Blogowanie Podróże

Poznań dla uczestników BCP 2018 – cz. I: Zachód

BCP czyli Blog Conference Poznań to być może najciekawsza wizerunkowo rzecz jaka przytrafiła się stolicy Wielkopolski w ostatnich latach. Na jeden weekend, do tego wyjątkowo reprezentacyjny wiosenny weekend, do Poznania zjeżdżają setki ludzi. I to takich ludzi, którzy na co dzień inspirują innych. A jeśli jest jakieś miasto w Polsce, które potrzebuje natychmiastowego wsparcia komunikacyjnego w postaci zachwyconych blogerów, to jest to Poznań. Aby jednak cała masa influencerów i ciekawych ludzi wyjechała z miasta w głębokim zachwycie, chcę dorzucić swój worek ciekawostek i rekomendacji.

Bo widzicie, Poznań ma przerąbane. Niby piąte największe miasto kraju, niby pełne miejsc pracy i bogate, a idę o zakład, że na liście “miejsca do odwiedzenia” może przegrać z wsią Poznań w lubelskim i wsią Posen w Michigan. Akurat ta druga ma festiwal ziemniaka, którego brak w stolicy Pyrlandii jest rażącym niedopatrzeniem.

No i na ten cały brak miłości do Poznania panujący w Polsce wchodzę ja. Czemu właściwie ja? Jeśli czytacie Rychtyg uważnie, to wiecie, że urodziłam się nie nad Wartą, a nad Głomią – na Krajnie. Do Poznania zawitałam dopiero po maturze. Ale, ale! Kiedy inni na trzecim roku studiów szukali zajęć związanych z przyszłą karierą, ja wymyśliłam, że muszę koniecznie odbyć kurs na przewodnika miejskiego i świetnie poznać miasto, w którym mieszkam. Minęło parę lat, z branżą przewodnicką nigdy nie związałam się zawodowo, ale chęć wybielania Poznania pozostała.

Zresztą nazwa mojego bloga jest wyciągnięta wprost z wielkopolskiej gwary, kto inny miałby wam mówić jak żyć (w Poznaniu)? Nikt, tej!

Dlaczego to wpis dedykowany uczestnikom BCP 2018? Ano dlatego, że to nie jest klasyczny przewodnik po mieście. Bo i na klasyczne zwiedzanie większość z was nie będzie miała czasu. Będziecie jednak chcieli spędzać czas – najchętniej z innymi blogerami. Na posiłkach, kawkach, spacerach. Dziś zasygnalizuję wam moje ulubione miejsca na tego typu czynności, a przy okazji przemycę nieco wiedzy na temat Poznania.

Dzisiaj serwuję wam pierwszą część dwutomowego blogo-spaceru po mieście. Poznań dzielę grubą krechą wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej i wzdłuż lokalizacji BCP 2018 czyli Międzynarodowych Targów Poznańskich. Oznacza to, że jeśli wyjdziecie z konferencji i pójdziecie w jedną stronę, to traficie na miejsca opisane w dzisiejszym poście. Jeśli pójdziecie w drugą stronę – wejdziecie w trasę z kolejnego posta. Albo odwrotnie, bo z Targów można wychodzić w kilku miejscach, takie to wielkie i nowoczesne centrum targowe, ot co!

O czym dzisiaj? O moim fyrtlu! Tej części miasta, w której najniżej latają samoloty, czerwona cegła przeplata się z nieco zakurzoną secesją, a gastroscena kwitnie! Przejdziemy się po Jeżycach i Łazarzu, odwiedzimy Grunwald, a wszystko zaczniemy od paru słów o miejscu, w którym spędzicie większość weekendu (o ile jesteście pilnymi uczestnikami konferencji).

 

Straszna wieża, której już nie ma

Międzynarodowe Targi Poznańskie na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie zwyczajnym zbiorem hal wystawienniczych, o ile oczywiście bycie największym tego typu obiektem w Polsce można nazwać niezbyt wyjątkowym. Ale polecam przejść na dziedziniec między pawilonami i spróbować przyporządkować poszczególne zabudowania kolejnym dekadom – od początku XX wieku aż po jego koniec. Charakterystyczna ażurowa “choinka”, która (a jakże!) w okresie świątecznym świeci się na zielono, jest iglicą zbudowaną na fundamentach Wieży Górnośląskiej – budowli przypominającej ogromny stempel, a do tego tak ponurej, że po małym scenograficznym retuszu zagrała w dystopijnym Metropolis Fritza Langa. Patrząc na monumentalną podstawę współczesnej iglicy, wyobraźcie sobie jak przytłaczająca musiała być przedwojenna Wieża.

Wieża Górnośląska - BCP 2018

O nieistniejącej już przeskalowanej pieczątce wspominam bo w swoim zaledwie 30-letnim życiu była świadkiem dwóch wystaw, które zawstydzają największe dzisiejsze targi. W 1911 miała miejsce pięciomiesięczna [sic!] Wystawa Wschodnioniemiecka, która miała m.in. przybliżyć lokalsom niemieckie podboje na dalekich kontynentach. Jedynym naturalnym wyborem było więc zbudowanie w Poznaniu repliki afrykańskiej wioski wraz z 60tką czarnoskórych statystów, którzy prezentowali swoje codzienne życie.

Osiemnaście lat później w Poznaniu była już Polska, w dodatku Polska świętująca dziesięciolecie niepodległości. Dla uczczenia okazji odbyła się Powszechna Wystawa Krajowa. Ponad sto budynków na 65 hektarach (obecnie targi mają 3 razy mniej powierzchni) i 4,5 miliona odwiedzających. Co przyjechali oglądać? Dorobek Państwa Polskiego, a jak! W prezentacji dorobku nie mogło zabraknąć pawilonu przemysłu likierowego i  koniakowego, polowych oddziałów ministerstw, a także lunaparku. Wspominam o PeWuKa nie tylko dlatego, że skala tego wydarzenia była wyjątkowa. Wystawa ukształtowała też teren wokół dzisiejszych Międzynarodowych Targów Poznańskich. Zbudowano wtedy na przykład Collegium Anatomicum, charakterystyczny budynek położony niedaleko wejścia na targi od strony Śniadeckich. Wtedy był tymczasową galerią obrazów Wyspiańskiego i Matejki, dzisiaj mieści Katedrę Medycyny Sądowej.

Czujecie historyczną wartość pawilonów, w których odbywa się BCP? Porozmawiajmy więc o tym, co czeka dosłownie za płotem.

 

To Poznań, witamy nad Bałtykiem

Spacer rozpoczniemy od pójścia na północ, wzdłuż głównej grubej krechy jaką podzieliłam miasto w tym cyklu, a która to krecha normalnie nosi nazwę ulicy Głogowskiej i ulicy Roosevelta (tak, tego Roosevelta od Borejków). Tam gdzie jeszcze rok temu zobaczylibyście plac budowy, teraz cieszy oko najnowszy dodatek do kolekcji charakterystycznych budynków Poznania czyli Bałtyk Tower. Nie byłam na górze – ale spragnionych widoków i napojów informuję, że na górnych piętrach nowego Bałtyku znajduje się cocktail bar.

Bałtyk Tower - BCP 2018

Czemu nowego Bałtyku i co w ogóle robi Bałtyk w połowie drogi nad morze z Opola? Otóż do 2002 roku mieściło się tutaj kino, a kina mogą nazywać się jak chcą  – to akurat nazywało się Bałtyk. Wpisało się w historię Poznania nie tylko kształceniem pokoleń Wielkopolan kolejnymi dziełami kinematografii, ale również rozbiórką i faktem, że na jego gruzach powstał Sheraton, o cokolwiek kontrowersyjnej bryle. Dopiero w tym roku przykrył go wspomniany Bałtyk Tower, zbierający na mieście skrajne recenzje – mi podoba się z każdej strony. Warto zajrzeć na fotogeniczny dziedziniec za wieżowcem, bo znajduje się tam odrestaurowana perełka – budynek zwany Concordią – niegdyś drukarnia, a obecnie centrum designu.

 

Obok Bałtyku znajduje się najbardziej chyba znany punkt komunikacyjny w Poznaniu – rondo Kaponiera. I wbrew obiegowej opinii nie było nigdy żadnego Ryszarda czy Stanisława Kaponiera, od nazwiska którego wzięła się nazwa ronda. Tajemnicze słowo na “K” to rodzaj budowli fortyfikacyjnej, a Poznań to miasto-twierdza, o czym więcej w następnym odcinku.

 

Jeżyce złą sławą owiane

Na wysokości Kaponiery wchodzimy na ulicę Zwierzyniecką, która kończy z poznańską tradycją tajemniczych i nielogicznych (Bałtyk!) nazw. Ulica jest Zwierzyniecka, to i prowadzi nas wprost do zwierząt, a konkretnie do Starego Zoo. Wstydliwy fakt o mnie? W letnie dni chętnie nadrabiam drogi wracając do domu rowerem, tak żeby przejeżdżać koło ogrodu zoologicznego bo jego zapach to moja mała wieś w środku miasta. Obecnie znajdują się tam zwierzęta “familijne” i takie, które dobrze się czują w mniejszych zagrodach. Zwiedzać warto częściowo dla aspektu zwierzęcego, a być może jeszcze bardziej dla niezwykłych zabudowań jakie zostały po czasach kiedy na terenie tego małego parku mieszkały egzotyczne stworzenia. Teraz na szczęście mają mnóstwo hektarów do wybiegania się na terenie tzw. Nowego Zoo, więc my możemy z lżejszym sercem oglądać nieco upiorne opustoszałe woliery i groty w centrum miasta.

Ach, jest jeszcze miejska legenda! Mówi się, że Stare Zoo nie zostało całkowicie zlikwidowane po wybudowaniu nowocześniejszego ogrodu zoologicznego, ponieważ na terenie/pod terenem starego parku mieszkają tysiące (w ekstremalnej wersji miliony) szczurów, które w przypadku pierwszego ruchu koparką opanują miasto i wszyscy umrzemy. A wy myśleliście, że w Poznaniu mamy nudno, głuptaski wy!

Zaniepokojonych uspokajam – Stare Zoo potrzebne jest Poznaniowi, bo to jedna z nielicznych plam zieleni na Jeżycach, dzielnicy, która rozciąga się na północny zachód od Targów Poznańskich. A jeśli niepokój nie zmalał, a raczej wzrósł, to zupełnie słusznie – w końcu mówimy o tych słynnych Jeżycach!

Oddajmy głos poecie:

Ta dzielnica aż kipi żądzą nienawiści

Zapchane rynsztoki, krew płynie kanałami
(…)

Podrapane kamienice, zarzygane bramy

Okradzione samochody nie wychodzą z mody
(…)

Bo to Bronx, to Bronx inaczej Jeżyce

Jesteś cwaniakiem, spróbuj znaleźć tu dziewice

 

Och te Jeżyce, mówię wam! Rzeczywiście, na ulicy Szamarzewskiego znajduje się jeszcze brama ze słynnym napisem Na ch•j się patrzysz, którą fani polskich filmów dokumentalnych rozpoznają z głośnych niegdyś Blokersów. Ale wiele przemawia za tym, że to jeden z niewielu reliktów niechlubnej przeszłości tej dzielnicy. W końcu sam autor słów cytowanych powyżej jest teraz powszechnie lubianym uczestnikiem telewizyjnego reality show.

Powtarzane przy każdej możliwej okazji powiedzenie mówi, że dzisiaj na Jeżycach łatwiej dostać humus niż w pie*dol. I rzeczywiście – to dzielnica absolutnej kulinarnej rozpusty. Ale zanim dojdziecie do zagłębia poznańskich hipsterskich knajpek, koniecznie zwróćcie uwagę na jedne z piękniejszych okolic w Poznaniu – zacienioną ulicę Gajową, secesję na Słowackiego i Jackowskiego, czy “mały Paryż” na placyku przy Asnyka. Uwielbiam spacerować Jeżycami (i Łazarzem, ale to w drugiej części tekstu), a Jeżyce późną wiosną to jest wybuchowa mieszanka pięknych kamienic, pięknych zachodów słońca no i pięknego zapachu jedzenia, bo przecież na ogół przychodzę tu jeść, czego i wam życzę.

Co zjeść? A to zależy co lubicie.   

Jeśli mięso, to trudno znaleźć coś lepszego niż Kraft (Słowackiego), gdzie dają tak uczciwą kuchnię, że za każdym razem czuję się jak u znajomych na obiedzie. Ale takich znajomych co naprawdę dobrze gotują. Poznańską i jeżycką legendą jest też kebab-premium – Kraszkebab (Kraszewskiego) – koniecznie spróbujcie wersji ze świeżą miętą i koniecznie przygotujcie się na kolejkę.

Być może jednak najbardziej ucieszycie się z kulinarnych Jeżyc jeśli kochacie kuchnię roślinną. W takiej właśnie specjalizuje się Wypas (Jackowskiego) gdzie można spróbować wegańskiej wersji znanych dań z całego świata. Protip – warto wybrać talerz japoński, który przeszedł już do legendy. Na Wawrzyniaka czeka na was wegańska Falla ze świetnymi bliskowschodnimi daniami (no i tym humusem, o który w okolicy według powiedzonka nietrudno).  

Jeśli dalsze spacery w celach kulinarnych wam nie w smak (hehe), to niedaleko Targów, na ulicy Mickiewicza, czeka was mini zagłębie kulinarne przednówka Jeżyc. Jest tam Południe, znajdujące się nad Manekinem, do którego zawsze stoi ogonek ludzi, którzy nie wiedzą, że na piętrze dają jeść o niebo lepiej, a do tego można potańczyć tango! Tuż za skrzyżowaniem z Dąbrowskiego znajduje się Modra Kuchnia, gdzie można zjeść po polsku i po poznańsku, ale z nowoczesnym smakiem. Macie ochotę na kawę i słodkie? Brisman, na skrzyżowaniu Mickiewicza i Dąbrowskiego powinien zaspokoić obie potrzeby, w razie czego tuż obok są solidne Pączki w Maśle.

Jeśli jednak macie ochotę na jeszcze dogłębniejsze smakowe zwiedzanie Jeżyc to w okolicach Kościelnej czekają na was street foodowe atrakcje. Na obiad pizza ze Sztosa lub wypasiona zapieksa z Bufetu. Na deser porcja lodów z Wytwórni Lodów Tradycyjnych (uwaga na kolejki!). Na wynos pycha pieczywo z Zakwasu. W okolicy parkuje jeszcze sporo innych food trucków – przy dobrej pogodzie to idealne miejsce na spacer i jedzenie.

 

Małż z kosmosu

Po jeżyckim spacerze i jedzeniu warto przebić się na drugą stronę Grunwaldzkiej, aby kontynuować dzisiejszą pętelkę (bo pętla to dopiero będzie w kolejnym odcinku). Polecam przebijać się na wysokości ulic Ułańskiej i Wojskowej żeby zobaczyć dawne koszary przekształcone na kompleks mieszkaniowo-hotelowo-prestiżowy. Czerwona cegła jest przyjemna w odbiorze i stanowi dobry wstęp do obiektu zupełnie nie z tej ziemi czyli Areny.

Arena - BCP 2018

Nie z tej ziemi, bo kto na tej ziemi widział dziecko spodka, małża i namiotu cyrkowego? Arena przypomina je wszystkie, a do tego, wspaniale góruje nad parkiem Kasprowicza – ponura szarość i migoczący zielony napis na górze. Powstała w połowie lat 70-tych, ale do teraz “ma co robić” – sądząc po natężeniu fatalnie zaparkowanych samochodów w okolicy, imprezy odbywają się w niej regularnie.

Przy Arenie należy obrócić się na pięcie i rozpocząć spacer w kierunku Targów. Spacer odbędzie się przez Łazarz, odżywającą w ostatnich latach dzielnicę. W niektórych miejscach straszyła ona podobnie jak Jeżyce, ale nie miała wieszcza na miarę Ryszarda, więc nikt odpowiedniej mitologii w kulturze popularnej nie zbudował.

 

Trafiamy w sam środek “terenu Johowa” (Johow-Gelände), czyli osiedla powstałego na przełomie XIX i XX wieku. Wolnego miejsca było wtedy sporo – rozebrano okoliczne fortyfikacje i można było wyznaczyć granice nowych ulic. Dzisiejsze ulice Wyspiańskiego, Chełmońskiego, Matejki czy Grottgera (tak, na Jeżycach są pisarze – na Łazarzu malarze) zabudowane zostały kamienicami według tego samego konceptu. Cztery kondygnacje, na każdej dwa mieszkania (na poddaszu jedno), w każdym mieszkaniu od 6 do 12 pokoi (!). Zunifikowana konstrukcja kamienic w środku nie oznaczała, że na zewnątrz też miały prezentować się tak samo. Rzeczywiście, spacer tą okolicą to niezłe zadanie dla każdego entuzjasty architektury – mnogość nawiązań i smaczków jest oszałamiająca. Nie sposób też pozbyć się wrażenia, że to kolejny mały Paryż w tym mieście.

Spacer po Łazarzu z zadartą głową to obowiązkowy punkt programu mojej wycieczki, a teraz czas na obiekt, który był obowiązkowym punktem programu każdej wycieczki szkolnej. Ręka w górę, kto ma zdjęcie z klasą z Palmiarni? Ja mam, z sadzawką na pierwszym planie.

 

#UrbanJungle po poznańsku

Teren, na którym znajduje się palmiarnia już od samego początku był ogrodem botanicznym, a niedługo później powstały pierwsze zabudowania palmiarni. Na jej rozwój, podobnie jak całej tej części miasta wpłynęło zorganizowanie Powszechnej Wystawy Krajowej, o której czytaliście już w kontekście Targów. Dzisiaj składa się z kilku pawilonów pozwalających przespacerować się przez różne strefy klimatyczne – dzięki wysokiej temperaturze cudownie zwiedza się ją zimą, ale przez pozostałe części roku też można odczuć różnicę w tropikalnym powietrzu.

Palmiarnia - BCP 2018

Dlaczego warto? Po pierwsze dlatego, że to niesamowity budynek i niesamowity zbiór roślin (to największa palmiarnia w Polsce). Drugi powód? W erze trendu na wszystko co zielone, #monstery i sukulenty, pobyt wśród takiej kolekcji egzotycznych roślin to prawdziwe instapolowanie. A jeśli ktoś chce również wypić kawkę w pięknych okolicznościach przyrody – w budynku znajduje się też kawiarnia. Kiedy byłam w niej ostatnio, kilka miesięcy temu, można było obserwować podróże… mrówek wyeksponowanych w specjalnych pleksi-rurkach. I może zabrzmi to jak antyreklama miejsca, gdzie główne wrażenie powinno robić siedemnaście tysięcy roślin, ale mrówki w rurkach przenoszące listki to było naprawdę coś.

Palmiarnia znajduje się w parku Wilsona, nazwanego tak na cześć prezydenta USA z okazji 150-lecia amerykańskiej niepodległości, co możemy chyba uznać za najbardziej losowy patronat w historii zieleni miejskiej. Park może wzbudzić w was poczucie bycia nie do końca precyzyjnie zaplanowanym, co nie licuje z poznańskimi standardami – spieszę więc z wyjaśnieniami. Otóż park jest rozmyślnie podzielony na dwie części. Pierwsza, ta sąsiadująca z Palmiarnią, zaprojektowana jest w stylu francuskim, z symetrycznym układem i równymi alejkami. Druga część parku, wychodząca na ulicę Głogowską, jest przedstawicielem stylu angielskiego. Jego założeniem było jak najlepsze oddanie natury, oczywiście z tej romantycznej strony. Stąd nieregularne ścieżki, oczka wodne, pomosty, a nawet mini wodospad wypływający z formacji skalnej.

Z Parku Wilsona wychodzimy wprost na Głogowską, jedną z najdłuższych ulic w Poznaniu, chociaż co dowcipniejszy tubylec powie, że najdłuższa to jest u nas ulica Młyńska, bo można z niej i przez ładnych parę lat nie wyjść. Na kolejne prelekcje w ramach BCP 2018 macie stąd jakieś 10 minut spacerem.

Halo, halo! Dawno, nie było nic o jedzeniu! W okolicy Areny jest kilka premium miejscówek (wartych swoich cen!) – wyśmienite sushi w Kyokai i steki w Evil Steakhouse. Ale z mojego doświadczenia wynika, że Łazarz słodkim stoi. Po najlepsze pączki w mieście (mój ulubiony to ten z czerwoną porzeczką) zajrzyjcie do Pączusia i Kawusi przy Rynku Łazarskim. Ą ę desery pasujące do paryskich kamienic znajdziecie w instaprzyjaznym Parle Patisserie (Grunwaldzka). Najczęściej jednak zaglądam do dziewczyn z Podwieczorka (Chełmońskiego) gdzie oprócz bezglutenowego pieczywa kupuję też pyszne (i zdrowe) desery. Tort z fasoli, który smakuje jak z najlepszej cukierni? A pewnie!

 

Do zobaczenia na BCP 2018!

Dzisiejsza mini pętla po zachodniej części Poznania zakończona. Za kilka dni na blogu pojawi się kolejna część – w niej zwiedzimy poznańskie Stare Miasto oraz jeszcze starsze od niego dzielnice. Informacji o nowym poście szukajcie na fanpage.

Jako, że moją specjalnością są historie pisane przede wszystkim słowem, stworzenie dokumentacji fotograficznej będzie zadaniem dla chętnych już w trakcie konferencyjnego-weekendu. Jeśli traficie do jakiejś lokalizacji po przeczytaniu tego przewodnika, oznaczcie to #rychtygmiejsce na swoich socialach, będę wypatrywać poznańskich spacerowiczów. No i oczywiście odzywajcie się w komentarzach czy przez media społecznościowe – będę uczestniczyć w konferencji i chciałabym poznać jak najwięcej blogerskich kolegów i koleżanek po fachu. To z kim się widzę w Poznaniu?

Ilustracje do tekstu stworzyła niezastąpiona Nauczona

You Might Also Like...

9 komentarzy

  • Reply
    Places and Plants Blog
    15 kwietnia 2018 at 11:06

    Dzięki, świetnie się czytało – fajnie historie i ciekawostki. Wcjągająco i z poczuciem humoru, najlepiej! Czekam na tom 2 🙂

  • Reply
    Po prostu MAMA
    15 kwietnia 2018 at 11:31

    Aniu to może wspólny spacer dla chcących poznać Poznań? W piątek przed chętnie poczłapię i podpatrzę! Chętnie przybiję z Tobą 5 na BCP2018!

    • Reply
      Ania
      15 kwietnia 2018 at 11:44

      Kinga, dziękuję za komentarz! W piątek raczej nie będę dostępna aż do późnego wieczora, ale w sobotę/niedzielę chętnie pospaceruję!

  • Reply
    Rykoszetka, blog o życiu w mieście
    15 kwietnia 2018 at 16:11

    Pięknie przygotowany wpis! Oby trafił do jak największej liczby przybywających 🙂 Sama jeszcze nie wiem do końca, czy przyjadę na BCP, chociaż się dostałam, ale może będę miała inne zajęcie na ten weekend 😀

    • Reply
      Ania
      17 kwietnia 2018 at 08:40

      Dziekuję za komentarz Ewa 🙂 Mam nadzieję, że jednak do zobaczenia w weekend 🙂

  • Reply
    talarkowa
    17 kwietnia 2018 at 13:54

    Zgadzam się – mamy przerąbane, bo mało kto ma Poznań na swojej liście miejsc do odwiedzenia. I dlatego takie wydarzenia się nam przydają, i takie (nie)przewodniki 🙂 Czekam z niecierpliwością na spacer po drugiej stronie Poznania 🙂

  • Reply
    Macbre
    17 kwietnia 2018 at 21:16

    Brawo 🙂 Ciekawie napisany krótki przewodnik po moim rodzinnym mieście, lekko i z humorem. Na początku wkradł się jednak mały błąd – Poznań ma festiwal pyry – to coroczne Dni Pyrlandii.

    • Reply
      Ania
      18 kwietnia 2018 at 16:41

      Oho! To oznacza, że oficjalnie dobiliśmy do poziomu fajności Posen w Michigan 😉 Dzięki za czujność i miłe słowa :))

  • Reply
    Asia
    19 kwietnia 2018 at 08:05

    Świetne: tekst i oprawa graficzna 🙂

Leave a Reply