jedzenie w usa
Jedzenie USA Roadtrip

Jedzenie w USA – co zjeść w Kalifornii?

Czy kogoś dziwi to, że jedzenie w USA to temat-rzeka?

I to zupełnie dosłownie, bo wśród Amerykańskich rzek znajdziemy te całkiem apetyczne: Salmon River, Potato River czy Strawberry River (z dodatkiem Sugar Creek).

A temat szeroki, bo mówi się o nim zupełnie sporo – kto nie słyszał o tym, że jedzenie w USA to sama chemia, a narodowym daniem jest ociekający transtłuszczem burger?

Figa z makiem, tyle wam powiem!

Jasne, skutki jedzenia niezdrowej żywności w wielu miejscach widzieliśmy gołym okiem, a niskie ceny fastfoodów sprzyjają takim wyborom. Z drugiej jednak strony, wkładanie niesamowitej różnorodności kulinarnej USA do szufladki z logo McDonald’s to jakieś nieporozumienie.

W poszukiwaniu smaków innych od tego, co oferują mi polsko-amerykańskie stereotypy przed podróżą za ocean przeryłam internet i spisałam najciekawsze perełki kulinarne. Robię to zresztą przed każdym wyjazdem, bo wiele atrakcji turystycznych mogę sobie odmówić (byłam 5 dni LA i nie zobaczyłam Hollywood), ale żeby nie zjeść najlepszych fish tacos nad oceanem? O nie, nie, to się nie dzieje. Moich perełek było zdecydowanie za dużo na nasze amerykańskie 3 tygodnie, a trochę szkoda żeby rekomendacje się zmarnowały. Prezentuję wam więc przy okazji listę ciekawych gastromiejsc w San Francisco, Los Angeles, San Diego i wszędzie po drodze. 

Pst! Jeszcze jedno – po ładne zdjęcia to lepiej zajrzeć na Instagram lub do zdjęciodobrych, ale na moje tekstowe opinie gastronomiczne możecie liczyć więc proszę czytać dalej!

 

Jedzenie w USA – o czym warto wiedzieć?

Z tymi wielkimi porcjami to nie jest przesada – w większości miejsc (mniejszość stanowią tu uberhipsterskie knajpki w Venice) nie mogłam sobie z podaną ilością jedzenia poradzić. Warto więc jeździć z kimś kto spełnia rolę odkurzacza, oraz warto również nie zamawiać na zapas “bo się nie najem”, chociaż ta druga uwaga to raczej ogólnożyciowa nie tylko amerykańska.

Podobna zasada tyczy się napojów – zanim weźmiecie dużą Colę, przeczytajcie najpierw czy mała nie ma już litra. Często zdarza się też “refill” czyli polska “wielka dolewka”, chodzi tu również o kawę do śniadania. Jak w filmach, prosto z dzbanka.

Kupując amerykańskie jedzenie (a nawet składniki do jego przygotowania) sprawdźcie dokładnie skład produktu. Nas zaskoczył wszechobecny cukier. Na amerykańskie trzy tygodnie musiałam zrezygnować z porannej owsianki, bo kupienie płatków owsianych bez cukru było trudne. I nie mówię tutaj o lekkim dosłodzeniu – tego nie szło jeść! Podobnie było z mlekiem roślinnym – w większości krył się cukier, całkowicie zmieniający smak napoju.

Czekolada? Smakuje jak wyrób czekoladopodobny, znowu to chyba kwestia proporcji cukru. Piotrka rozczarowały też słynne Twinkies czyli – jak wspomina do dziś – sam cukier. Widzicie pewien trend?

 

Skoro już ustaliliśmy, że słodycze to jednak nie za bardzo, to dla ocieplenia wizerunku USA dodam tylko, że wachlarz słonych przekąsek był bardzo szeroki i bardzo smaczny. Jak już pojadłam moich ukochanych chipsów octowych i zapragnęłam chrupiących nowości, hitem okazały się Kettle Chips w smakach, których wcześniej nie znałam: Backyard BBQ, Honey Dijon i Dill Pickle. Tak, tak mogę żyć na chipsach korniszonowych, niczego nie żałuję.

Wybór słonych przekąsek mięsnych też był niebylejaki:

Półka z beef jerky w Walmart

Nie zauważyliśmy (a ludzie gadają!), żeby chleb był fatalny, ale to może dlatego, że nie jedliśmy go za dużo – w podróży lepiej sprawdzała się paczka małych kukurydzianych tortillek, w które zawijaliśmy kanapkowy “obkład”.

Co do obkładu właśnie, spodziewaliśmy się, że kalifornijskie awokado rozwali nam głowy, a pomidory będą smakować jak słoneczko i ocean. Czy tak było? No niekoniecznie. Donoszę, że wszystko było owszem smaczne, ale porównywalne awokado jest w polskich supermarketach, a lepsze pomidory w każdej polskiej szklarni. Aby w pełni wypowiedzieć się o słynnych amerykańskich brzoskwinkach, muszę jeszcze pojechać do Georgii, ale te które próbowałam w Kalifornii smakowały jak owoc standardowej europejskiej pachty/grandy/szaberka, zależy co tam akurat u was w regionie się uprawia.

 

Jedzenie w sieciówkach:

Wiele osób powie, że jedzenie w USA sieciówkami stoi. Stoi czy nie – jest ich w Stanach całe mnóstwo. Bardziej basic i bardziej premium, bardziej kolacyjnych i bardziej śniadaniowych, bardziej z kuchnią meksykańską i bardziej azjatycką, etc. Można na sieciówkach żyć, zwłaszcza, że ceny w nich bywają bardzo niskie. A jak ceny mają się do jakości? Z tym bywa różnie. Mieliśmy okazję wypróbować następujące restauracje sieciowe:

Chipotle – jedzenie tex-mex, nieco droższa i nieco zdrowsza alternatywa dla słynnego Taco Bell. Jak to zdrowsza? Ano dlatego, że jak klient chce (ja na ten przykład chciałam), to może swoje meksykańskie amu dostać w miseczce, a nie w tortilli, zieleniny też jest jakby więcej. W trasie można, ale miejcie na uwadze, że w Kalifornii jest mnóstwo meksykańskich knajp z dużo ciekawszym menu i przystępnymi cenami.

In-N-Out Burger – czyli sekret, o którym mówią sobie szeptem wszyscy, którym kiedykolwiek wbito w paszport wizkę. Że dużo lepsze od “maczków”, że tanio, że koniecznie należy poprosić o coś z Secret Menu. Zdradzę wam kolejny sekret – słynny Animal style Burger z tajnego menu to zwykły burger, ale z dodatkiem smażonej cebulki gdzieś tam w środku, bardzo to zresztą smaczne. Rzeczywiście, pierwsza wizyta w In-N-Out to był zachwyt, spowodowany jedzeniem, ale też tym, że właśnie po 7 godzinach jazdy dojechaliśmy z Kanionu do miejsca, gdzie były piękne palmy, słońce i zabukowany nocleg w łóżku, a nie w bagażniku. Kolejny posiłek w tej sieciówce, już w Los Angeles, był satysfakcjonujący, ale fajerwerków nie było. Wklejając do tego tekstu zdjęcia jednak zatęskniłam za cienkimi fryteczkami i dobrym sosem – więc efekt nostalgii gwarantowany. Jeśli macie okazję odwiedzić ten lokal, to warto, zwłaszcza jeśli przyjemność sprawi wam mówienie do kasjera, że poprosicie coś z se-cret-me-nu. 

Burgery z in-n-out


Outback Steakhouse
– restauracja specjalizująca się w stekach w stylizacji… australijskiej może się wydawać dość zaskakującym wyborem, ale od samego początku znajdowała się na mojej wishliście. Powodem jest to, że OS pojawia się często jako sponsor w oglądanych przeze mnie reality shows, a co za tym idzie regularnie obserwuję uczestników Big Brothera czy innego Survivora oblizujących palce po pysznych stekach. Mnie takie lokowanie produktu gastronomicznego przekonało. Na jedzeniu nie zawiedliśmy się, stosunek jakości do ceny (wyższej niż w przypadku pozostałych wymienionych sieciówek) był korzystny, a do tego z lokalu to się właściwie wytoczyliśmy, tyle tego jedzenia było. Ważna informacja: w zależności od lokalizacji ceny i menu mogą się nieco różnić (czyli we Fresno zjecie lepiej i taniej niż w Vegas).


Jedzenie w San Francisco

W San Francisco musieliśmy robić jedną rzecz na “i”, której naprawdę bardzo nie lubię – improwizować. Wszystko dlatego, że dzięki współpracy Lufthansy i Swiss Aira, do miasta mgły i wiatru dolecieliśmy dobę później niż zakładały moje karteczki (zdjęcia i memy na ten temat znajdziecie w tym wpisie). Co za tym idzie, część żółtych karteczek, tych od jedzenia, nie została nigdy należycie spożytkowana. Zacznijmy jednak od miejsc, które odwiedziliśmy:

 

La Taqueria – najsłynniejsze burrito w San Francisco, jedzenie, o którym oglądaliśmy film dokumentalny (!) na YouTube. Lokal położony jest w Mission, dzielnicy, którą nazwałam już raz pieszczotliwie amerykańskim Mielnem (ale ze świetnym jedzeniem). Weszliśmy bez kolejki, bez kolejki też usiedliśmy i w ogóle wszystko zapowiadało się świetnie gdyby nie to, że okazało się, że zamówiliśmy “gołe burrito” – tortillę, fasolę i ryż. I tak było dobre, ale czy najlepsze w Ameryce to ja już niestety wam nie powiem. Warto wyrobić sobie własną opinię, spróbować zamówić jedzenie z jakimikolwiek dodatkami, a do tego posiedzieć w niepowtarzalnym klimacie (muzyka, okrzyki, ruch), który dwóch polskich introwertyków jednak trochę przytłaczał.

Taqueria
(Przytłaczał na tyle, że zdjęcie mam tylko znad stołu, nie tego co na stole – i tak, było tam raczej ciemnawo!)

Pacific Catch – miejsce, które mogłoby równie dobrze znaleźć się w części wpisu poświęconej sieciówkom. Jest to bowiem, technicznie rzecz biorąc, lokal sieciowy, ale rozsiany wyłącznie po Kalifornii. W menu kuchnia hawajska i owoce morza, w wartościach firmy przywiązanie do ekologii i zrównoważonych metod pozyskiwania składników. Jestem przekonana, że w SF mieści się sporo ciekawszych restauracji, ale z mojego researchu wynikało, że rozpełzły się one raczej w dzielnicach południowo-wschodnich. Tutaj ciekawa alternatywa 10 minut od oceanu z widokiem na Golden Gate Bridge (bo do samego mostu to jeszcze z godzinka spaceru).

Pacific Catch w SF


Réveille Coffee Co.
– znowu miejsce, które można znaleźć w wielu miejscach San Francisco. My odwiedziliśmy filię w Castro, tęczowej-wesołej-roztańczonej dzielnicy – zresztą właśnie w niej nocowaliśmy. Réveille Coffee Co. to, jak sugerowałaby nazwa, głównie kawiarnia, ale kawiarnia serwująca smaczne sałaty, kanapki, miski rozmaitości, co tam chcecie. Ładne wnętrza, ładne jedzenie, świetna kawa.

 

Mr Holmes Bakehouse – w tej chwili marka rozrosła się tak, że istnieje nawet podobno w Korei Południowej, ale trafienie do niepozornego lokalu z San Francisco nie jest łatwe. Z jednej strony dlatego, że lokal jest rzeczywiście malutki, a słynny neon “I got baked in San Francisco” zajmuje właściwie całą jego przestrzeń ścienną. Z drugiej strony, szybki rzut oka na mapę pozwoli zauważyć, że adres piekarni znajduje się tuż nad złowieszczym napisem Tenderloin, a nieuważny wybór trasy pozwoli wam zwiedzić tę niesławną dzielnicę. Krótki spacer sprawi, że zrozumiecie dlaczego wszyscy przypominają żeby w SF unikać kontaktu wzrokowego. No, więc lepiej zajść po słodkości od północy. Flagowym produktem są tak zwane cruffiny – coś pomiędzy muffinką a croissantem. My skusiliśmy się na pączki z kremem – były smaczne, a musicie wiedzieć, że w Polsce gardzę pączkami z kremem, więc to o czymś świadczy. Warto przejrzeć opisy smaków (które niełatwo znaleźć) na stronie lokalu – dobre copy to podstawa. Na degustację macie – Banana Cream is the greatest pie of all time. Don’t @ us. 

 
Zdjęcie ze strony Mr Holmes Bakehouse.

 

Tu w San Francisco nie dotarliśmy, ale research sugerował, że warto:

Tartine Bakery – być może hype przyćmiewa rzeczywistą wartość tego miejsca, ale jeśli nawet w połowie tak smacznie jak sugerują długaśne kolejki, to jest pięknie.

Dynamo Donuts – pączki, nie (tylko) z kremem. Muszę dodawać coś więcej? A dodam jeszcze, że z wersjami GF.  

Belmar – La Gallinita Meat Market – ominięcia tego bardzo żałuję. Podobno to bezpretensjonalne miejsce z tacosami w świetnych cenach. Dobrze, że poprzednie zdanie opisuje też całe San Diego bo inaczej bym nie zniosła tego żalu.

 

Jedzenie w Los Angeles

Los Angeles to był taki moment w naszej podróży kiedy stwierdziliśmy oficjalnie, że jednak nie ma jak w domu, przez co nasza knajpiana aktywność nieco spadła. Wpływ na to miało to, że nasz Airbnb-owy host powiedział nam, że wszyscy hipsterzy w Venice robią zakupy w sklepie, który przedrożony jest bardziej niż Whole Foods, a nazywa się jak Nowhere od tyłu. Z tym literowaniem to tak nie do końca było, bo sklep nazywał się Erewhon czyli *prawie* jak nowhere od tyłu. Ale wszystko inne się zgodziło. Było drożej niż w Whole Foods, ale sekcja garmażeryjna kusiła naprawdę pięknymi daniami w cenach niższych niż okoliczne knajpki. W rezultacie szybko przekonałam się, że jednak nie jestem entuzjastką mac’n’cheese, nawet hipsterskiego. Wszystko inne było pyszne, a smakowało jeszcze lepiej kiedy towarzyszyło oglądaniu moich ulubionych amerykańskich programów TV. PS: Erewhon to idealne miejsce na spotting celebrytów i ich organicznych zakupów.

W kategorii: sklepy z jedzeniem odwiedziliśmy również Ralph’s czyli popularną w okolicy LA sieć marketów. Jak na wielki sklep, posiadający cebule wielkości połowy mojej głowy, mieli wyjątkowo mało ciekawych smaków chipsów. Słabo!

Ale, ale! Jakieś restauracje też odwiedziliśmy, na czele ze słynną Gjeliną, od której ten mini gastroprzewodnik po mieście aniołów zaczniemy.

 

Gjelina – To gastronomiczny przebój Venice Beach, w którym śniadaniową rezerwację robiłam tuż po uzyskaniu wizy. I jakie to było śniadanie? No takie całkiem dobre, ale myślę że do powtórzenia w wielu mniej znanych miejscach. Jeśli macie rezerwację to warto poczuć klimat restauracji, która jest kultowa i która doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli nie macie rezerwacji to nie warto rozpaczać.


Jeśli ktoś zastanawia się jaka jest różnica w zdjęciach między starawym iPhonem, a starawym Nexusem to taka jak powyżej.


Blue Star Donuts
– No jak to tak bez pączków? Pączki były, w Blue Star Donuts, czyli pączkowej sieciówce. Wersja w Venice (na głównej handlowo-jedzeniowej ulicy czyli Abbot Kinney) jest raczej mała, ale wybór smaków przyzwoity. Najlepsze pączki w moim życiu? Nie, te są ciągle w Poznaniu, ale łasuchom w Kalifornii Blue Star polecam.

 

Salt & Straw – Jeśli lody w okolicy Venice Beach, to tam. Długa kolejka, długa lista smaków, zresztą bardzo oryginalnych. Uwaga na bitą śmietanę, Piotrek dostał niesłodzoną i bardzo był tym zawiedziony. Ja zawiedziona nie byłam bo moje lody o smaku tortu urodzinowego zawierały w sobie prawdziwe kawałki tortu, życie naprawdę było dobre w Kalifornii.

 

Enterprise Fish Co. – Restauracja w Santa Barbara (po drodze jeśli ma się w planie poleżeć na piaskach Malibu), specjalizująca się w rybach i owocach morza. Klimat raczej niezauważalny, ot, spora knajpa z delikatnym turystycznym zacięciem. Jedzenie jest za to bardzo dobre, na degustację lokalnych krewetek optymalne (no, chyba że możecie jechać do San Diego, zawsze lepiej pojechać do San Diego!).

Krewetki w Enterprise Fish

 

Tam nie dotarliśmy (ciągle Los Angeles):

The Butcher’s Daughter – Instagramowy alarm fotogeniczności, zwłaszcza jeśli uda się usiąść w ogródku. Ach, no i warto pamiętać, że nazwa może być cokolwiek myląca – zjecie tam dania roślinne. Maciej Je/Jadł w nowojorskiej wersji tego lokalu, warto zajrzeć jak  to wyglądało.

Night + Market – Tego bardzo żałuję, ale do Hollywood, gdzie mieści się ta knajpka, nie dotarliśmy nigdy. Jeśli macie ochotę na azjatyckie smaki, to podobno jazda obowiązkowa.

Grand Central Market – Zbiór najróżniejszych opcji jedzeniowych na czele ze słynnym wegańskim ramenem, w którym pływa jajko, które wcale jajkiem nie jest. Daleko od Venice, więc odpuściliśmy, ale dla mieszkających w Downtown to świetna opcja.

 

Jedzenie w San Diego

Och, San Diego. Gdzie słońce odprawiało najpiękniejsze pokazy nad oceanem, piwo było najzimniejsze, a jedzenie, no jedzenie też było najlepsze. Z rozmysłem wybraliśmy nocleg w North Park, dzielnicy znanej z małych, rzemieślniczych browarów i świetnych knajpek. W bonusie dostaliśmy palmy i przepiękne sklepy papiernicze. To jakie miejsca koniecznie należy odwiedzić?

 

Tostadas North Park – miejsce specjalizujące się w daniach z ceviche w roli głównej. Chodzi o świeże owoce morza, skropione cytrusami i podane z dodatkami. Jedząc w Tostadas trudno oprzeć się wrażeniu, że to jest właśnie o co chodzi, kiedy mówi się o “świeżym” jedzeniu. Tu wszystko jest kolorowe, soczyste, orzeźwiające i naprawdę pyszne, a jedzenie podawane na papierowych naczyniach smakuje jak dania gourmet.

Tostadas w San Diego

 

City Tacos – restauracja z najlepszym, co zjedliśmy podczas naszej amerykańskiej wyprawy, czyli fish tacos. Miękka tortilla, krewetki w chrupiącej tempurze, świeże dodatki i zioła – kwintesencja południowej Kalifornii. Smaków tacosów jest sporo, a we wtorki na gości czeka specjalna obniżka cen przez co opychanie się pysznościami przychodzi jeszcze łatwiej.

 

Eclipse Chocolate Bar & Bistro – Kawiarnia, ale dla nas głównie śniadaniownia, polecona przez właścicielkę naszej Airbnb-chatki-w-podwórzu. Kawa była rzeczywiście bardzo dobra, ale my przychodziliśmy na śniadania, które potem ze smakiem zjadaliśmy prawie w całości (Ania) lub zjadaliśmy z bonusem w postaci tego, czemu już Ania nie dała rady (Piotrek).

Śniadanie w San Diego

 

Thorn St. Brewery – lokalny browar z barem do podawania tego, co właśnie uwarzono. W okolicy często stoją różne foodtrucki!

 

Na liście z San Diego miałam też:

Nomad Donuts – no nie uwierzycie, pączki na mojej liście! Na karteczce mam napisane, że mieli otwierać o 6 rano więc może to być idealna przekąska na węglowe rozpoczęcie poranka.

Hodad’s – reklamują się jako world’s best burgers, ale żeby trafić na moją małą żółtą karteczkę musieli spełnić też wymaganie w postaci podobnego zachwytu w innych częściach internetu niż na ich własnej stronie internetowej.

Oscars Mexican Seafood – nazwa mówi właściwie wszystko, no może oprócz tego, że to lokalna sieciówka i w San Diego mają 5 lokali.

 

Uff! Tak właśnie degustowaliśmy jedzenie w USA i jeśli zastanawiacie się czy do powrotnego Airbusa wsiadaliśmy już jako okrągłe kuleczki, to szybko tłumaczę, że nie, bo jak się chce to Kalifornia oferuje całkiem sporo okazji do spalenia tych wszystkich kalorii. Sam spacer po San Francisco robi na nogi lepiej niż zajęcia fitness.

Bywały też dni kiedy zamiast w restauracji stołowaliśmy się we własnej kuchni polowej. Tam przesadnie zdrowo też może nie było, ale jak wy byście zareagowali gdyby po 20 latach okazało się, że możecie znowu posmakować płatki Snow Flakes (o rany jakie to-to słodkie)? Żarlibyście Snow Flakes i wspominali beztroskie dzieciństwo w latach 90-tych, kiedy to w sklepikach szkolnych panowała wolna amerykanka, a zachodnie nowości spożywcze z entuzjazmem próbowali i dorośli i dzieci, nie zważając na zawartość kaloryczną.

Czy ta wycieczka Aleją Wspomnień ma oznaczać, że Ameryka jest jak Polska sprzed dwóch dekad?

Nie, ale od dwudziestu lat podchodzę do niej z takim samym entuzjazmem, a nic co zjadłam za oceanem mnie z tego entuzjazmu nie wyleczyło.

To na zdrowie!

 

A jeśli ten półpraktyczny półprzewodnik po amerykańskim jedzeniu spodobał Ci się, to jest szansa, że pośmiejesz się też nad resztą wesołych przygód Ani i Piotrka na dzikim zachodzie, chociaż nam nie zawsze było do śmiechu.

Jeśli przywiodło Cię tu jedzenie (no bo co innego, chyba nie ta Ameryka?), to zła wiadomość jest taka, że blogerką gastronomiczną jestem wyłącznie na 1/27 (policzyłam!) blogowego etatu, ale zdarzyło mi się opisać co ciekawsze jedzeniowe znaleziska w Pradze, a już niedługo oprowadzę was po najlepszych piecach w Bieszczadach (w sensie, że jadłam tam z niejednego pieca i najlepsze opiszę – taki tu mamy poziom żarcików!). Nowe wpisy obwieszczam rzecz jasna na fanpage, na który serdecznie zapraszam.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply