literatura młodzieżowa - bardzo rychtyg
Ania w kinie Bardzo Rychtyg Książki

Bardzo rychtyg: wakacyjne polecajki, a głównie literatura młodzieżowa

Koniec wakacji, które minęły dla mnie z zawrotną prędkością, głównie dlatego, że w ogóle nie były wakacjami, a okresem wytężonej pracy. Nic w tym specjalnie smutnego, w końcu głośno chwaliłam się, że na drugie mi zapierdziel. O tym, że w sierpniu spędzałam czas głównie przed komputerem i bardzo potrzebowałam relaksu piszę dlatego, że w jakiś sposób tłumaczy to być może nietypowy dobór tekstów kultury. 

Dobór jest nietypowy, bo czy pani z trzydziestką na karku i dużym ZUSem też na karku przystoi literatura młodzieżowa? A literatura młodzieżowa (czy tam Young Adults, to rzeczywiście brzmi trochę dyplomatyczniej) chodziła za mną od poznańskiej konferencji blogowej. Wszystko dlatego, że Ola przepięknie zareklamowała mi serię książek U4, a ja zapragnęłam pobiegać z młodzieżą po dystopijnym Paryżu. Potem już było z górki – książki o młodych ludziach praktycznie same trafiały w moje ręce, a i było w tym sporo szczerej ciekawości – przecież już w moim zestawieniu “Co przeczytać w 2019?” znalazło się kilka tytułów spod znaku YA. W ciągu pracujących wakacji były więc grane książki młodzieżowe, a w dzisiejszym zestawieniu objętościowo i jakościowo zasłużyły na osobną kategorię:

Literatura Młodzieżowa

Na początku był Paryż. A konkretnie cztery Paryże, jeden straszniejszy od drugiego. Wszystko dlatego, że wspomniana już we wstępie seria U4 to cztery książki (+ jedna bonusowa, ale o tym później), napisane przez różnych francuskich autorów. Autorów jest czworo, jak i czworo jest bohaterów – każda książka napisana jest z punktu widzenia jednego z nich. Do tego wszystkie tomy opowiadają o wydarzeniach z tego samego okresu. Można je czytać w dowolnej kolejności, bo historie uzupełniają się nawzajem, można też poprzestać na jeden czy dwóch książkach – otrzymacie wtedy i tak kompletną opowieść dotyczącą danego bohatera. To nie koniec – serię można też konsumować symultanicznie z innymi osobami i uzupełniać swoją wiedzę o losach książkowych postaci w ożywionych dyskusjach ze współczytelnikami. Myślę, że nie dziwicie się, że całe to U4 mocno mnie zaintrygowało formą. I chociaż forma pozostaje największą zaletą serii, to treść nie jest żadnym usypiaczem, co to, to nie.

Miało być jeszcze o bonusowym tomie – we Francji została wydana piąta książka, która uzupełnia losy bohaterów i wprowadza nowe wątki. O jej obecności w Polsce nic dotychczas nie słyszałam.

Fabuła serii U4 opowiada o epidemii wirusa, na którego nie ma mocnych, no chyba że masz 15-18 lat, wtedy przeżywasz. Nasi bohaterowie są właśnie nastolatkami, którzy budzą się w świecie pełnym dorosłych zwłok i młodzieżowych bojówek. Jedyną pociechą w chaosie jest komunikat nadany w ich ulubionej grze komputerowej. Wzywa on wszystkich zaawansowanych graczy do spotkania w Paryżu. Spotkanie jest za kilka tygodni, bohaterowie więc wędrują z różnych miejsc Francji prosto (oczywiście tak zupełnie prosto to nie było) do miejsca schadzki. A miejsce schadzki robi robotę. Paryż, co pięknie uświadomiły mi te książki, jest idealnym miejscem akcji dystopijnych opowieści. 

Obowiązkowy disclaimer: miałam okazję spędzić w stolicy Francji semestr studiów, a przy okazji wydeptać w paryskich chodnikach kilkaset kilometrów. Czytając książki z serii U4 bawiłam się przednio, odkrywając na nowo ulice, którymi spacerowałam na zajęcia oraz paryskie miejscówki, które są wprost stworzone do bycia scenografią dla post-apo klimatów (zerknijcie na ten kompleks mieszkalny w 13-ej dzielnicy). Żeby nie było – stempelek z herbem Paryża w paszporcie nie jest koniecznością – historia książkowa wciąga i bez bliskiej znajomości z Francją. 

Korzystając z tego, że cztery książki z serii U4 są dostępne na Legimi w ramach abonamentu, pobrałam na czytnik wszystkie. Ale od deski do deski przeczytałam tylko dwie (Jules i Stéphane), a lekturę doprawiłam końcówkami Yannisa i Koridwen, aby znaleźć odpowiedzi na wszelakie pytania, jakie mi pozostały. Co zauważyłam czytając poszczególne książki? Widać, że napisali je różni autorzy – styl czy język są…różne. Stéphane przeczytałam, na ten przykład, dużo szybciej niż premierowego Julesa (również dlatego, że rozpoznawałam już pewne wydarzenia wspólne dla biografii wszystkich bohaterów). Wydaje mi się, że każdy czytelnik może stworzyć sobie własny ranking, biorąc pod uwagę i styl pisania i historię tytułowej postaci danego tomu. 

 

Żadnych rozterek w kwestii stylu czy języka nie miałam za to czytając The Hate U Give (wydaną w Polsce z podtytułem Nienawiść, którą dajesz), czyli debiut mojej amerykańskiej rówieśniczki – Angie Thomas. I to jest powieść, która powinna być lekturą szkolną i poszkolną, bo rozprawia się z arcyważnymi zagadnieniami w sposób aktualny i dla młodzieży i dla postmłodzieży. 

Może się wydawać, że fabuła jest nieco hermetyczna, opiera się przecież o wydarzenia znane przede wszystkim z amerykańskich mediów: główna bohaterka staje się świadkiem zastrzelenia jej przyjaciela przez białego policjanta w czasie rutynowej kontroli drogowej. Ale, ale! W historii o fikcyjnym Garden Heights jest mnóstwo pytań, które dotyczą też mieszkańców Poznania, Opola czy Białegostoku. Chodzi i o tytułową nienawiść, ale i przynależność, odwagę czy przemoc. The Hate U Give jest, według mnie, bardzo uniwersalne, ale oczywiście świetnie nadaje się też jako pomoc w lepszym zrozumieniu społecznych napięć za oceanem. Jeśli więc trafi w ręce kogoś, kto chce o Ameryce dowiedzieć się więcej i głębiej, to będzie to idealny wybór. 

 

Wspominałam o tym, że literatura młodzieżowa była obecna w moich planach czytelniczych na ten rok – to prawda, bo kiedy tylko przeczytałam o czym jest Nasz ostatni dzień, to zapragnęłam sięgnąć po tę powieść. A o czym jest? Historia opiera się na intrygującym założeniu: każdy człowiek dostaje powiadomienie o swojej nadchodzącej śmierci mniej więcej na dobę przed nią dzięki serwisowi Prognoza Śmierci. Nieszczęśnicy, którzy otrzymali telefon –  zgonersi, mają dzięki temu trochę czasu aby pożegnać się z bliskimi, nacieszyć życiem czy uporządkować różne sprawy. Eksplorowanie różnych możliwości jakie stały się rzeczywistością po wprowadzeniu Prognozy Śmierci było, moim zdaniem, najmocniejszą częścią książki. No przecież, że powstały specjalne programy zniżkowe dla zgonersów (i osobne udogodnienia dla zgonersów-ciężko-chorych). No przecież, że świat mediów zmienił się, bo przecież żałobne ramówki można nadawać jeszcze za życia ludzi, a do tego uzupełnić przedśmiertnymi wywiadami na żywo. No przecież, że Internet zalały aplikacje dla zgonersów z “Ostatnim przyjacielem” na czele – appką, która umożliwia znalezienie sobie osoby, z którą można spędzić końcówkę życia. Właśnie na tej platformie poznają się główni bohaterowie powieści, czyli dwóch nastolatków, każdy z własną smutną historią i zaskoczeniem, że to już teraz zaraz trzeba umierać. Czy należy oczekiwać happy endu? Cóż, książka w oryginale nazywa się They both die at the end. Zanim jednak koniec i książki i życia bohaterów nastąpi, można przespacerować się alternatywną rzeczywistością, która na pewno posiada jakieś fabularne dziury, ale i tak bardzo pobudza wyobraźnię. Literatura młodzieżowa o sprawach ostatecznych bardzo rozwinęła się od czasu, gdy mieliśmy do dyspozycji Anielkę i Pamiętnik narkomanki, a w sektorze “główni bohaterowie umierają”, to w ogóle jest w czym wybierać. Nasz ostatni dzień i tak ma potencjał na wyróżnianie się – mimo fabularnego skupienia na tytułowej kwestii podnosi też kwestie akceptacji, bycia sobą, lęku, i robi to w sposób zupełnie zrozumiały i inspirujący dla ludzi, do których dzisiaj akurat nikt nie dzwonił powiedzieć, że umrą, a jedynie kurier z pytaniem “jest Pani w domu?”. 

 

Tak, jak Nasz ostatni dzień nie dał mi jakoś ekstremalnie odczuć, że metrykalnie bardziej ze mnie adult niż young, to ciężar wieku poczułam zdecydowanie mocniej czytając kolejną pozycję z młodzieżowych wakacji 2019 – Słońce też jest gwiazdą. Szesnastoletnia ja myślałaby pewnie, że czyta wielką prozę i może na chwilę zrobiłaby przerwę od zaczytywania książek Meg Cabot w wannie (hot take: Dziewczyna Ameryki > Pamiętnik księżniczki). No, ale nie mam szesnastu lat. I chociaż Słońce też jest gwiazdą czytało się zupełnie sprawnie, to jednak love story z przeznaczeniem w tle to nie jest to wspomnienie młodości, którego szukam. Ale całkiem możliwe, że do innych trafia, niekoniecznie tych nastoletnich. 

 

Na deser zostawiłam sobie Jakuba Żulczyka, którego Zmorojewo zostało jakiś czas temu wznowione i wpadło na moją listę życzeń czytelniczych. I nieprzypadkowo pisałam przed chwilą o szukaniu w literaturze młodzieżowej wspomnień młodości: tu je odnalazłam, w nieco odświeżonej wersji. Odświeżona wersja polega na tym, że bohaterowie nie mówią językiem Ożogowskiej, ale najulubieńsza cecha pozostaje ta sama – hej, przygodo! Żulczyk serwuje Wakacje z duchami i Tomka wśród łowców głów na ostro, bo Bahdaj i Szklarski stronili od fizjologii i brutalności. A tu latają flaki, aż miło! 

Fabuła opiera się na klasycznym “te wakacje wszystko zmieniły”, a w roli głównej równie klasyczna “miastowa pierdoła, która odwiedza polską wieś”. Nieklasycznie robi się w sferze tajemnic i strachów – Żulczyk wprowadza tu bowiem postacie z polskich legend czy wierzeń słowiańskich. Głównemu bohaterowi przyjdzie więc walczyć z siłami znacznie mroczniejszymi niż przykładowi złodzieje dzieł sztuki (patrzę na Ciebie Panie Samochodziku). Ja w Zmorojewo wsiąkłam od początku do końca, co starszej młodzieży (z tymi flakami zupełnie nie żartowałam) i starszej-starszej młodzieży również polecam. 

 

Inne książki

Wakacje były młodzieżowe, owszem, ale w moje ręce wpadły też książki z zupełnie innych kategorii – zasługują więc na osobną szufladkę w tym poście. Od dawna czekałam na premierę Przyjaciela, bo recenzje się zgadzały, a do tego jeszcze miało być o psie! Książkę wydało po polsku Wydawnictwo Pauza, któremu bardzo kibicuję, a kibicowanie jest o tyle łatwiejsze, że ich nowości mogę pobierać z Legimi. Tytułowym przyjacielem jest, a jakże, pies, konkretnie kawał psiska – dog niemiecki arlekin (to już drugie nawiązanie do Pana Samochodzika dzisiaj!). Takiego przyjaciela otrzymuje główna bohaterka w spadku po zmarłym nowojorskim pisarzu. Można się więc spodziewać opowieści o stracie, przyjaźni i literaturze, ale proporcje i przenikanie się tych elementów niejednokrotnie zaskakują. Piękna powieść, łatwa do czytania, ale jeśli myślicie, że nie popłaczecie sobie, to od razu mówię, że tak łatwo to jednak nie będzie. 

 

W wakacje tak kibicowałam wspomnianej Pauzie, że sięgnęłam po kolejną ich premierę – zbiór opowiadań Madame Zero. Autorka, Sarah Hall, tworzy światy tak przedziwne i zaskakujące, że bez mrugnięcia okiem czytałam nawet kiedy czytnik zrobił mi chochlika i połączył dwa różne opowiadania w jedno. Dla fanów zmysłowej literatury i snów, ale z tych straszniejszych i dziwniejszych.

 

Teraz wkraczamy w obszar trendsetterski, bo czytałam, zanim opublikowali finalistów nagrody Nike – dobrze, że wcześniej była już długa lista i mogłam Marcina Kołodziejczyka grzecznie pobrać na czytnik. Jego Prymityw. Epopeja Narodowa. to nie jest lektura, która podejdzie każdemu, ani nie jest to książka na jeden wieczór (a jest co czytać – pińcet stron!). Ale jeśli spodoba wam się styl powieści o Warszawiakach zza rzeki, to przed wami naprawdę przyjemna lektura. Głównie ze względu na sprawność języka i refleksje, które pojawiają się znienacka i trafiają w samo sedno. 

 

Obszar trendsetterski trwa, bo mowa będzie o świeżutkiej premierze, a konkretnie książce Polski Bajer Moniki Borys, która opisuje, jak podpowiada podtytuł: Disco polo i lata 90. Kto chce, ten znajdzie tu i nostalgię najntisową i wspomnienia z tego jak ukradkiem oglądał u koleżanki listę przebojów disco polo live i reportaż z dzikiego bizneslandu Polski kapitalistycznej. Ale więcej w polskim bajerze jest Moniki-badaczki kultury, która rzetelnie opowiada o korzeniach, czasach świetności i drugich czasach świetności disco polo. Za absolutny brak postawy piszę o disco polo dla beki, ma u mnie duży plus, ale domyślam się też, że niektórzy czytelnicy mogą się bardziej spodziewać albo opowieści podszytej sarkazmem albo kiedyś to było bajania o starych dobrych czasach. To nie tutaj.

 

Na samiutki koniec sekcji książkowej zostawiłam jeszcze dwa thrillery, po które sięgnęłam w afekcie, zachęcona pozytywnymi recenzjami. Macie tak czasem? Że fajnie, fajnie, ale jak dzisiaj nie przeczytam niczego z kryminalnym wątkiem to nie przeczytam nic. Właśnie owocem takich popołudniowych zachciewajek było przeczytanie książek Wkręceni i Na skraju załamania. Nie będę opisywać ich szczegółowo, dodam tylko, że obie “dowiozły” obiecane napięcie, szybkie przewracanie stron i zupełnie zgrabne twisty. 

 

Ruchome obrazy

W ostatni miesiącach tylko jedna premiera sprawiła, że zdecydowałam się pójść do kina tuż po premierze – serwisy VOD mnie zdecydowanie rozleniwiły w kwestii “nadrabiania” zagranicznego kina w domowym zaciszu. Ale stało się, poszłam i zobaczyłam Pewnego razu w Hollywood, mimo pewnych wątpliwości czy uda mi się przetrwać tak długi film. W związku z tym refleksja numer 1: prawie się nie nudziłam, chociaż rozbieg był dla mnie rzeczywiście nieco za długi. Ale jak już się rozpędziło, to oglądałam z uśmiechem, a ostatnie minuty z ciepełkiem w sercu. To film-list miłosny do Fabryki Snów i nikt nie zasłużył bardziej na stworzenie takiej laurki niż Tarantino. 

 

Wspomniane rozleniwienie wywołane przez VOD sprawiło, że dopiero niedawno miałam okazję zobaczyć filmy, którymi świat zachwycał się już jakiś czas temu. Napiszę tylko, że w przypadku Narodzin gwiazdy podzielam zachwyt występem Gagi i piosenkami, które siedziały mi w głowie jeszcze ho-ho po seansie. Nie umiem się jednak do końca przekonać do tego filmu jeśli chodzi o scenariusz – ostatni akt zasługiwałby moim zdaniem na przemontowanie.

 

Całkowite zachwyty podzielam z kolei w kwestii Avengers: Endgame (udaję, że polska wersja tytułu czyli “Koniec Gry” nigdy się nie wydarzyła). A zachwyty stąd, że jeśli ja, osoba, która o uniwersum Marvela wie tyle co z memów jest w stanie dobrze się bawić w trakcie prawie 3-godzinnego seansu, to jest proszę państwa bardzo dobrze. 

 

Na ekranie telewizyjnym za wiele się w czasie letnich miesięcy nie działo. Owszem – oglądaliśmy nowe sezony sprawdzonych tytułów (Derry Girls, Queer Eye, Dom z Papieru), ale zupełnie nowych odkryć było jak na lekarstwo. Właściwie opowiedzieć chcę wam tylko o jednym serialu, który pochłonęliśmy błyskawicznie, ale jest to trochę odgrzewany kotlet, na który dotychczas zerkałam z powiątpiewaniem (pierwsze odcinki kiedyś-kiedyś już nie przypadły mi do gustu). Chodzi o Silicon Valley, który powinien być mi bliski bo przecież branża, branżunia, ale z jakiegoś względu (czyt. ze względu na kiepskie pierwsze odcinki) nie przypadł mi do gustu. Współlokator dał mu drugą szansę po czym zwerbował mnie do oglądania od drugiego sezonu. I było to objawienie! Dolina Krzemowa jest i zabawna i wciągająca i rzeczywiście bliska. Jako krzemowa neofitka z niecierpliwością czekam na ostatni sezon, który ma pojawić się w HBO już za kilka tygodni. 

 

Gdzieś na drugim biegunie technologicznego boomu (ale ciągle na HBO) znajduje się film dokumentalny Wynalazczyni: Dolina Krzemowa w kropli krwi, czyli obraz o Elizabeth Holmes i jej firmie Theranos, która miała zrewolucjonizować świat wczesną i dostępną diagnostyką. Zebrała na ten cel kilkaset dużych baniek od inwestorów, a potem wszystko wzięło w łeb. Z jednej strony to może być film uważany za dzieło mocno hermetyczne – w końcu wszystko dotyczy doliny krzemowej i rynku największych firm technologicznych, ale z drugiej strony rozbudza wątpliwości na temat modnej postawy fake it till you make it czy rozmachu promocyjnego bez twardych danych. A te rzeczy są obecne pod każdą długością geograficzną. 

 

To tyle jeśli chodzi o moje wakacyjne kulturowe polecajki, w których literatura młodzieżowa zdecydowanie zwyciężyła frekwencyjnie. Na szczęście zaczyna się moje preferowane zimno-ciemne półrocze z premierami telewizyjnymi, gorącą herbatką i całą stertą nowych książek. Stay tuned!

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply