Podróże USA Roadtrip

Wracamy do domu! Monterey – Berkeley – Berlin

Oglądaliście Big Little Lies?

No raczej, że oglądaliście, a jeśli nie to równie dobrze możecie zrobić sobie teraz przerwę na seans, ewentualnie puścić sobie fantastyczny soundtrack z tego serialu (a ta piosenka w szczególności).

Pytam o Big Little Lies, bo integralną częścią tego serialu jest Monterey, miasto leżące na wybrzeżu pomiędzy LA a San Francisco. I właśnie jadąc z miasta aniołów do miasta mgły (albo po prostu miasta, “The City” wydaje się być najpopularniejszym przydomkiem dla SF) postanowiliśmy się w Monterey zatrzymać.

Domyślną atrakcją takiej kalifornijskiej trasy jest Big Sur czyli niezwykle malowniczy fragment wybrzeża. Jest autostrada-jedynka, są strome mosty, fale oceanu czy klify. A czasem jest remont i droga zamknięta. Tak było w naszym przypadku, nie mogliśmy więc wybrać trasy wzdłuż Pacyfiku. Na pocieszenie dostaliśmy podróż w otoczeniu złocistego krajobrazu i James Dean Memorial Junction czyli skrzyżowanie, na którym swoje życie zakończył James Dean (zbieg dróg 41 i 46).

Skoro już o pocieszaniu mowa – dotychczasowe amerykańskie wojaże nauczyły mnie, że jeśli coś nie jest parkiem narodowym to pewnie na żywo wygląda zupełnie inaczej niż w naszym ulubionym filmie/serialu. Zawczasu więc sprawdziłam czy rzeczywiście będę miała okazję posiedzieć na molo w Monterey i powtarzać za Reese Witherspoon, że “I love my grudges”.

No, to od razu wam mówię – molo z serialu nie istnieje, a już na pewno nie można tam wypić kawki. Wybrzeże wygląda dość niezachęcająco, chociaż pachnie uzdrowiskiem.

 

Wybrzeże Monterey

 

Trochę szkoda nie?

Big little lies

 

Ale skoro nie mogliśmy posmakować życia bogatych pań domu z Monterey, postanowiliśmy zgłębiać lokalne atrakcje gastronomiczne podług swojego własnego klucza. Ważnym aspektem tego klucza był fakt, że byliśmy w tym mieście najmłodszymi ludźmi. Nie było wcale łatwo znaleźć miejsca, które byłyby wystarczająco hipsterskie dla mnie i wystarczająco “muszę w końcu zjeść amerykańskiego burgera” dla Piotrka. Los chciał, że trafiliśmy w obie kategorie. Początkowo niechętnie kierowałam się w stronę burgerowni, która z zewnątrz przypominała mi o tym, że skończył mi się już antybiotyk chroniący mój delikatny układ pokarmowy. Na szczęście na miejscu groziło mi wyłącznie rzyganie tęczą, bo oto na moich oczach odbywała się lekcja gry na ukulele dla seniorów.

 

Monterey

 

Seniorzy śpiewający wakacyjne piosenki przygrywając sobie trzema chwytami na ukulele to był sztos, który mógł wynagrodzić mi każdą kulinarną mizerię. Ale mizerii gwoli ścisłości nie było, patrzcie no na tego zadowolonego konsumenta.

 

Monterey

 

Po tej uczcie dla zmysłów i żołądka byliśmy całkiem najedzeni, ale nie mogliśmy za wiele odpocząć, bo wieczorem mieliśmy w końcu zjeść sushi! W końcu, bo przystawialiśmy się już do tego pomysłu w Los Angeles, ale wiecie california maki to california maki nawet jak się ich nie je na południu stanu (a cebuliony w kieszeni zostają).

W japońskiej knajpce obsługiwał nas bardzo miły chłopak, po którym trochę było słychać, że urodził się raczej w Tokio niż w Monterey (drugą wskazówką było to, że był w naszym wieku, a takich ludzi w tym mieście nie ma i już). Usłyszał język Lachów i zapytał skąd jesteśmy. Reakcja na odpowiedź? OMG! Ojciec mojej dziewczyny jest z Polski!

I ja wtedy zareagowałam jak każdy człowiek ze wsi w historii świata. O super, a jak się nazywa? (Bo wiecie my to w Polsce wszyscy się przecież znamy).

Jiro (imię robocze i może trochę kreatywnie leniwe, ale wybaczcie byliśmy już trzy tygodnie na nogach) odparł na to: Yurek Kowolsky!

Jeśli więc ktoś z was zna Jurka Kołolskiego to my znamy jego przyszłego zięcia. I dowiedzieliśmy się w Monterey o tym, że nic tak nie uzupełnia naszego wrażenia z Big Little Lies jak ekipa dziadków z małymi gitarkami oraz poczucie absolutnego przejedzenia.

 

Czas było wracać do San Francisco. A właściwie do Berkeley. O wy cebulki, pomyślicie. I racja – mieliśmy tam Airbnb-chatkę w o wiele lepszej cenie niż te po drugiej stronie zatoki. Ale o wyborze Berkeley zadecydowało też to, że jeśli zamierzacie do centrum SF dojeżdżać samochodem, to jest to zupełnie rozsądna opcja. Dla nas jedyną okazją do ruszenia się “do miasta” było odwiedzenie Alcatraz, które to odwiedzenie było super (o czym tutaj) i skończyło się dość dramatycznie (o czym tutaj). Pozostały nam w USA dzień czasu mogliśmy spędzić w jesiennym Berkeley. W planie była wizyta w księgarni (Pegasus books, polecam!), z której naprawdę trudno było wyjść, ostatnie zakupy przed wyjazdem, no i uzupełnianie towarów skradzionych nam dzień wcześniej. I przypomnienie, że #corazbliżejświęta.

 

Ciężarówka Coca Cola

 

Berkeley kojarzy mi się sielsko, bo rzeczywiście ma atmosferę sennego, zadbanego miasteczka. Lewackiego, ale jednocześnie niezbyt bojowo nastawionego. Idealnie.
Zamieszkaliśmy w kolejnym po San Diego domku w czyimś ogródku – tym razem domek w jedynym pokoju zawierał też kuchnię i prysznic, ale za to pod oknem był ten wspaniały szeroki parapet do czytania jaki kiedyś sobie na wsi zorganizuję.

 

Berkeley

 

Na zdjęciu widzicie spakowane walizki, bo to i owszem był już czas na wylot z USA. Tym razem udało się Lufthansie nie odwołać naszego lotu więc mogliśmy spróbować jak to jest lecieć Arbuzem a380. I wiecie jak jest? Tak, że już nigdy nie chcę lecieć niczym innym. W telewizorku mieliśmy kamery pokazujące widok od spodu i gdybym na własne oczy nie zobaczyła oddalającej się powierzchni Ameryki to nie uwierzyłabym, że oderwaliśmy się od ziemi. Zero szarpnięcia, zero turbulencji, to był wspaniały lot. Przez kilkanaście minut znaczy się, bo potem przez głośnik odezwał się pilot mówiąc coś po niemiecku. Z całego wywodu zrozumiałam tylko ein Problem, sieben Minuten no i jeszcze entschuldigung. Piotrek zrozumiał chyba mniej więcej to samo bo wymieniliśmy się spojrzeniami, które krzyczały “a tak pięknie się oderwał od ziemi”.

Pilot przeszedł na angielski i jego Ladies and gentlemen, unfortunately we have a problem było zdaniem paradoksem, bo 8 słów (w tym 3 malutkie) brzmiało całą wieczność. Na szczęście po koszmarnie długiej pauzie między problem a źródłem problemu wybrzmiało with our in-flight entertainment system. Okazało się, że siedem ostatnich minut życia, które sobie dawaliśmy miało być siedmioma minutami bez filmików na tablecie, co, jak przyznacie, jest dość uczciwą wymianą.

Po 10 godzinach w powietrzu (krócej niż w drugą stronę, dziękujemy drogi prądzie strumieniowy!) lądowaliśmy we Frankfurcie, czyli prawie jak w domu. Wszystko dlatego, że jakością oznakowania zajmuje się tam nasz przyjaciel, a jak jest wysoka jakość oznakowania poziomego, to i samolot wylądować może bez przygód. Arbuz nie zawiódł do końca i przysiadł na europejskiej ziemi z delikatnością, o którą trudno podejrzewać maszynę ważącą 276 ton.

 

Nie, no to z górki już było nie? Został krótki lot do Berlina, przejażdżka pociągiem do Poznania i plan pójścia parę godzin później do pracy. Nie było z górki wcale, a to dlatego, że do akcji wkroczył Ksawery, taki orkan. Nie wiem czy orkany mają umiejętność przetrwania kilku lat w ciszy, ale przysięgłabym, że tak samo nazywał się orkan, który unieruchomił mnie w grudniu 2013 na krajowej jedenastce, po tym jak rozkraczyły się w poprzek tej właśnie jedenastki dwa tiry.

Tamten orkan Ksawery sparaliżował ruch lądowy, ten Ksawery miał podobne ambicje, ale my do Berlina lecieliśmy z wyjątkowym chojrakiem. Facet nie dość, że odrobił w locie jakieś 25% planowego czasu trwania to jeszcze lądował bez większych problemów. Sam lot był mocno przygodowy, ale przypominał raczej jazdę rollercoasterem (nie żebym kiedykolwiek miała przyjemność) niż samolotową trzęsawkę. Byłabym zachwycona gdyby nie to, że między kolanami dyskretnie trzymałam w pogotowiu strunowy woreczek i coachowałam sama siebie żeby nie zapaskudzić włoskiego garnituru pana obok. Na szczęście coca cola i silna wola to jednak najlepsi sprzymierzeńcy słabego błędnika!

 

Teraz to już naprawdę nic nie mogło zepsuć naszego triumfalnego powrotu do ojczyzny. Lotniskowy busik zawiózł Piotrka i jeszcze bledszą niż zazwyczaj wersję mnie na dworzec, usiedliśmy na peronie i czekaliśmy na ciuchcię. I w tym mniej więcej momencie zauważyliśmy, że wiatr dość nadzwyczajnie gnie te drzewa za szklanymi panelami dworca. I, że w zsynchronizowanej akcji, wszystkie zapadki na tablicach informacyjnych przewracają się na fällt aus. Na szczęście zostaliśmy szybko uspokojeni, owszem warunki nie pozwalają na odjazd pociągów w tej chwili, ale wkrótce wszystko wróci do normy. Widzicie, nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale podczas naszego koczowania na dworcu w Berlinie zaczęłam doceniać nasze PKP. Jest coś uczciwego i poczciwego w naszych na przykład trzystu pięćdziesięciu minutach opóźnienia. Człowiek wie, że ma niecałe 6 godzin na zakupy, jedzenie, spanie, jojczenie na PKP i takie tam. Niemiecki przewoźnik wodził nas za nos wielokrotnie – kazał przyjść na peron za dwie godziny. Potem jeszcze za dwie. Potem przebukować rano. Potem dwie godziny po tym porannym pociągu. Potem za kolejne dwie godziny, bo ten to już na pewno odjedzie.

Po czterech przebukowaniach naszym ratunkiem okazała się miła pani z infolinii któregoś z polskich pociągowych przewoźników, która kurtuazyjnie acz stanowczo powiedziała, że nie ma takiej opcji, że cokolwiek dzisiaj stamtąd odjedzie.

Całe szczęście Poznań z Berlinem łączy autostrada i jedyne 3 godziny podróży. I całe szczęście, że znamy kogoś, komu się chce tę trasę pokonać i wyratować pechowych podróżników. Po tych właśnie trzech godzinach czekaliśmy pod kultowym Mustafa’s Gemüse Kebap na naszego wybawcę (miłośnika lokalnej kuchni zarazem). W domu byliśmy raptem dobę później niż zakładały to plany nasze, Lufthansy i Deutsche Bahn.

 

Czy nasz szczęśliwy powrót do domu oznacza koniec postów o USA? Nie, no spokojnie, zresztą do głosu musi zostać dopuszczony też towarzysz podróży, o którym póki co czytelnicy wiedzą tyle, że bardzo chciał posłuchać wykładu o kometach w Yosemite, obmyślił system pewnych wygranych w Las Vegas i zjadł prawdziwego amerykańskiego burgera w Monterey. A on ma jeszcze parę rzeczy do powiedzenia!

You Might Also Like...

2 komentarze

  • Reply
    Magdelena | palmtreeview
    31 marca 2018 at 10:15

    Jej, my wracaliśmy United i tam sytuacja „we have a problem” miała miejsce jeszcze przed wystartowaniem – uwięziła nas na 2 godziny w samolocie i o mały włos nie spóźniliśmy się na przesiadkę do Europy w SF. W drugim samolocie zepsuło im się oświetlenie i niestety system rozrywki był również nieobsługiwalny. Ach, UNITED 😉
    Trochę żałuję, że Big Little Lies obejrzałam dopiero po powrocie ze Stanów, a trochę nie – bo oglądało mi się ten serial podwójnie przyjemnie. I jak to, nie ma tam tej knajpki i tego molo?! 😀 Monterey nie zwiedziałam, więc może dobrze, że nie zostawiło mnie z gorzkim posmakiem rozczarowania 🙂

  • Reply
    nieśmigielska
    4 kwietnia 2018 at 10:57

    o nie wierzę, piotrek będzie pisał?
    wyobraziłam sobie tomasza piszącego na blogu… a potem się obudziłam. nie żebym lekce sobie ważyła Twoje cudowne pisanie (epitet na dziś: „kreatywnie leniwe” <3), ale jestem wielce ciekawa.

Leave a Reply