kraje które chciałabym odwiedzić na dłużej
Podróże Rychtyg życie

Kraje, które chciałabym odwiedzić na dłużej

Ja tak zupełnie serio to nie jestem przekonana, że mam gen podróżniczy. W zasadzie to wszystko zależy od tego jak taki gen definiujemy – z jednej strony uwielbiam poznawać nowe kultury, wsiąkać w lokalny klimat i potem o nim z pasją opowiadać. Ale z drugiej strony, niezbyt dobra ze mnie włóczęga. Zamiast biegać z miejsca na miejsce wolę przysiąść i popatrzeć. A oprócz patrzenia i turystycznej immersji lubuję się też w robieniu rzeczy, które przecież równie dobrze mogłabym robić nad Wartą – czytaniu, pisaniu i (o zgrozo!) pracowaniu. Na wyjazdach się dobrze pracuje, no co wam poradzę.

Być może właśnie dlatego moja podróżnicza lista marzeń nie obfituje w klasyczne wyprawy i dzikość – raczej celuję w dobre jedzenie i dobre WiFi. Tak się wygodnie składa, że od kilku miesięcy pracuję w 100% zdalnie, co bardzo motywuje do tworzenia planów: “hej, a może weźmiemy kompy i popracujemy z gdzie indziej?”

Zanim jednak weźmiemy te kompy i popracujemy z tego gdzie-indzia, oto kraje, które chciałabym odwiedzić na dłużej – aby powakacjować, popracować i powsiąkać.

 

1. USA

Ania, ale czy ty czasem już nie byłaś w USA? Ano byłam, i właśnie dlatego chcę jechać na dłużej. Na dłużej, bo chociaż trzy tygodnie (a tyle spędziliśmy objeżdżając Kalifornię i sąsiadki) to dobry pomysł na pierwsze zetknięcie z Ameryką, to ja marzę teraz o trzech miesiącach.

Trzeba pamiętać o tym, że jestem zawodową zajawkowiczką w tematach amerykańskich (mam na to papier z UAMu, a właściwie nie mam bo nie odebrałam dyplomu z dziekanatu – nieodebrane magistry przepadają?). Doskonale rozumiem to, że nie każdy musi piszczeć z zachwytu na widok Walmarta, ale ja piszczałam. Za pierwszym, drugim, trzecim i każdym razem. Niemal każdy posiłek, widok, zakup w USA to konsumpcja tego, o czym wcześniej oglądałam, o czym czytałam i o czym słuchałam. Zresztą nie trzeba być facetką od kultury amerykańskiej (bez dyplomu!) żeby poczuć gorące dreszcze na myśl o zobaczeniu na żywo skateparku z THPS2 czy zjedzeniu hot doga z prawdziwej amerykańskiej budki. Jeśli jednak poczujecie gorące dreszcze już po zjedzeniu hot doga, to może oznaczać, że to z nim było coś nie tak, więc proszę mieć na to baczenie.

Tych wrażeń, które w Stanach mam do zaliczenia trochę mi jeszcze zostało – tak czuję w kościach, bo oficjalnej listy nigdy nie napisałam. A oprócz mikroprzyjemności zostają jeszcze zachwyty w skali makro – parki narodowe, dwudziestokilometrowe proste na trasie, miasteczka, które żyją piątkowym meczem futbolu. Nie ma wyjścia, muszę je zobaczyć. A przy okazji zaszyć się gdzieś, najchętniej w Kolorado (bo zimno, góry oraz dobre pierogi ruskie) żeby popracować. Brzmi jak dobry plan?

 

2. Kanada

Oh Canada! Na miłość do kraju frytek z sosem mięsnym czas przyszedł późno. Wszystko dlatego, że dotychczas okopana byłam miłością do Stanów Zjednoczonych. Tym samym przeoczyłam pewien niezwykle istotny fakt: otóż Kanada jest krajem położonym na *północ* od USA, co z marszu dodaje jej kilkadziesiąt punktów do aklimatyzacji. Do tego kiedy miałam okazję spoglądać na kanadyjskie krajobrazy z okna Boeinga 777, to zobaczyłam bajkowe góry, turkusowe rzeki, no i śnieg. A to są moje klimaty, zdecydowanie. Nie szkodzi Kanadzie też to, że ludzie są mili i grzeczni, różnorodność oklaskiwana, a kobiety zajebiste w hokeja. Nic tylko spakować biegówki i ruszyć na północ.

Tyle jeśli chodzi o zachwyty stricte personalne, ale za wcześniejszą emeryturą w Kanadzie przemawiają też względy zawodowe. Prawie każde większe miasto w tym kraju może poszczycić się obecnością ciekawych społeczności technologicznych, a w ciągu ostatnich pięciu lat Toronto udostępniło więcej ofert pracy w IT niż takie tam chociażby San Francisco. Nie szukamy pracy w jakimś potencjalnym jednorożcu (czyli prywatnej firmie wycenianej na więcej niż miliard dolarów – taka fantazja startupowego słownictwa), ale dużo firm technologicznych to ciekawe wydarzenia, inspirujący ludzie i liczne miejscówki do pracy z dobrą kawą. A Piotrek jakiś czas temu stał się kawo-snobkiem!

 

3. Rosja

No Ania, teraz to dowaliłaś. Pracować z Rosji? Myślisz, że na Syberii jest dużo hipsterskich knajpek z chemexami?

Ano rzeczywiście niekoniecznie pracować, ale wpis przecież obejmuje kraje, które chciałabym odwiedzić na dłużej, a Rosja zdecydowanie takim krajem jest. Często piszę na blogu o tym, że studiowałam anglistykę, ale chyba rzadziej chwalę się, że w szufladce mam też dyplom z filologii rosyjskiej (ten akurat odebrałam z dziekanatu, ha!). I to moje studiowanie rosyjskiego wynikło z czystej fascynacji językiem, kulturą i daniami mącznymi. Nic więc dziwnego, że kilka lat wertowania Dostojewskiego i utrwalania miliona konstrukcji intonacyjnych (no dobra, siedmiu) wbiło w głowę marzenie o wielkiej rosyjskiej wyprawie.

PS: Jeśli znacie syberyjskie kawiarnie z chemexami, to dajcie uprzejmie znać, pakuję się i jadę.

Oczywiście chcę zaliczyć najważniejsze atrakcje literackie – paść na kolana na petersburskim Placu Siennym, a w Moskwie pokręcić piruety na lodowisku przy Zoo oraz, jak na prawdziwą Anuszkę przystało, porozlewać olej. No dobrze, a jak już odwiedzę wszystkie miejsca istotne z punktu widzenia dziecka, które lektury czytało już w wakacje poprzedzające rok szkolny, to wtedy przyjdzie czas na mój ulubiony środek lokomocji.

Nie wiem czy to dlatego, że wychowałam się przy ulicy Dworcowej, czy może bardziej to, że tylko w pociągu jestem w stanie podróżować i czytać jednocześnie, ale pojazdy szynowe to moje szczęśliwe miejsce. Oczywiście nie mówimy tu o pojeździe szynowym Gwarek, który ściskał mnie i chmarę innych studentów jadących w piątki po pierogi na Pomorze. Nie, nie – mówimy o przestronnych pociągach jeżdżących po szerokich torach i nie spóźniających się ani o minutę. Nie zasmakowałam jeszcze tych rosyjskich, ale podróże ukraińskimi dalekobiegami nauczyły mnie, że jak podróżować to tylko z panią Wagonową, która wydaje gorące picie z samowaru i zimne z lodóweczki. Ot co!

Nic więc dziwnego, że podróż koleją transsyberyjską jest moim marzeniem i to z czasów przedstudyjnych nawet, a dokładniej od momentu kiedy przejrzałam najnudniejszy album fotograficzny świata.

Album ten należał do mojego dziadka, a wypełniały go identyczne na oko zdjęcia lasu podpisane karteczkami “Tajga”, “Tajga widziana z okna pociągu”, “Tajga” etc, etc. Dziadek był podróżnikiem-dokumentalistą, a poza tym były to czasy kiedy zdjęcie wykonane było zdjęciem świętym więc przepraszam, ale jeśli klisza została zużyta, to zdjęcie ląduje w albumie. A ja oglądałam album i myślałam o rany, mogłabym tam tak cały tydzień jechać i sobie czytać.

Muszę więc jechać do Rosji na dłużej skoro spory kawałek podróży zamierzam czytać, pracować i medytować nad tajgą, tajgą oraz tajgą widzianą z okna pociągu. Nie ma wyjścia.

 

4-9. Skandynawia (Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Islandia)

Kraje skandynawskie zajmują wspólne pięć miejsc, bo i mają wspólnych pięć mianowników, dla których chciałabym w nich zostać na dłużej niż chwilę:

  • Po pierwsze – jest w nich zimno (no w Danii to tak chyba raczej chłodno, ale niech będzie, że zimniej niż cieplej),
  • Po drugie – mieszkają tam szczęśliwi ludzie (a dokładniej to najszczęśliwsi na świecie, nie licząc Szwajcarii i Holandii),
  • Po trzecie – kraje skandynawskie przyciągają mnie pięknymi językami, i mówię tu też o egzotycznym fińskim,
  • Po czwarte – w Skandynawii kochają i uprawiają sporty, które ja kocham (a czasem i uprawiam!) z nartami i badmintonem na czele,
  • Po piąte – jak tam jest pięknie! Fiordy, wysepki, jeziora – a wszystko oglądane z czerwonym od zimna nosem. To mój klimat – dosłownie.

 

Oczywiście dla każdego skandynawskiego kraju mam osobne marzenia: i tak w Danii są one związane głównie z jedzeniem (już na nie oszczędzam), w Finlandii z baśniowym Kuusamo (spójrzcie tylko na te zdjęcia z tras biegówkowych), a w Norwegii z zorzą polarną, no bo jak inaczej.

Na deser dodam jeszcze, że w skandynawskich miastach jest również sporo technologiczno-internetowych społeczności, więc w razie potrzeby jest z kim porozmawiać przy kawie o robocie. Chociaż ja bym wolała o biathlonie, wiadomo.

 

10. Australia

Z czym się wam kojarzy Australia? Istnieje spora szansa, że z postawą no worries, surfingiem i piękną opalenizną.

A z czym wam się kojarzy Ania, autorka tego bloga? Podejrzewam, że nie z no worries, nie z surfingiem, a już na pewno nie z opalenizną.

A jednak! Chętnie bym do Australii pojechała, chętnie bym po Australii pojeździła, a już zupełnie najchętniej to bym wyjechała z niej bardziej no worries niż yes worries. Mój research jasno pokazuje, że kiedy Polska topi się latem, na antypodach jest zupełnie przyjemnie. Co oznacza, że okno pogodowe jest.

Ale czemu właściwie akurat Australia? Przecież przyjemnie chłodno jest też w innych krajach?

Odpowiedzialność można zrzucić częściowo na Alfreda Szklarskiego, w którego Tomku w krainie kangurów zaczytywałam się za młodu. Niedługo później był 2000 i igrzyska olimpijskie w Sydney, pierwsze wielkie zawody sportowe, które pamiętam i na które zarywałam nocki (i pamiętam jakie tam wszystko było turkusowo-ładne). A kiedy się trochę posunęliśmy w latach, to krewni i znajomi króliczki Ani zaczęli do Australii dosyć masowo wyjeżdżać i za każdym razem przywozić zachwyty (a po aktualne zdjęcia z tego kraju to zajrzyjcie do obecnej rezydentki antypodów – Eli).

 

11. Szwajcaria

Kiedy w podskokach wywołanych turbulencjami próbowaliśmy odlecieć z Zurychu mówiłam sobie nigdy więcej Szwajcarii. Drogo, turbulencyjnie, a do tego roaming płatny, daj pan spokój!

Ale kiedy zastanawiałam się nad listą miejsc, w których chciałabym poodpoczywać, to od razu zobaczyłam siebie na zielonej trawce z widokiem na Matterhorn. Niech cię szlag Szwajcario, a właściwie szlak, bo głównie przez te naturalne piękności tu jesteś. Mogłabym tak leżeć i uosabiać motyw arkadyjski, bez korzystania z internetu, bo kto ma na to pieniądze! Praca ze Szwajcarii byłaby więc częściowo offline, a praca offline to jednak bywa zupełnie efektywna.

Szwajcarski bonus? Obowiązkowa wizyta przy trasie najbardziej szalonego wyścigu narciarskiego – zjazdu w Wengen (tutaj obejrzycie minidokument, który pozwoli zrozumieć fenomen ścigania się na górze Lauberhorn). Oni tam próbują się zmieścić między przęsłami wiaduktu z ponad 100 km/h w nartach! A niby Szwajcaria taka neutralna.

Ja sama na nartach zjeżdżać nie będę, ale ekstremalne doznania zapewni mi przejażdżka, którąś z mega malowniczych tras kolejowych (<3 pociągi!).

 

12. Holandia

Holandia na krótko to na ogół wyjazd-degustacja magicznych babeczek, szybki spacerek po Amsterdamie i fotka z tulipanami. Holandia na dłużej jawi mi się jednak jako jeżdżenie rowerem po cudownie płaskim terenie, próbowanie kuchni świata w okolicznych restauracjach i praca z widokiem na ceglane kamienice. Niekoniecznie w Amsterdamie – podczas zeszłorocznego wyjazdu bardzo spodobał mi się Utrecht, a to pewnie nie jedyna perełka w Holandii.

Niewątpliwą zaletą Niderlandów jest to, że są blisko, wszyscy mówią pięknie po angielsku, a do tego – skoro już tak chwaliłam inne światowe stolice branży IT – tutaj też stacjonują całkiem ciekawe firmy, z pewnym serwisem streamingowym na N na czele.

 

13. Włochy

Zanim zapytacie czy ja zdaję sobie sprawę, że we Włoszech jest przeważnie ciepło, to uprzedzam – wiem. Ale co ja mogę, że obejrzałam Call me by your name i zapragnęłam owocowych sadów w Lombardii? Żeby nie musieć wyjmować z szufladki najmocniejszych kremów z filtrem mogłabym spędzać dnie w zacienionym miejscu i pisać najbardziej natchnione posty blogowe w historii Rychtyga. Wieczorem podziwiałabym toskańskie wzgórza, a zważywszy na to, że z okolic Cremy do Toskanii jest kawałek, to potrzebuję więcej czasu aby zwiedzić i to i to.

Czuję też w kościach, że trochę przegapiłam nie zachwycając się nigdy włoskim jedzeniem, włoskim stylem czy włoskim życiem. Zachwycałam się co prawda kiedyś własnym włoskim samochodzikiem, ale potem okazało się, że Ford jest jednak amerykański – oh well. Coś jest w tych włoskich klimatach, że przekroczywszy trzydziestkę czuję się wreszcie na dolce vita gotowa. Najlepiej na dłużej!

 

14. Polska

No wiem, wiem. Polskę jakby z automatu odwiedzam na dłużej. Nie zmienia to faktu, że mam w głowie mnóstwo miejsc, w które chciałabym pojechać (z i bez komputera) i chociaż ich lista to już jest materiał na zupełnie osobny wpis, to i Polskę chciałabym odwiedzić na dłużej i… na spokojniej. W 2019 postanowiliśmy organizować więcej mikrowyjazdów (np niedziela-środa), w czasie których trochę odpoczywamy, a trochę pracujemy. Udało się już zaliczyć cztery takie wycieczki, co trochę jest rezultatem nagłej namiętności do biegówek, ale przede wszystkim postanowienia, że slow-Polskę należy próbować częściej i bardziej.

 

Oto moje wybory, a przede mną ładne kilka lat w podróży najwyraźniej. Teraz czas na was, zdradźcie dokąd chcielibyście pojechać na dłużej? Czy wyobrażacie sobie wyjazd odpoczynkowo-pracujący? I może zaproponujecie jakiś cieplejszy kraj niż te moje mroźne wybory?

You Might Also Like...

5 komentarzy

  • Reply
    Magdelena | palm tree view
    12 maja 2019 at 10:32

    Kiedy myślę o swoich najbardziej udanych podróżach, widzę kraje, w których udało mi się zamieszkać na trochę dłużej – Hiszpanię i USA. Zatrzymanie się w danym miejscu daje ci perspektywę, której nie da żaden weekendowy city-break. A ja uwielbiam tę perspektywę i coraz częściej myślę o kolejnym dłuższym wyjeździe.
    Gdzie chciałabym się znaleźć? Do Hiszpanii i USA zawsze chętnie wracam. A dalej? Może Australia… na pewno Azja (Tajlandia, Wietnam, Malezja, Indonezja…) i Ameryka Południowa (Chile, Peru, Boliwia, Ekwador..) Strasznie porozrzucane te miejsca, prawda? 😉

    • Reply
      Ania
      13 maja 2019 at 07:33

      Brzmi jak dobra trasa dookoła globu 😉 A co do Hiszpanii, nie miałam okazji nigdy się nią zafascynować – jaki region/miasto polecasz?

  • Reply
    nieśmigielska
    13 maja 2019 at 09:13

    no worries, Ania, wszystko da się zrobić, znam tu takiego ziomka co pracuje w fajnej firmie, więc przeglądajcie z piotrkiem oferty pracy i jak cos znajdziecie to za pół roku możemy zobaczyć się w sydney!

  • Reply
    Szymon | Znajkraj
    15 maja 2019 at 09:10

    Cześć! Cieszę się, że zachęcam moimi zdjęciami do odwiedzin Finlandii :). Chociaż samo Kuusamo nie jest tak baśniowe, niestety. To raczej mało interesujące miasteczko prawie na końcu europejskiego świata. Ale baśniowe rzeczywiście są te klimaty wokół Kuusamo, w parkach narodowych koło Ruki :). A w połączeniu z biegówkami… Mmmmm… 🙂

    Połamania w spełnianiu marzeń 🙂

    • Reply
      Ania
      17 maja 2019 at 13:53

      Dzięki za doprecyzowanie i odwiedziny 🙂 Do zobaczenia na trasach!

Leave a Reply