Ania w kinie Bardzo Rychtyg Książki TV

Kulturowe podsumowanie 2018 roku

To był rok, w którym byłam bardzo zdyscyplinowanym czytelnikiem, a z kinomaniaczki przekształciłam się w streamentuzjastkę. Jak zwykle miałam wyraźne opinie na temat produkcji telewizyjnych, a liczba subskrybowanych przeze mnie serwisów i aplikacji stale rosła. Co za tym idzie, kulturowe podsumowanie 2018 roku to cała masa rychtyg tytułów, które polecam (no i kilka, od których polecam trzymać się z daleka) – zaczynamy!

Filmy

Już w ogólnym wpisie wspominkowym z 2018 roku przyznałam się do tego, że w ubiegłym roku śledziłam polskie premiery mniej sumiennie niż zwykle. W ten właśnie sposób do dzisiaj nie widziałam niektórych chwalonych (przez Damiana z Kocham polskie kino, a on wie co pisze!) filmów takich jak Kamerdyner czy Wieża. Jasny dzień.

Widziałam jednak dwa największe sukcesy tego roku – nagrodowy i frekwencyjny. Tym pierwszym jest Zimna Wojna, o której więcej napisałam tutaj. Jest przepiękna, przeprzemyślana i przeprzeprzeklimatyczna. Nie jest za to diabelnie przekonująca na fabularnym poziomie – (nie)love(anty)story męczy zwłaszcza po dwukrotnym obejrzeniu. Dla porównania, Idę obejrzałam trzy razy bez ziewnięcia.

Sukcesem frekwencyjnym okazał się Kler, a do pięciu pękniętych baniek biletów dołożyłam swój z niekrytą satysfakcją – chociaż w taki sposób mogę być częścią części historii rekordów frekwencyjnych III RP. Na Ogniem i Mieczem pojechała starsza klasa i potem się okazało, że odcinają tam głowy, a tego czwartoklasistom oglądać nie wolno. Mrówki na Szapołowskiej w Panu Tadeuszu już nikogo nie gorszyły więc na to pojechałam.
2 na 3 rekordy zaliczone – gimby się tym pochwalić nie mogą, co nie?

Kler zaskoczył mnie zresztą pozytywnie, zwłaszcza tym, że po okrzykach zgorszenia dochodzących z wagonu klasy konserwatywnej spodziewałam się więcej tabloidu, a dostałam całkiem sporo człowieka. O moich próbach znalezienia w tym człowieku kontrowersji możecie  przeczytać w tym wpisie.

Był też epizod niefartowny – chodzi o najśmieszniejszą (tylko) moim zdaniem komedię roku czyli Exterminator – Gotowi na wszystko. Ja znalazłam w tym filmie siebie, swoich kolegów spod domu kultury, swój małomiasteczkowy smrodek na ziemniaczanym festynie. Co znaleźli inni? No niewiele, bo nie trafiłam na nikogo, kto podzielałby mój do tego filmu entuzjazm. Nawet moja własna mama, która bez mrugnięcia okiem oklaskiwała takie hity polskiego kinowego offu jak Bobry czy filmowe dzieci Piotra Matwiejczyka, tutaj powiedziała strasznie słabe. I to być może jest największa w historii srebrnego ekranu różnica zdań między nami. Tak czy owak, tym z was, którzy są 30+ (ale jak widać nie bez ograniczeń z tym plusem) polecam Exterminatora jako doskonały feel-good movie bez większej głębi, przy którym można powspominać te piękne czasy kiedy brzdękolenie lokalnych gwiazd rocka przyprawiało fanki i fanów o zbiorową histerię. #Takbyło.

Ale, ale! Może i trochę biednie u mnie było z polskim kinem, ale zagraniczne próbowałam nadrabiać całkiem sumiennie. Z racji tego, że żadne kino w Poznaniu nie ma tak wygodnych foteli jak nasza pokojowa kanapa, nadrabiałam hity z opóźnieniem, ale za to legalnie. Powiadam wam – nie ma w 2019 dobrej wymówki na ściąganie popularnych filmów z internetu. Dzięki aplikacjom takim jak Google Play Movies, Chili Movies czy innym serwisom VOD można wypożyczyć filmy za kilka-kilkanaście złotych. Albo nawet bez dodatkowych opłat per film, bo znajdują się już w abonamencie (HBO Go czy Netflix polecają się). Co z tego nadrabiania wynikło? Ano to, że nie było w tym roku mocnych na 3 billboardy za Ebbing, Missouri. Tu był i świetny scenariusz i aktorstwo na najwyższym poziomie i wizualnie też wszystko wyglądało dobrze. Kształt wody też wyglądał pięknie i zagrany też był w porządku, ale do dzisiaj nie mam pojęcia co tam się właściwie odhydrauliczyło.

Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że na mojej liście top filmów 2018 muszą się znaleźć aż dwa horrory: Uciekaj i Ciche miejsce. Oba wcisnęły mnie w tę wspomnianą wygodną kanapę by po chwili kazać siedzieć mi na jej brzeżku (ale bez ruchu, a już na pewno bez głosu). Jeśli nie widzieli, to powinni!

Było też kilka filmów pięknych – Tamte dni, tamte noce sprawiły, że ostatnio regularnie gugluję “willa w północnych Włoszech”, a The Florida Project (obejrzany rankiem w Nowy Rok 2019, ale na Hawajach było jeszcze przed północą) zachwycił mnie każdą sceną. Palmę wizualnego pierwszeństwa oddaję jednak filmowi Blade Runner 2049, który obejrzałam na raty i zza biurka, a i tak zdążyłam zorientować się, że rację miał Piotrek mówiąc:

Gdzie nie zatrzymasz, to jest dobry kadr. Mógłbym zatrzymywać i mówić: to na tapetę, to na tapetę, to na tapetę. No, tylko ja nie mam pulpitu w komputerze, więc nie mam też tapety.

Już te wspomniane wcześniej horrory pokazują, że 2018 był dla mnie rokiem niezwykłym jeśli chodzi o dobór repertuaru. A to nie koniec zaskoczeń! Przeprosiłam się bowiem też z animacjami – popłakałam nad Coco, pośmiałam nad Iniemamocnymi 2 (chociaż nie wierzę, że tę drugą bajkę jest w stanie obejrzeć i docenić jakiekolwiek dziecko młodsze niż jakieś 11 lat). Z mniejszym zachwytem (bo leciało w naszym domu co drugi dzień, dziękuję HBO) obejrzałam też Lego-Batmana – dobre to żarty, ale słyszane któryś raz, już mniej. Lego-Batman jest też dobrym przykładem kolejnego zaskakującego gatunku, z którego porządną lekcję odebrałam w 2018 roku. Otóż wreszcie rozumiem memy o Avengersach! Wszystko dlatego, że chciałam zobaczyć film-kulturowy fenomen czyli Czarną Panterę. A jak już wiedziałam o co chodzi z Wakandą to Infinity War i Thor: Ragnarok poszli z górki. Biję się więc w antysuperbohaterską pierś, bo na Endgame to chyba nawet do kina pójdę… nie, pewnie nie pójdę, bo wiecie – kanapa. Ale obejrzę!

 

Telewizja

Telewizja to jest słowo o tyle adekwatne, że rzeczywiście, większość z tych programów oglądam na urządzeniu zwanym telewizorem. Ale w większości są to seriale i programy rodem z internetu i w taki sposób też je konsumuję. W moim telewizyjnym zestawieniu nie zabrakło flagowych dla mnie programów reality tv – nie ma czwarteczków bez Survivora, a wakacje zaczynają się z Big Brotherem, no wybaczcie! Ale w porównaniu do zeszłych lat eksperymentów z reality shows było u mnie dużo mniej, więc nie mam dla was ekscytujących nowości do polecenia (noo, oprócz Queer Eye, ale to polecałam już tutaj, a i wśród was nie ma chyba zbyt wielu ludzi, którzy nie ocierali łez przy poczynaniach bajecznej piątki). Ale, ale! Jeszcze intensywniej niż w roku poprzednim wsiąkałam w kolorowy, kampowy i bezczelnie radosny świat imperium RuPaula. Jeśli w 2019 roku myślicie, że drag to po prostu wciskanie na siebie kiecek, to proszę iść i się dokształcić. Będziecie rozumieli dużo więcej memów i odwołań w popkulturze.

Seriale ze scenariuszem też były, a pewnie – jak śliwka w kompot wpadłam w The Good Place (i pociągnęłam ze sobą sporo innych śliwek -nie dajcie się długo namawiać), z całym internetem śpiewałam Bella Ciao nad Domem z papieru, a zakończenie Ostrych przedmiotów zostawiło mnie z rozdziawioną buzią (co zresztą w kontekście fabuły jest trochę ironiczne). Do tego wszystkiego kibicowałam bohaterkom Dobrych dziewczyn tak mocno, że Netflix jako sugerowaną kategorię podpowiadał mi TV Shows with strong female lead. I wreszcie nadrobiłam Grę o tron i okazuje się, że jak się człowiek wystarczająco mocno zmusi, to da się to oglądać, a po kilku sezonach to nawet już się trochę tęskni za serialem, w którym dzieje się niby wszystko, ale zaskakująco często nie dzieje się nic.

Coś ruszyło się też w kwestii polskich produkcji telewizyjnych. Kruka kupiłam z całą otoczką – bo nikt jak Pieprzyca nie umie w lokalny patriotyzm. Mniej niż inni narzekałam też na 1983 (za to bardziej niż inni na Belfra – chociaż to właściwie jeszcze końcówka 2017). Czy coś leży na serialowej kupce wstydu? Ano Ślepnąc od świateł leży – zaczęłam, zachwyciłam się tym co przed oczami… a potem przestałam oglądać na drugim odcinku. Obiecuję nadrobić!

 

Książki

W zeszłym roku przeczytałam ok. 45 książek (doliczyłam się 44, a podejrzewam, że o czymś musiałam zapomnieć) – czy to rewelacyjny wynik? Jak na średnią krajową wręcz wzorowy, jak na średnią moli książkowych zupełnie przeciętny. Zdecydowana większość to książki przeczytane w formie ebooków, ale nie zabrakło też wycieczek do przepięknych książkowych sklepów (pozdrawiam poznański Skład Kulturalny!) i przesyłek zza granicy. Wypełniłam też większość mojej listy życzeń na 2018, a ta na 2019 jest jeszcze bogatsza (wpis o niej już niedługo na blogu!). Książki są coraz bardziej na wyciągnięcie ręki (i kliknięcie ręką), doniesienia o zapowiedziach wydawniczych śledzę coraz częściej i wiele wskazuje na to, że w tym roku więcej czasu spędziłam konsumując słowo pisane niż słowo oglądane, przynajmniej to w formie filmowo-serialowej. Pomyślałby kto!

Co miało być hitem mojego czytelniczego roku? Ano Lincoln w Bardo miał być. Tymczasem przebrnięcie przez tę książkę zajęło mi chyba najdłużej i chociaż doceniam rzemiosło, na cmentarz z Lincolnem już się chyba nigdy nie wybiorę – to była lektura wyczerpująca pod wieloma względami. Hitami z kolei okazały się książki, które do tej pory kurzyły się na “stercie wstydu” – Małe życie przemeblowało mnie całkowicie, Wzgórze psów zachwyciło prawdziwością, a Szczygieł przypomniał jak to jest czytać po 200 stron dziennie. Książki obsypane nagrodami też nie zawiodły: nad Wichą wzdychałam to z rozpaczy, to z podziwu, a Małe Ogniska pozwoliły zamknąć rok w towarzystwie dobrej literatury. Mniej niż spodziewałam się tego zauroczył mnie Strażnik rzeczy zagubionych, ale wspominam o tej pozycji, bo dla wielu może się okazać bardzo niezwykłą książką – jeśli czuć potrzebę realizmu w wydaniu trochę-magicznym, to warto. Opowieść podręcznej uznaję za lekturę obowiązkową obecnych czasów, a Instrukcja dla pań sprzątających równie dobrze może się nią stać w wersji mikro, ale jako że to zbiór opowiadań, to dawkuję je sobie pojedynczo, opinię wydam po zakończeniu całości.

2018 to był też rok ekspresowego czytania reportaży – zwłaszcza tych polskich. Zresztą za to właśnie uwielbiam “książki na żądanie” na moim czytniku: siedzę sobie w Bieszczadach i prostuję nogi, które równie dobrze mogą już nigdy nie dojść do siebie po schodowym zamachu na turystykę górską jaką fundują im góry na T i na K. W każdym razie siedzę w Bieszczadach, co istotne na najkrótszej kreseczce zasięgu i przeglądam jeden z tych fanpejdży, które co jakiś czas wciągają mnie na kilkanaście scrolli – tym razem chodzi o Krótką Historię Jednego Zdjęcia. Trafiam tam na wyjątkowo intrygujący fragment reportażu Wojciecha Tochmana, dotyczącego katastrofy drogowej z 2005 roku. To były czasy, w których od śledzenia serwisów informacyjnych wolałam zmienianie statusu na gadu gadu, ale chociaż o sprawie pamiętałam niewiele, to wiedziałam, że w drodze na Jasną Górę zginęło sporo moich rówieśników, a zaprezentowany na Fejsbuku fragment sprawił, że chciałam poznać dalszą część historii. Kuba z Krótkiej Historii… napisał, że reportaż zamieszczono w zbiorze Wojciecha Tochmana Wściekły pies, ale gdzie ja w Bieszczadach Tochmana wyciągnę? Otóż z czytnika wyciągnę i to za darmo, bo mam go w abonamencie.

I tak zostałam już z obolałymi nogami i wciągniętym Tochmanem, Kopińską (Polska odwraca oczy), a potem jeszcze Semczukiem z jego odświeżoną Czarną Wołgą. To były tygodnie kiedy byłam arcyciekawą interlokutorką, bo codziennie miałam do opowiedzenia niesamowitą historię.

Polskich treści było w moim czytniku znacznie więcej. W planach czytelniczych miałam kryminał Anny Kańtoch – przeczytałam dwa, Łaskę oraz Wiarę i oba były przesmaczne! Jak ktoś uważa, że nigdy nie będzie takiego lata (a takich wędlin to już na pewno nie), to się na tych dusznych od prowincji z dawnych lat książkach nie zawiedzie. Inne kryminalne pozytywne zaskoczenia to Żmijowisko Chmielarza i Skaza Małeckiego.

Pokładałam też spore nadzieje w Nieodnalezionej Mroza i był to jeden z większych popularno-książkowych zawodów roku. W tej chwili pamiętam tylko jakieś strzępki historii, no i własne cierpienie w przechodzeniu przez nią (chociaż pamiętam, że bohater – jak to u Mroza bywa – też nieźle cierpiał). Wiecie co z kolei było moim Mrozo-hitem 2018 roku? Nieoczekiwanie Czarna Madonna, na której zamiast wotów wieszano raczej krytyczne psy. Należy jednak przyznać, że w tym przypadku w sukurs autorowi przyszły niezwykłe okoliczności. Skoro to powieść, która miała rozpocząć się od porwania samolotu (i to czterosilnikowego, wyobrażacie sobie?), zdecydowałam się czytać ją w podróży – w upalny dzień na kolejowej trasie Warszawa-Poznań. Ktoś życzliwy podpowiedział, że jeśli chcę święty [sic!] spokój, to powinnam kupić bileciki w pierwszej klasie. Kupiłam prestiżową miejscówkę i przez jakieś pół godziny cieszyłam się wolnym przedziałem. Sytuacja zmieniła się diametralnie w pewnej uroczej miejscowości, w której do przedziału wkroczyło 5 pań w identycznych uniformach i biżuterii prosto ze sklepu z dewocjonaliami. Panie, jakkolwiek uprzejme, natychmiast zawładnęły przestrzenią przedziałową (ja muszę przy oknie/ja przy drzwiach/ja przeciąg/ja gorąco) i tak wylądowałam na środkowym siedzeniu między nimi, a do tego z książką z jaśnie nam panującą Królową Polski na okładce. Na szczęście książkę miałam na czytniku, nie wywołałam więc zbyt dużego oburzenia (ba! Nawet na odchodne usłyszałam, że byłam “wyjątkowo spokojna jak na młodą osobę”. Młodą osobę, tak tak.). Ale dreszczyk książkowy plus dreszczyk wywołany duszną pod każdym względem atmosferą czytelniczą zrobił swoje – tę książkę Mroza w tym roku zapamiętałam najbardziej.

 

Kulturowe podsumowanie 2018 – czego tu nie ma?

Halo, halo autorko, trzydziestka na karku, a do teatru się nie chodzi? Ano nie chodzi się, bo za bardzo się na tym nie zna. W kategorii sztuki sceniczne mogę pochwalić się jedynie tym, że co jakiś czas sprawdzam w jakich amerykańskich miastach można zobaczyć Hamiltona i czy te amerykańskie miasta aby po drodze z moimi wymarzonymi amerykańskimi wycieczkami.

W dzisiejszym wpisie próżno szukać też muzyki, a to dlatego, że nie zaskoczę was niczym – słuchałam Dawida P i Piotra Cz, na zachodzie więc bez zmian a na jeziorze łabędzim nie ma fal.

Pozostają jeszcze dwa bardzo miłe mojemu sercu słowa na p (w ogóle lubię słowa na p, co poradzisz) – planszówki i podcasty. Tutaj rok kalendarzowy jest niekoniecznie łaskawy podsumowaniom, bo zbiory i jednych i drugich uzupełniam w chłodnych miesiącach kiedy zimne poranki sprzyjają spacerom ze słuchawkami, a ciemne wieczory grom towarzyskim. O kulturowych oziminach będę więc pisać, ale wiosną.

To by było na tyle – selektywne kulturowe podsumowanie 2018 przefiltrowane przez gust i bezguście piszącej te słowa. A jakie były wasze hity i… no, kity, niech będzie, minionego roku? Czego nie umieściłam w tym wpisie, a krytycznie powinnam była? Z czym się nie zgadzacie, a do czego mówicie chóralne “amen”? Proszę mi tu zaraz napisać, najlepiej w komentarzach!

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply