posiłek, a do tego kupicie jakiś lokalny napitek. Sama ryba? Ten Piotrek z kurortu co zna się na gofrach, zna się też na rybach, a do domu pstrąga biega równie chętnie jak do Wilczej Jamy. Jest naprawdę smacznie, ale nie ma co oczekiwać ą ę fine diningu – to jest, moi mili, fun dining. Jemy na papierowej tacce, ale to co jemy sprawia nam radość.

Uwaga! Dom Pstrąga znajduje się kilka metrów od stacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej w Przysłupie. Jeśli więc wybieracie się na kurs ciuchcią, to zamówić na postoju rybę zdecydowanie wypada.


Kategoria bonusowa – picie w Bieszczadach

Picie w Bieszczadach ma, rzecz jasna, długą i bogatą tradycję, ja jednak zapraszam was na niewinne piwko. Do tego jeszcze piwko kulturalne, rzemieślnicze i smaczne. A konkretnie to chodzi o trunek z browaru Ursa Maior.

Na piwach się nie znam szczególnie, nie ma co tego ukrywać – jeśli chcecie więc podyskutować o bukietach smakowych (i bukietach jako takich zresztą też), to ja jedynie mogę posłuchać. Ale! Znam się na fajnych miejscach, a browar Ursa Maior dokładnie takim jest. Znajdziecie tam mnóstwo piw, ale też solidny wybór estetycznych i etycznych pamiątek bieszczadzkich.

Piwa mają do tego nazwy inspirowane regionem oraz przepiękne etykiety – piwne dzieła sztuki bez cudzysłowu.

Być w Bieszczadach i nie podjechać do mieszczącego się w Uhercach Mineralnych browaru po skrzynkę piwa to naprawdę niezła skucha.

 

Możecie się zastanawiać nad tym czemu na liście jest tylko kilka restauracji, a nie pierdyliard jak na gastroturystów przystało. Powody są dwa: po pierwsze prezentuję tu bieszczadzki top (kilkakrotnie przetestowany), a po drugie w Bieszczadach nie mamy szans na zbyt duży głód, bo cały dzień kulamy się pod góry napchani naprawdę epickimi śniadaniami pana Marcina, naszego gospodarza. Dopiero po zejściu ze szlaków pojawia się refleksja “a co by tu dzisiaj przekąsić?”.

To tyle więc! Planując wyjazd w Bieszczady (którego tematem ma być nie tylko jedzenie w Bieszczadach) koniecznie zajrzyjcie do wpisu gromadzącego atrakcje niegastronomiczne:

Co zobaczyć w Bieszczadach?

Miłego Bieszczadowiania! Ja już tęsknie za serkami, obiadkami… i za bieszczadzkimi aniołami trochę też.

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    judita
    17 września 2019 at 08:17

    Naleśnik gigant, proziaki i pstrąg to absoluty must have! Każde z tych dań jest pyszne, ale mimo wszystko wskazałabym na naleśnika.

Leave a Reply