Podróże USA Roadtrip

Los Angeles kontra tatuaż do zasłonięcia

Migawka numer 1

Jest trochę mniej niż pięć lat temu, fatalną zimę zastąpiła fatalna wiosna, a ja siedzę w tatuaż-studiu i czekam na swoją kolejkę. Jak na fatalny czas przystało magicznie znikam z zeszytu rezerwacji – tych rezerwacji, na które się potem czeka długie tygodnie, bo tusz-majster całkiem wzięty. Robi mi ten tatuaż chyba tylko z żalu i poznańskiej rozsądności finansowej.

Gadamy sobie, pyta czemu akurat chcę obrys Kalifornii. Coś tam mieszam, że studia, że filmy. Serio, nigdy nie byłaś i sobie dziarasz? No nie byłam ziomek, ale jadę może jeszcze w tym roku.

(W tym roku, lol, chyba gdyby loty do Stanów można było wygrać w chipsach z biedry).

Spoko, jak ci się tam nie spodoba to zawsze możesz zrobić cover, zasłonisz sobie czymś innym.

 

I przysięgam wam, chociaż trochę już zapomniałam ten daremny kawałek czasu, przestałam jeść chipsy z biedry, właściwie to całkiem przestałam jeść chipsy, to za każdym razem kiedy ktoś mnie pytał o kontur na kostce, ja miałam ochotę powiedzieć “Kalifornia, ale jeszcze może zasłonię, bo nie byłam”.

 

Piszę o tym dzisiaj, bo dzisiaj będzie o momencie, w którym musiałam wziąć wszystkie oczekiwania, pomieszać i zdecydować czy jako dorosła osoba Kalifornię kocham miłością szczenięcą czy raczej kontestuję, bo kiedyś wszyscy byliśmy głupi i nie mieliśmy stałego internetu. Panie i panowie – dojechaliśmy do Los Angeles.

Pierwsze co musicie wiedzieć o Los Angeles, to fakt, że to wielkie miasto. Ale takie naprawdę wielkie miasto. Z obserwatorium Griffitha do naszego domu w Venice mieliśmy ponad 40 kilometrów. Gdybyśmy mieszkali gdzie indziej mogłoby być 50 czy nawet 60 kilometrów. W tym momencie opisu LA zazwyczaj pada hasło w stylu “samochód jest w tym mieście niezbędny”. No i jest, o ile rzeczywiście chcesz po Los Angeles jeździć. Nasze doświadczenie pokazuje jednak, że można się zamknąć w małym kawałku miasta i wcale z niego nosa nie wyściubiać chyba, że tylko trzy razy i po to żeby zobaczyć kwestie absolutnie krytyczne – pustą plażę, panoramę miasta i plan Friendsów.

Jedno było jasne od samego początku – śpimy w Venice. I powodem wcale nie było to, że łącznie obejrzeliśmy pierwszy sezon Californication jakieś dziesięć razy. O nie! Powodem było to, że w którymś momencie życia na stałe pokrzywiłam sobie palce nieludzką kombinacją CVB + Spacja, w które to klawisze stukałam codziennie godzinami. Pozdro dla kumatych, którzy jak słyszą You Bad Religion czy No Cigar Millencolinów to odruchowo chwytają za spację. Tony Hawk jest za moją wiedzę o Ameryce odpowiedzialny w podobnym stopniu jak Miś Yogi (a kto nie oglądał Wielkiej Ucieczki Misia Yogi ten musi nadrobić) czyli w stopniu ogromnym. I właśnie przez tego przemiłego Tony’ego Hawka i sygnowaną jego nazwiskiem grę o jeżdżeniu na deskorolce dowiedziałam się, że jak LA to tylko Venice i nie darowałabym sobie gdybym zachodu słońca nad skateparkiem nie zobaczyła.

Chociaż trzeba przyznać, że gra nieco nas oszukała – miał być beton, a był piaseczek:

Tony Hawk Venice Beach

Ale od początku!
Po San Diego byliśmy najedzeni, nasłonecznieni i w przekonaniu, że wielkie Los Angeles nie może naszemu hipsterskiemu San Diego naskoczyć. Ale mogło próbować, co nie?

Zaczęło się obiecująco – przejechaliśmy pod pasami startowymi LAX, miejscowego lotniska, a każdy kontakt z lotniskiem sprawia mi ogromną radość, no chyba że akurat gdzieś muszę lecieć, to mniejszą. Jeżdżenie samochodem po Venice też było bardzo atrakcyjne – małe domki (i ultrawypasione wille), palmy wzdłuż ulic, tabliczka z “Ocean Avenue” (niestety nie o tej śpiewał Yellowcard, to było zresztą duże rozczarowanie w fazie researcherskiej). Gdzieś na California Avenue zgubiliśmy się na amen, bo ze trzy domy wyglądały z zewnątrz identycznie jak galeria naszego na Airbnb. Z tarapatów wyciągnął nas Randy, nasz bardzo kalifornijski gospodarz, który może i był uosobieniem amerykańskiego luzu, ale nie omieszkał nam szybko oznajmić, że jego szwagierka jest z Legnicy więc my to jak rodzina. Niestety, jedyną ciekawostką na temat tego miasta w mojej głowie był przydomek – Mała Moskwa i chyba bardzo szybko straciliśmy status rodzinności. Notka dla turystów: nie zaczynajcie znajomości z ludźmi od mówienia, że ich szwagierki pochodzą z the most Russian city in Poland, awesome!

Jeszcze mała dygresja na temat Airbnb – po kosmicznych cenach noclegów w San Francisco, Los Angeles wydało nam się raczej przyjazne cenowo – rzeczywiście, przy odrobinie cierpliwości można wyhaczyć bardzo przyzwoity nocleg w dobrej cenie. Venice nie jest zresztą jedną z droższych dzielnic, widać właściciele nieruchomości nie zorientowali się jeszcze, że te dzieciaki, które kiedyś łupały w gry komputerowe z Venice na pierwszym planie (GTA pozdrawia również!), wreszcie dorosły i rozporządzają własnymi pieniędzmi. My mieszkaliśmy jakieś 20 minut od plaży (i 10 od Abbot Kinney aka centrum świata gastronomiczno-zakupowego). I pierwszego dnia postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie Los Angeles od łez wzruszenia na Venice Beach.

Venice beach

Tu znowu będzie nawiązanie do najsłynniejszej gry deskorolkowej, ale ci z was, którzy w nią grali pamiętają pewnie, że jedną z “misji specjalnych” na planszy Venice było wykonanie triku nad kilkoma bezdomnymi. I wtedy wydawało mi się to kuriozalne bo gdzie bezdomni przy plaży. A teraz rozumiem, bo podróże kształcą, a w Venice, LA kształcą głównie o tym, że miękkie narkotyki też szkodzą zdrowiu. Powiedzmy sobie szczerze – Venice Beach jest do spaceru, odhaczenia tych wszystkich widoków z gier i filmów, ale jeśli chcesz odpocząć nad oceanem, to nie tam. Nas powitał zapach marihuany, odgłos warkoczącego nad głowami helikoptera i przeświadczenie, że zaraz ujawnimy zwłoki, bo to wszystko za bardzo przypominało scenę z CSI.

Poszliśmy więc tam, gdzie czujemy się najbezpieczniej – do sklepu spożywczego. Nasz gospodarz od razu uprzedził nas gdzie znajdują się najbardziej hipsterskie miejscówki w okolicy i, co zaznaczam przy każdej okazji bo być może ktoś jakieś podśmiechujki z moich karteczek robił, był pod wrażeniem mojego researchu i poczynionych rezerwacji, a co! Jednego na etapie karteczek nie przewidziałam – poguglować najbardziej kultowe markety. Tymczasem w Venice istnieje sklep Erewhon, który od Whole Foodsa różni się tym, że jest (jeszcze) nieco droższy i to w Erewhonie spotkać można tych wszystkich kalifornijskich celebrytów. My nie spotkaliśmy żadnego, ale muszę przyznać, że nigdy nie widziałam tak pięknie zaaranżowanego sklepu spożywczego. Poza tym gotowe dania od nich i tak były tańsze niż te z knajp na Venice więc i prestiż i profit. Po zakupach popędziliśmy do domu, bo to była środa, a w środę w Amerycę ogląda się reality tv na CBS.

I dzisiaj wyjątkowo nie poświęcę kilku akapitów na to, że nam się snobkom tylko wydaje, że reality tv nie może być dobre, wciągające i nakręcone jak doskonały serial. Dzisiaj po prostu napiszę, że oglądanie Survivora w USA, na żywo jest materiałem z listy tych małych przyziemnych marzeń, które w kontekście podróży są dla mnie zawsze niezwykle istotne. Bo duże marzenia są właściwie i spoko, ale trudno potem powiedzieć czy już zostaliśmy szczęśliwi albo czy odnieśliśmy sukces. A jak ja mam marzenie, że chcę wejść po odcinku na Twittera i obejrzeć reakcję ludzi, którzy tak jak ja oglądali nasz ulubiony program rozrywkowy, to jestem w stanie bardzo skutecznie zweryfikować czy marzenie zostało spełnione czy nie.

Swoją drogą jak weszłam na tego Twittera tuż przed odcinkiem to okazało się, że wschodnie wybrzeże USA obejrzało już go jakieś dwie godziny temu i internet roi się od spoilerów. To tyle jeśli chodzi o marzenia w dobie cyfryzacji.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, bo do przejechania mieliśmy 40 kilometrów na północny wschód, a w planie wycieczkę po studiu Warner Bros, której poświęcam osobny wpis, póki co tylko zdjęcie ilustrujące mój poziom ekscytacji tego dnia.

Warner Bros Studios
OMG, She got off the plane!

Po zaskakująco wyczerpującej emocjonalnie przebieżce po tych słynnych lokacjach z tych słynnych dzieł Hollywood mieliśmy przetrzymać się jeszcze jakiś czas w okolicy tak, aby trafić na zupełnie już filmowe popołudnie w obserwatorium Griffitha. Przetrzymanie łączyło się z próbą zakupienia przez Piotrka liwajzów z Ameryki, ale jego entuzjazm opadł dość gwałtownie kiedy na metce Levi’sów zobaczyliśmy “made in Poland”. Poza tym spędziliśmy strasznie dużo czasu w sklepie sportowym, bo mogliśmy wreszcie pomacać artefakty z tych wszystkich egzotycznych sportów i zobaczyć jak odbijają się piłki do futbolu (podpowiedź: w niespodziewaną stronę). No, dlatego właśnie nigdy nie będę mogła nazwać Rychtyga blogiem podróżniczym i dlatego właśnie uważam, że jest to z kolei blog bardzo życiowy.

Zwiedzanie obserwatorium Griffitha w niecały rok po premierze La La Land to jak mówienie, że Golden Gate jest nieznaną nikomu perełką San Francisco. Z drugiej strony, zapamiętajcie sobie dobrze – jeśli pojedziecie do Los Angeles, a nie wwieziecie swoich tyłków pod górkę, na której to obserwatorium stoi, to jesteście zwykłe przegrywy. Argumenty? Po pierwsze – to przyzwoity punkt widokowy na napis Hollywood, który i tak jest zawsze bardzo daleko. Blisko jest wtedy jak pójdziesz pod sam znak, ale podobno od niedawna część trasy jest prywatna i można dostać mandat.

Hollywood sign

Argument nr 2 – to jest obserwatorium więc można dowiedzieć się czegoś o kosmosie, zawsze na propsie. Ryan i Emma też się najpierw dowiedzieli czegoś o kosmosie zanim zaczęli tańczyć pod sufitem.

Trzeci powód? Z obserwatorium rozciąga się niesamowity widok na miasto. Idealny na zachód słońca. Kiedyś wrócimy z porządnym aparatem.

Griffith Observatory

Griffith Observatory

Los Angeles

Los Angeles

Los Angeles

Jako główny dyskdżokej tego wyjazdu byłam na tę okoliczność doskonale przygotowana:

La la land

Skoro już tak doskonale odnajdywałam się w roli muzycznej, to trudno się dziwić, że nawalałam na całej linii w kwestiach nawigacyjnych. Czterdzieści kilometrów nad ocean minęło nam więc na skręcaniu w złe zjazdy, zjeżdżaniu w złe okolice i kluczeniu po uliczkach jakie znacie z każdego serialu kryminalnego. Tak sobie teraz myślę, że trzeba było potraktować to jako ostrzeżenie, żeby nie wychodzić z domu po ciemku. Dum-dum.

Uff! Udało się dojechać na Venice, byliśmy bezpieczni. Jak się okazuje tylko na jeden dzień, bo kolejny dzień obfitował w zagrożenia. Zaczęło się niewinne, a wręcz zupełnie zgodnie z planem – na śniadanie udaliśmy się do Gjeliny, hipstersko-kulinarnej mekki Los Angeles, w której rezerwację mieliśmy tuż po wizie. Było owszem, hipstersko i czuliśmy powagę sytuacji wybierając zupełnie swojskie składniki dań w zupełnie nie swojsko brzmiących nazwach. Ile jest warte poczucie, że jest się na planie kolejnego sezonu Chef’s Table (niepotwierdzone info)? No, coś koło tych piętnastu dolarów per danie jest warte.

Miało być o zagrożeniach, a to dlatego, że postanowiliśmy pojechać do Malibu i spędzić dzień na plaży. I to jest najlepszy plan na piątki we wrześniu, bo plaża była właściwie pusta i wyrwana ze Słonecznego Patrolu.

Malibu

Malibu

Zagrożenie przejawiło się nawet nie tym, że w którymś momencie zobaczyliśmy jak tych kilkunastu plażowiczów piszczy i wybiega z wody. Bystry Piotrek szybko zauważył płetwy w oceanie, ja potrzebowałam chwilki, ale w końcu byłam już też święcie przekonana, że oto jest ten moment, w którym zostaliśmy świadkami czegoś jednocześnie pięknego i strasznego. No i w tej mniej więcej chwili Ci wszyscy piszczący ludzie obrócili się i zaczęli z tym samym piskiem biec z powrotem do oceanu i płetw. Bo widzicie, to nie były rekiny, to były delfiny. I podobno każdy wie, że jedyne rekiny w Malibu to te z filmu Malibu Shark Attack, który, o ironio, jest filmem produkcji australijskiej.

Ok, delfiny nas nie zaatakowały, wróg okazał się bowiem o wiele bardziej podstępny. Ci, którzy mnie kiedykolwiek widzieli wiedzą, że moją skórę raczej trudno opisać kolorem, a raczej poziomem przezroczystości. Filtrem pięćdziesiątką to ja się smaruję w Polsce. W Kalifornii pięćdziesiątką smarowałam się co 30 minut. I wydawało się, że misja została wykonana z sukcesem, w przypływie entuzjazmu oceniamy, że nawet, nawet jakaś opalenizna złapana. Po drodze do domu zauważam, że trochę swędzi mnie noga pod kolanem, ale to przecież obtarcie od ręcznika. Już wszyscy wiedzą jak to się skończy? Spoiler – to nie było obtarcie. To był efekt leżenia kilka godzin w upale bez filtra. Ała, do teraz. Kto się śmiał najgłośniej? Ten koleś, który, jak się okazało zostawił sobie na plecach nieposmarowane miejsce w kształcie (i rozmiarze) Teksasu.

Niech nauką “nie śmiejcie się z bliźnich” będzie fakt, że moja “opalenizna” zeszła w całości po tygodniu. Piotrek Teksas nosi na plecach do teraz.

I chociaż dzień dał nam trochę popalić (hehe), zapowiadało się na piękny zachód słońca. A jak zachód słońca to na tytułowej plaży Venice Beach. Skatepark w Venice na pierwszy rzut oka jest dużo mniejszy niż wyprzedzająca go reputacja. Kilka niecek do jeżdżenia, barierka, kilkunastu skaterów, w tym dziewczynka, która za parę lat będzie miała swoją własnę grę, mówię wam – a na wszystko patrzy tłumek ludzi, który tylko częściowo chyba rozumie co się tutaj właśnie odbywa. To akurat wnioskuję po fakcie, że co chwilę ktoś w ostatniej chwili uskakiwał spod lecącej deskorolki. Gra była bardziej imponująca? Topograficznie tak, ale w grze nie zachodziło kalifornijskie słońce.

Venice Beach

Venice Beach

Venice Beach

Venice Beach

Los Angeles – dzień trzeci to miała być przejażdżka do centrum, Hollywood, zobaczenie grobu Joe Dassin i zjedzenie w Grand Central Market ramenu z wegańskim jajkiem. Ale w międzyczasie zrozumieliśmy, że nasze klimaty to sa jednak bliżej oceanu, a w międzyczasie zmarł Hugh Hefner i lokalne telewizje zaczęły straszyć nas żałobnymi wartami w Alei Gwiazd. Cóż – oficjalnie więc: nawet oka na żadnej gwieździe chodnikowej nie zawiesiłam, nie żałuję niczego. Poświęciliśmy ten dzień na spacer po Venice, tym razem metodycznie sprawdzając każdy z tych przecudownych sklepików papierniczych, których nawet nie ma sensu rekomendować, bo perełki znajdziecie na każdym rogu. Rogu Abbot Kinney czyli słynnej ulicy kulinarno-zakupowo-lajfstajlowej. Żadni z nas mistrzowie zakupów, ale zobaczyliśmy też jak od środka wyglądają showroomy tych wszystkich słynnych hipsterskich marek i z grubsza wygląda to tak, że jak idziesz na zakupy do Venice to nie musisz brać jedzenia. W aesop dostaniesz zieloną herbatę, w Toms kawę, a w multibrandach z odzieżą dla drwali whisky i hot dogi z grilla. My jesteśmy wstydzioszki, ale jak ktoś jest przebojowy to proszę bardzo, oto przepis na Los Angeles po oszczędnościowemu.

Abbot Kinney

Skoro dzień spacerowy w Venice, to udało się w końcu trafić do kolebki tej nazwy czyli serii minikanałów z domkami, których mieszkańcy bardzo nie lubią zasłon i bardzo lubią ładne meble.

Venice Beach

Venice Beach

Los Angeles

Na pożegnanie z Los Angeles postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o jedną z najsłynniejszych lodziarni w mieście – Salt & Straw. Odstaliśmy w kolejce dobre 40 minut, a następnie wprowadziliśmy obsługę w osłupienie faktem, że nie żądamy żadnych darmowych próbek i po prostu chcemy ot tak już kupić konkretny smak (ponownie – w Venice jak się chce, to można dużo za darmoszkę zjeść). Ja zdecydowałam się na smak “Birthday cake”, który zawierał wielgachne kawałki biszkoptu tortowego (nie wiem czy jest biszkopt nietortowy, ale chodzi o placek, nie o biszkopty dla małych dzieci i ludzi po wyrwaniu ósemek) i na kulkę wegańsko-kokosowo-truskawkową. Piotrka wspomnienie o deserze jest przyćmione tym, że poprosił o bitą śmietanę. No i najpierw pani przygotowała tę bitą śmietanę, ale posmakowała i coś z nią było nie tak (“zapomniała cukru” – zaśmialiśmy się). Załadowała więc kolejny dozownik, przyozdobiła deser i podała Piotrkowi.

Zgadnijcie co. Zapomniała posłodzić. Ktokolwiek jadł kiedyś słodkie lodziaszki z kwaśną śmietaną, ten może sympatyzować (według mnie to było dość dobre połączenie, ale ja lubię ptasie mleczko z kabanosem, więc wiecie).
Właśnie zapytałam biednego Piotrka jaki smak wziął i chyba nadal jest zły o tę śmietanę, bo stwierdził “zwykłe lody, w Poznaniu też takie są”. Moje były pyszne więc polecam!

Tak czy owak, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, że ma przed sobą nie deserek, a kulinarne wyzwanie, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, na którym wyglądamy jakbyśmy żegnali się z rodziną przed wejściem na pokład promu kosmicznego.

Los Angeles - lodziaszki!

Uff! Tym słodko-kwaśnym akcentem zamykamy wpis o Los Angeles, chociaż nie do końca opuszczamy jeszcze blogowo to miejsce. Osobny wpis poświęcę więc na wycieczkę po studiu Warner Bros (i zepsuję kilka waszych filmowo-serialowych przekonań, ha!).

Co z moim tatuażem? Zostaje, ale serduszko w środku obrysu przesunęło się nieco na południe od LA.

You Might Also Like...

7 komentarzy

  • Reply
    Niesmigielska
    19 stycznia 2018 at 17:43

    te levisy nie tylko made in poland, ale prawdopodobnie made in plock. Piotrek, przywieźć Ci parę jak będziemy jechac na wielkanoc do rodziców? 😉

    Teraz żałuję ze nie robilam karteczek. Moze wiedzialabym o abbot kinley. A lody z kwasna smietana brzmi jak cos z czym bym mogla sie zmierzyć, bring them on!

    • Reply
      Ania
      20 stycznia 2018 at 16:11

      Płock dzikim zachodem Polski, potwierdzona informacja

  • Reply
    Micha
    20 stycznia 2018 at 09:21

    Chyba nie mogę już czytać Twoich wpisów podczas karmienia, bo mi brzuch ze śmiechu Julkę trzęsie:D Czy tylko ja słyszę w tle zdjęcia z lodami hymn USA przed Waszym wejściem na pokład?;) buziaki

    • Reply
      Ania
      20 stycznia 2018 at 16:12

      Julka ćwiczy się na ewentualnie turbulencje w trakcie swoich przyszłych podróży 🙂 Pozdrawiam was!

  • Reply
    Dziewczyna z agencji
    21 stycznia 2018 at 10:37

    Już miałam pisać, że chcę more na temat samego Hollywood 🙂 Czekam zatem z niecierpliwością na ten wpis 🙂 I błagam – dodaj jeszcze więcej zdjęć 🙂 Kocham Amerykę! Może nie jakoś przesadnie, ale uwielbiam ten klimat. Byłam tam tylko raz i to tylko w Nowym Jorku, ale widzę, że Ty zwiedziłaś naprawdę spory kawałek Stanów 🙂 zazdrość!

  • Reply
    Pokularna
    24 stycznia 2018 at 13:19

    Taki wyjazd to moje wielkie marzenie, która zamierzam zrealizować w ciągu najbliższych 5 lat 😀 Ogólnie gdyby było można taki lot wygrać w chipsach z Biedry to byłabym 2 razy większa niż jestem . Myślałam też, że plaże tam są bardziej zatłoczone, a tu taka niespodzianka!

  • Reply
    Magdelena | palm tree view
    24 stycznia 2018 at 18:19

    Nie ma co żałować Walk of Fame. lepsze atrakcje w polskich Międzyzdrojach, a ludzi o połowę mniej! Chociaż… jakiś facet z kościoła scjentologicznego zagadał do nas po niemiecku, więc przez chwilę zrobiło się zabawnie.
    Zazdroszczę bardzo warner bross, gdzie nie dotarliśmy, więc wyczekuję kolejnego wpisu!

    Bardzo.

Leave a Reply