Ludzie Rychtyg życie

Nie warto znać się na sporcie

Ja to właściwie nie znam się na sporcie jakość szczególnie. Czasem zaświeci mi się lampka na pubquizie jak wtedy, kiedy na którymś slajdzie pokazali dwukrotnego złotego olimpijczyka Waldemara Baszanowskiego. I czasem się odpalę kiedy oglądamy w domu Eurosport, a nie spodziewający się ciekawostkowego natarcia Piotrek zapyta o coś związanego z biathlonem.

Ale przy całej swojej niewiedzy na temat wyników i rekordów przychodzę tu do was i mówię – nie warto znać się na sporcie. Ale wiecie co warto? Warto się ze sportem znać. A wszystko to dzisiaj przez pewną kobietę w czerwonym berecie.

Bo widzicie, szukałam ostatnio w Google Mapsach sklepu meblowego. Wyszukiwarka podpowiedziała – ulica Haliny Konopackiej. Moja reakcja? Ach, Konopacka, ale super! I wtedy mnie kopnęło – ej, ja nigdy podczas swojej formalnej edukacji nie uczyłam się o Konopackiej. A mogłam, chociażby z kronikarskiej przyzwoitości, bo to ona była pierwszym sportowcem z Polski, który zdobył złoty medal olimpijski. Albo ze statystycznej niezwykłości – Konopackiej w rzucie dyskiem nie pokonał w czasie jej kariery nikt. A już na pewno powinnam, bo Halina ze swoją wszechstronnością (oprócz sportu zajmowała się poezją, a publikowano ją w Skamandrze, wyobraźcie sobie) jest taką idolką na jaką małe polskie dziewczynki zasługują.

 

Tymczasem małe polskie dziewczynki i mali polscy chłopcy o sporcie wiedzą na ogół tyle, że Ronaldo płacze bo udaje, Stoch super skacze i należy nienawidzić wszystkich sportowców z Norwegii. Im starsi się robimy, tym mniej w nas wpatrzonego w idola fana, a więcej niezależnego eksperta do spraw skoków narciarskich, formuły pierwszej i raz na dwa lata piłki ręcznej. Chociaż czemu mówi się na nią szczypiorniak, to już niekoniecznie trzeba wiedzieć.

Taki właśnie niezależny ekspert zna się na meteorologii, farmacji, a wprawnym okiem od razu ocenia czy ktoś przyjechał na Igrzyska Olimpijskie marnować nasze pieniądze.

Niezależny ekspert zna się, rzecz jasna, na sporcie – wie kto, kiedy, co wygrał, a najczęściej wie również kto, kiedy, co wygra.

 

I powiem wam szczerze – w ten sposób na sporcie to wcale nie trzeba się znać, niekoniecznie. Jak ktoś lubi, proszę bardzo, ale ja zachęcam do nieco innego spojrzenia na pasję, która właśnie przez rozpowszechnione niezależne eksperctwo bywa trywializowana czy traktowana nieco protekcjonalnie.

Kibicujmy, pewnie. Ale oprócz kolekcjonowania w głowie rekordów, wyników i nazwisk, warto zajrzeć do tego, co się za tymi rekordami, wynikami i nazwiskami kryje. Warto się ze sportem i sportowcami bliżej poznać.

A warto, bo historia sportu, a przede wszystkim sportowców to bezbolesny i fascynujący kurs dziejów, kultury, obyczajów. I nie mówię tu o nieco łopatologicznych lekcjach historii jak ta od Kozakiewicza. Na podstawie historii Jima Thorpe’a czy Tommiego Smitha można lepiej zrozumieć trudne do uchwycenia konflikty amerykańskiego społeczeństwa. Historię naszego kraju zilustruje historia Kusocińskiego, Pawłowskiego czy tajemnicza śmierć Roberta Góralczyka.

 

Warto ze sportową historią się poznać też po to, żeby świadomiej wybierać, co w sporcie cenimy. Że za hołubionym złotem Fortuny czai się raczej łut szczęścia i regularne bijatyki, a za zapomnianym srebrem Sidły bezinteresowna pomoc drugiemu współzawodnikowi. Że dziewczyna z małej wioski czy chłopak z dużego miasta ma prawo jechać na zawody mimo, że nie ma dużych szans na medal. No i co powinno być dość oczywiste, ale jednak nie jest, że zajęcie trzydziestego czy czterdziestego miejsca na świecie to jest duży sukces. Nie wiem jak wy, ale ja w niczym nie jestem nawet sto czterdziesta na świecie.

Warto znać się na sporcie w tym mniej popularnym znaczeniu tego zwrotu, bo za kulisami rozgrywek mają miejsce historie, które czynią nas może trochę lepszym, a już na pewno dużo bardziej wzruszonym człowiekiem. No spróbujcie spojrzeć na film jak Marusarz ostatni raz skacze z Wielkiej Krokwi i niech wam gardło się nie ściśnie.

Storytelling jest modny teraz, chociaż obecny od zawsze. A sport, gdyby tak wyprać go z niezależnych ekspertów to jeden wielki storytelling. Czasem to jest historia o ciężkiej pracy i wielkim triumfie. Czasem, jak w przypadku Dzidka Hryniewieckiego, to historia o przekorności losu i gorzkim końcu. W kinie niewiele mamy niewygranych sportowych historii. Wiem, co mówię – o przegranych filmowych sportowcach napisałam magisterkę i wcale nie miałam za wiele filmów do opisania. W kinie jest kult zwycięzcy, a jak mówi często powtarzane amerykańskie powiedzenie: winning is not everything – it’s the only thing. W życiu na belce siada pięćdziesięciu, a szanse na wygraną wynoszą dwa procent. Chyba, że jest się Polakiem, to z pięć procent.

Swoją drogą, skoro już przy filmach jesteśmy – to, że nie powstał jeszcze film fabularny o Stanisławie Walasiewicz czy Jerzym Pawłowskim, to jest niezły skandal.

 

Piszę o tym wszystkim, bo w przeciwieństwie do większości małych polskich dziewczynek miałam w kwestii znajomości ze sportem bardzo dużo szczęścia. Pewnie, miałam w pokoju standardowy plakat z Martinem Schmittem, a pobliska Piła kazała myśleć, że nie ma idoli ponad Hansa Nielsena. Ale oprócz obawy, że będę się po prostu “znała na sporcie” zaistniała też możliwość głębszego (oj bardzo) ze sportem się zapoznania. W mojej małomiasteczkowej szkole można było liznąć wielkiego świata kiedy a) miało się talent sportowy (to mnie nieszczególnie dotyczyło) b) miało się talent do zapamiętywania i chęć do czytania (to mnie  bardzo szczególnie dotyczyło). W ten sposób, od podstawówki, aż do końca liceum, brałam udział w mniej lub bardziej prestiżowych zawodach dotyczących… historii igrzysk olimpijskich. Przez mniej prestiżowe mam na myśli Igrzyska Mieszkańców Wsi, a przez bardziej prestiżowe ogólnopolskie konkursy, w których udział brało tysiące uczniów, no kidding.

No, takie rzeczy! I nie dość, że z tych zawodów naprzywoziłam książek (w czasach licealnych ważyły więcej niż ja) i wygranego drobnego sprzętu AGD, to jeszcze nieuleczalnie nabawiłam się przypadłości, która sprawia, że o wiele bardziej niż sport interesuje mnie sportowiec. I o wiele bardziej niż wynik pamiętam historię. Moim małym marzeniem jest ucyfrowienie niektórych z tych historii, które leżą zapisane w książkach (tych cięższych ode mnie), a internet w ich miejscu prezentuje jedynie suchą notkę z wikipedii. Myślicie, że rychtyg pomysł?

 

Tymczasem ulica Konopackiej jest gdzieś w Poznaniu na wygwizdowie i Bóg raczy wiedzieć jak wielu ludzi myśli, że to literówka z Konopnickiej.

You Might Also Like...

4 komentarze

  • Reply
    Agnieszka
    18 lutego 2018 at 12:52

    Ja również nie wiedziałam, kim jest Konopacka. Inna sprawa, że moja wiedza o sporcie jest naprawdę mała – i na pewno mniejsza od wiedzy „niezależnych ekspertów” o których wspomniałaś 😀

    • Reply
      Ania
      18 lutego 2018 at 12:56

      Fajna babeczka ta Halinka! 🙂

  • Reply
    Ania Boczar
    18 lutego 2018 at 18:41

    Aniu, ale ten tekst jest dobry! <3 Bardzo dosadny, ale też dlatego dobry 😉 Chętnie poczytam historie polskich sportowców więc mam nadzieję, że je tu opiszesz 🙂

    • Reply
      Ania
      23 lutego 2018 at 12:19

      Dziękuję Aniu :))

Leave a Reply