Ania w kinie

Oscary 2019: co warto nadrobić?

To nie jest wpis dla oscarowych wyjadaczy.

To wpis dla tych, którym poprzednie zdanie owszem kojarzy się z filmem braci Coenów, być może nawet z faktem, że to film Oscarem nagrodzonym.

Ale już niekoniecznie dla tych, którzy z pamięci przywołają, że za zdjęcia odpowiadał w nim Roger Deakins i to, że na wywołanie swojego nazwiska na oscarową scenę musiał czekać przez całe czternaście (tak, panie Leonardo, czternaście!) nominacji.

A już na pewno nie dla tych, którzy pamiętają, że był to rok 2007, w kategorii zdjęciowej nominowany był też Janusz Kamiński, Andrzej Wajda nie miał najmniejszych szans na nagrodę dla Katynia, a Nicole Kidman ubrała czerwoną sukienkę od Balenciagi. Chociaż sukienka akurat do dzisiaj jest wymieniana w gronie najbardziej udanych kreacji oscarowych.

Tak czy owak, jeśli jesteś osobą, która posiada w domu listę nominowanych filmów i ją skrzętnie odznacza, to oczywiście zachęcam do przeczytania tego wpisu, ale może się okazać, że nie przeczytasz tu nic, czego nie wiesz.

To jest wpis dla ludzi, którzy są trochę tacy jak ja (czyż wszystkie wpisy takie nie są?).

Bo ja, widzicie, z Oscarami jestem trochę na bakier.

Ceremonię uwielbiam, komentarze sukienek uwielbiam, ale żeby te wszystkie filmy oglądać to już niekoniecznie. I zanim zamkniesz czytelniczko bądź czytelniku przeglądarkę w przekonaniu, że co taka tutaj ma do powiedzenia o Oscarach skoro nie ogląda filmów, to uprzedzam – filmy oglądam.

Oglądam, ale nie na wyścigi, nie na rekord i nie wszystkie. Nie żeby w oglądaniu na rekord było coś złego, bo nie ma. Kiedy jednak pojawiają się w Polsce nominowane filmy, a najczęściej pojawiają się masami na początku roku, to czuję taki urodzaj, takie niezdecydowanie i taki tykający oscarowy zegar, że najczęściej w czasie ceremonii kibicuję góra czterem tytułom. Resztę nadrabiam w warunkach domowych lub nie nadrabiam wcale, ot co.

Ale to kibicowanie konkretnym tytułom, to rozumienie czemu żart prowadzącego (nie) jest śmieszny, to kiwanie ze zrozumieniem głową na “nic dziwnego, że XYZ (nie) wygrała” jest tak przyjemne, że żaden sezon nagrodowy nie zostanie przeze mnie całkowicie zignorowany.

Jeśli więc czytelniczko lub czytelniku podzielasz moje ambiwalentne uczucia w kierunku nagród Akademii i z jednej strony nie czujesz się na siłach aby odhaczać całą checklistę filmów, ale z drugiej fajnie by było chociaż trochę wpaść w kontekst, to zapraszam.

Zwłaszcza, że w tym roku filmy-pretendenci pojawiały się wyjątkowo łaskawie dla moich słabych nerwów i bez uczucia przesytu zdołałam obejrzeć te, na których mi zależało (oprócz A star is born która wyleciała z pobliskiego kina zdecydowanie za szybko). Z listy którą zobaczyłam wybrałam kilka obrazów, które są łatwo dostępne (czyt. lecą w kinie, w legalnym internecie lub można je kupić na płycie).

 

Oscary 2019 – co nadrobić na płycie?

Tutaj wybór jest naprawdę prosty – jeśli mam was namawiać do wydania pieniędzy na nośnik, który potem stoi na półce, to będę was namawiać na zainwestowanie w nośnik, który umacnia wiarę w polskie kino. Bo przywracanie wiary, to umówmy się, działo się już parę ładnych lat temu.

Ale naprawdę, myślcie sobie o Zimnej Wojnie co chcecie, ja zresztą też nie wystawiłam jej idealnej laurki w recenzyjnym wpisie, ale nie można zaprzeczyć, że to kino przepiękne, przepięknie wyreżyserowane i przepięknie zagrane.

Trochę nie wypada nie znać i wcale nie dlatego, że liczę na Oscarowy hat-trick w wykonaniu Zimnej Wojny. Oscar za zdjęcia jest możliwy, za reżyserię – wysoce nieprawdopodobny, a na nagrodę dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego możemy liczyć tylko jeśli Roma zgarnie Best Picture i akademicy zagłosują w ramach różnorodności na coś innego w tej “egzotycznej” kategorii. Taki rok, co poradzicie.

A więc nawet jeśli nie usłyszymy polskich twórców przemawiających ze sceny Kodak Dolby Theatre, Zimną Wojnę powinno się znać i przynajmniej samemu zadecydować czy zbyt “pociachana” ona na kawałki czy nie. Dla mnie ciachanie zagrało, ale końcówce zabrakło subtelności. A dla was?

 

Oscary 2019 – co nadrobić w telewizji?

“W telewizji” to określenie o tyle znamienne, że mówię tu wyłącznie o przekątnej ekranu, a nie o sposobie wyświetlania filmu, to drugie bowiem załatwia nam internet. Wspominam głównie o Netfliksie, chociaż pamiętajcie, że całkiem sporo nominowanych filmów obejrzycie też dzięki HBO Go, Google Play Movies czy Chili Movies.

Ale o Netfliksie w kontekście Oscarów 2019 powiedzieć trzeba, bo to tam można zobaczyć film, który powinien mieć w niedzielną noc sporo do świętowania. I co jest w ogóle absolutnie kuriozalne, Roma, bo o niej mowa, jest filmem, którego absolutnie nie powinno się oglądać w telewizji.

Niby Netflix pozwolił na skromną kinową dystrybucję, ale dla większości z nas telewizor będzie jednak jedyną opcją. Zaklinam was więc na wszystkie świętości – nie bądźcie matołkami jak Ania. Bo ja to sobie Romę prawie spieprzyłam z przyzwyczajenia do konsumowania contentu telewizyjnego.

Myślę sobie więc, a mam półtorej godzinki wolnego to chociaż połowę obejrzę. Obejrzałam, bo pierwsza połowa to akurat jest z tych mniej efektownych (a właściwie jest z tych “efektownych, ale docenicie na końcu filmu”), a następnego dnia nonszalancko zabrałam się za drugą połowę, znowu w pośpiechu, znowu bez większego namaszczenia. I przykro mi trochę, bo owszem – Romie udało się mnie zachwycić, ale jak musi zachwycać kiedy ogląda się ją w skupieniu, za jednym razem, bez przeszkadzajek i nie przy śniadaniu? No musi zachwycać jeszcze bardziej.

A jak już sobie taki “medytacyjny” (to nie moje określenie, ale bardzo mi się spodobało) seans sprawicie, to zrozumiecie czemu nie jest mi nawet przykro, że nie mówi się już o Zimnej Wojnie jako faworycie [sic!] do nagród.

Roma odjechała wszystkim. Jest filmem tak naładowanym symbolami, znaczeniami, toposami i wszystkim innym, że sam Dostojewski chyliłby czoła z szacunkiem. Co więcej – jest filmem naprawdę osobistym i to nie w znaczeniu pan reżyser też jest z Meksyku i też miał taką opiekunkę. Chociaż jest i miał, to prawda. Ale ja widzę Romę jako film osobisty głównie dlatego, że byłam świadkiem (słuchając podcastu jest się jego świadkiem, nie?) jak ludzie do upadłego spierają się o zupełnie odwrotne znaczenie jednej z kluczowej kwestii z filmu. A ja interpretowałam ją jeszcze inaczej i też miałam rację. Piękny jest film, który można rozumieć zupełnie rozbieżnie i zawsze będzie to prawda i zawsze będzie to dobre.

Cuaron przeczołga was przez prawie dwie godziny długich scen z długimi planami, na których dużo się dzieje, ale potem da wam dwie sceny, na których się nie oddycha z przejęcia, przyrzekam!

Ach, a jeśli macie jakieś uprzedzenia do filmu, który jest długi, czarno-biały i nie po angielsku, to pamiętajcie że pan reżyser Cuaron dał nam najlepszą ekranizację Harry’ego Pottera i Sandrę Bullock w kosmosie, więc zaufajcie mu.

Ale, ale! Jak już jesteście na tym Netfliksie, to warto przeznaczyć jeszcze 40 minut (czymże jest wobec wieczności i wobec Romy) na obejrzenie filmu dokumentalnego nominowanego w tegorocznej oscarowej rywalizacji. Film nazywa się End Game i nie ma nic wspólnego z Marvelem, za to wiele z wiecznością.

Opowiada bowiem o pacjentach będących pod opieką paliatywną, ich rodzinach i ich lekarzach. Ja wiem, ja wiem jak to brzmi – generalnie nie jak najweselszy film na weekend. Ale chociaż wesołości może nie należy oczekiwać, jest tu zaskakująco dużo podnoszenia na duchu, piękna i godności. Ja skończyłam seans z chusteczką w ręku, ale też z poczuciem, że moje życie jest trwale lepsze niż 40 minut wcześniej.

 

Bonus książkowy:

Bonus, bo kilka dni temu pojawiła się na rynku idealną lektura na ten kłopotliwy sezon nagród filmowych, w którym nie wiadomo czy bardziej myśleć o dyskursie postkolonialnym czy może jednak bardziej o tym, kto przyjdzie w sukience z kieszeniami. Mowa o książce Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej, którą napisała Katarzyna Czajka-Kominiarczuk. Książka jest przystępna dla totalnego nowicjusza, ciekawa dla połowicznego wyjadacza (czyli takiego jak my tutaj zebrani), ale i prawdziwi wyjadacze nie powinni się przy niej nudzić. Kasi słucha się (a właściwie czyta, ale zrozumiecie jak przeczytacie) jak wytrawnej gawędziarki, która wie o czym pisze i wie jak czytelnika zaintrygować. Książkę kupicie w większości księgarni, a tym którzy sięgają częściej po ebooki podpowiem, że jest też na Legimi.

Inna zaleta autorki książki (znanej jako autorka bloga Zwierz Popkulturalny)?

Bardzo chwali sukienki z kieszeniami na czerwonym dywanie. A blog mi świadkiem, jeśli kiedykolwiek znajdę się na prestiżowej gali nagród (mogę jechać w każdej chwili, przemowę tyle razy ćwiczyłam przed lustrem, że nie potrzebuję czasu na przygotowanie), to na pewno założę sukienkę z kieszeniami.

 

Oscary 2019 – co nadrobić w kinie?

No właśnie, tak to się zazwyczaj składa, że najgorętsze oscarowe premiery trafiają do Polski zupełnie niedługo przed ceremonią. Co za tym idzie, jeśli wybierzecie się w ciągu najbliższych dni do kina, to zdążycie nadrobić któreś z oscarowych faworytów, a nawet faworyt, za który to żart z góry przepraszam, ale jak zobaczyłam tych faworytów to musiałam.

Na kino pomysły mam dwa i oba są bardzo, bardzo różne. Jest film miły, ale dla mnie trochę niekomfortowy. Jest też film niekomfortowy, ale dla mnie bardzo miły. Który jest który? Już tłumaczę.

Zacznę od Faworyty, czyli filmu, na który z pewnością wybiorą się ludzie, którzy z niego wyjdą i powiedzą “Co to, kurde, było?”. Wiem, bo słyszałam tych ludzi po seansie, na którym byłam. I rzeczywiście, rzut oka na kostiumy i nazwiska każe myśleć, że kostiumowy dramat to nie może być nic zbyt dziwnego. Ale proszę państwa, to zrobił Yorgos Lanthimos! Będzie dziwnie!

Mamy więc mieszankę wybuchową zarówno pod względem formy jak i treści – i wcale nie jest to mieszanka, którą zaliczyłabym do mojego topu wszechczasów (ani topu roku). Ale zdecydowanie rozumiem, dlaczego Faworyta może zachwycać.

Po pierwsze jest zagrana koncertowo – trzy główne bohaterki, trzy nominacje do Oscara. Ci, którzy mówili, że Emma Stone dobrze zagrała w La la land teraz to nie wiem co sobie pomyślą, bo jest tu po prostu niesamowita (ale Rachel Weisz i Olivia Colman w niczym jej nie ustępują).  

Po drugie – jak ja lubię kino, w którym traktuje się widza jak osobę, która jest w stanie sama dojść do pewnych wniosków, a nawet jeśli do nich nie dojdzie to trudno. Żadnych strzelb Czechowa, żadnych “teraz widzu, patrz”, żadnych “dum dum dum muzyka ci mówi jak masz się czuć”.

A Faworyta to film, na którym łapałam się kilka razy, że robię aaaa, a więc to tak, a moje zdanie o bohaterkach filmu kręciło się jak rozmagnesowana igła w kompasie moralnym. Nikt tu nie jest dobry, każdy jest ofiarą, wszyscy chcą spełnić swoje cele. Jest cała gama szarości, o których można potem długo rozmawiać.

Poza tym – to herstoria i queerstoria w jednym. Potrzebujemy ich!

 

Na drugim biegunie komfortu znajduje się The Green Book. Niby to film miły, taki naprawdę, że spokojnie można pójść z rodzicami i dziadkami. Na moim seansie sąsiadowałam z dwiema starszymi paniami, które na koniec zgodnie przyznały, że film był genialny. I dobrze, nie?

No właśnie, trochę dobrze, trochę źle. Z jednej strony dobrze, bo to film otwierający polskie oczy na amerykańską historię i problemy na tle rasowym. Z drugiej strony źle, bo dominującym tonem filmu jest “biały wybawca”, a na napisach mamy klepać się po ramionach z zadowoleniem żeśmy już poszli tak bardzo przodu, że nie ma osobnych hoteli dla czarnoskórych. Tylko, że rasizm ciągle jest bardzo realnym problemem. I może dla tych dwóch starszych pań z Poznania lekcja historii XX wieku będzie wystarczająco dydaktyczna, ale uważam, że nie powinniśmy tracić z oczu kontekstu wieku XXI.

Jestem ciekawa waszej opinii na temat Green Book, bo trochę mi to przesłodzenie psuło odbiór, ale z drugiej strony nie da się nie zauważyć, że to kawałek solidnej rozrywki. Mahershala Ali jest wspaniały, Viggo Mortensen potrafi utrzymać papierosa górną wargą i jednocześnie mówić, za co z automatu powinien dostać Oscara. Historia składa się w naprawdę uroczą całość i szczerze chciałabym polubić ten film bardziej niż polubiłam.

Być może zastanawiacie się co takiego wyleciało z mojej listy skoro znalazły się na niej prawie wszystkie “hity” tegorocznego sezonu nagrodowego? Ano Bohemian Rhapsody na ten przykład wyleciało, bo jest to film bez którego naprawdę można się obejść. I owszem, Rami Malek zrobił tam mistrzostwo w naśladowaniu pierwowzoru, ale sam film uważam za straconą szansę. Nie tylko pod względem filmowym, ale także dydaktycznym. Bo można było na przykładzie uniwersalnie chyba lubianego artysty pokazać złożoność jego tożsamości, chociażby tej seksualnej. Tymczasem nie, wszystko jest czarno-białe (dobrzy ludzie-źli ludzie) co w kontekście tęczowego (nomen omen) Freddiego jest zaprzepaszczoną szansą.

Nie piszę dziś też o kandydacie do tytułu Best Picture, który wzbudza być może najwięcej kontrowersji czyli Czarnej Panterze. Nie piszę dlatego, że moją opinię na jego temat można zamknąć w jednym zdaniu: representation matters. To, że Akademia zauważyła jak ogromnym wydarzeniem dla milionów ludzi był ten film napawa mnie radością i pokazuje, że można nagradzać (no, zauważać) też kino “popularne”. I słusznie, w końcu ceremonia jest zdecydowanie igrzyskami z kategorii “popularnych”.

O czym jeszcze nie piszę? Ano o filmach, których obejrzeć nie zdołałam, ale zrobię to przy pierwszej okazji: wspomnianych Narodzinach Gwiazdy, Gdyby ulica Beale umiała mówić, na którym zamierzam łkać jak na Moonlight oraz dokument Free Solo o człowieku, który wspina się na tapetę z Macbooka. Ach, chciałabym zobaczyć też Wyspę psów, bo trailer zaintrygował mnie niesamowicie, ale jednocześnie zapalił czerwoną lampkę: czy aby na tym filmie nie będzie mi zbyt smutno? Proszę o poważne podpowiedzi.

O poważne podpowiedzi (mogą być też mniej poważne, ale pamiętajmy że impreza jest na full galowo) odnośnie waszych oscarowych faworytów czekam też w komentarzach. Co widzieliście? Co koniecznie należy obejrzeć, a co można sobie odpuścić? Czy niepotrzebnie marudzę na Bohemian Rhapsody?

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    Magdelena | palm tree view
    21 lutego 2019 at 18:25

    O widzisz, a ja jestem na świeżo z seansem „Narodziny gwiazdy”. i ok soundtrack lubię, ale to film, moim zdaniem, jak tysiące innych (z tym wyjątkiem, że gra w nim Lady Gaga), za to Bohemian Rhapsody … wyszłam z kina oczarowana! Rozumiem twoją krytykę; to nie jest dobry film dla ludzi, którzy dużo wiedzą o życiu Frediego. Moim zdaniem to obraz, którym Queen miga gdzieś w pamięci i potrafią dobrze zanucić dwie piosenki. To nie jest film o Fredie’m i chyba wcale nie miał być… to jest film o muzyce i w tej kategorii wygrywa.

Leave a Reply