Prenumerata New Yorkera
Książki Z głową

Prenumerata New Yorkera – czy warto?

New Yorker, a właściwie The New Yorker, to amerykański magazyn, który słynie z połączenia reportaży, opowiadań, komentarzy politycznych i… satyrycznych komiksów. Niby to magazyn lokalny, nowojorski, ale można go prenumerować na całym świecie – dociera również do Polski. Kiedy tylko się o tym dowiedziałam, pewne było, że zamówienie chociaż kilku egzemplarzy to tylko kwestia czasu.

Wszystko dlatego, że czytanie prasy to dla mnie maksymalnie relaksujące zajęcie – magazyny można przeglądać, wybierać poszczególne artykuły, czytać od początku, od końca i od środka. Książki z kolei czytam w trybie sportowym: na czas i aż uzyskam satysfakcjonującą liczbę minut dziennie. No i jestem zbyt dużą niezdarą żeby korzystać z czytnika w trakcie kąpieli. Pomoczona gazeta nie łamie mi serca.

Jeszcze innym powodem było to, że chciałam zasmakować luksusu czytania naprawdę dobrych treści, bo z tego, moim zdaniem, New Yorker słynął. Kiedy więc czytałam kolejny dłuuugaśny reportaż w cyfrowym wydaniu magazynu, kliknęłam w banner informujący o możliwej prenumeracie i numerach trafiających wprost do mojej poznańskiej skrzynki pocztowej. Nie wiem jak to wygląda u nas, ale w moim wypadku, New Yorker bardzo szybko skumał, że trafił na podatny grunt i atakował mnie reklamami z kolejnymi promocjami, aż w końcu uległam. Trafiło na Black Friday (ten zeszłoroczny!) i zestaw 12 numerów kupiłam za 8 dolarów (z małą gwiazdką, ale o tym poniżej). Co zaskoczyło mnie pozytywnie, a co rozczarowało? I czy prenumerata New Yorkera to coś co rekomenduję każdemu? O tym przeczytacie w tym poście.


Prenumerata New Yorkera – czy to naprawdę działa?

Jakoś nikt nie chce mi uwierzyć kiedy mówię, że ja wpłaciłam trzydzieści złotych, a potem co tydzień dostawałam gazetkę prosto z Ameryki. I tak dwanaście razy. A jednak. Wszystko zadziałało bez zarzutu, chociaż kolejne numery, co zrozumiałe, przychodziły do mnie z lekkim poślizgiem. Zafoliowane, niezniszczone, naprawdę nie mogłam się do niczego przyczepić, no chyba, że do tej nieszczęsnej folii. Pamiętam o niej szczególnie dlatego, że kilka numerów mam ciągle jeszcze nieodpakowanych, a wszystko dlatego, że… to było strasznie dużo czytania.

 

Dużo treści na tydzień

A owszem, New Yorker może nie wygląda jak szczególnie tęga pozycja, ale na przeczytanie jej od deski do deski potrzeba dużo czasu. Treści tu mnóstwo, do tego zapisanej bardzo drobnym drukiem – dla mojego komfortu nieco zbyt drobnym, ale ja uzbierałam w dyskoncie już wszystkie pluszaki z gangu dioptrii więc na mnie nie patrzcie.

Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część z tego tłumu treści może się okazać zupełnie nieprzydatna mieszkańcom Warszawy, Poznania czy Chorzowa, bo traktuje o Nowym Jorku w sposób dość dosłowny. Chodzi o recenzje sztuk, restauracji, wystaw – wszystkiego tego czego u nas nie ma, chyba, że w Chorzowie trochę jest, nie byłam! Oczywiście czytanie tego typu treści ma też swój urok, zwłaszcza dla tych, którzy mają już otwartą listę miejsc z pączkami, które w USA muszą odwiedzić (być może to ja, a może pytam za kolegę). Ale, ale! Oprócz tekstów zorientowanych lokalnie, jest całe mnóstwo innego czytania. A o czym konkretnie?

  • O polityce – na to możecie stawiać w ciemno. Będzie o Trumpie, o Rosji, o Trumpie w związku z Rosją etc.
  • O polityce międzynarodowej – przynajmniej z nowojorskiego punktu widzenia. Czy tylko mi się wydaje, czy teraz wszystko jest o Ameryce Południowej?
  • O sztuce – profile twórców, raczej tych mniej znanych, ale proszę wziąć pod uwagę, że jak ja chodziłam do szkoły, to nie było jeszcze przedmiotu “Sztuka”, tylko była “Plastyka”, a ja miałam z niej czwórkę. Mhm, czwórkę, wiem.
  • O Americanie – czyli o wszystkim co jest nieodłącznie amerykańskie w kulturze i społeczeństwie.
  • O technologii – startupy, roboty i sztuczna inteligencja, ale w sosie z głębokiego humanizmu.

Są też opowiadania, poezja i bardzo dla New Yorkera charakterystyczne, satyryczne obrazki. I w tej kolejności bym uporządkowała ich atrakcyjność – ale wiem, że śmieszne rysunki też mają swoich fanów.

 

Prenumerata New Yorkera – sposób na naukę angielskiego?

Po raz pierwszy z artykułami New Yorkerowymi spotkałam się na studiach – tych anglistycznych. Nic to dziwnego, bo jeśli szukacie treści naszpikowanych ciekawymi słowami i pięknymi zdaniami to this is it jak to mówią nawet ci mniej wyrafinowani językowo. W New Yorkerze, właściwie w każdym tekście, można trafić na pisarskie i językowe perełki. Dowód? Wygooglowałam (hehe, bo będzie akurat o twórcach słynnej wyszukiwarki) pierwszy lepszy tekst o technologii, proszę bardzo oto przykładowy akapit o tym jak dwaj panowie w Google szukali przyczyny błędu:

Programmers sometimes conceptualize their software as a structure of layers ranging from the user interface, at the top, down through increasingly fundamental strata. To venture into the bottom of this structure, where the software meets the hardware, is to turn away from the Platonic order of code and toward the elemental universe of electricity and silicon on which it depends. On their fifth day in the war room, Jeff and Sanjay began to suspect that the problem they were looking for was not logical but physical. They converted the jumbled index file to its rawest form of representation: binary code. They wanted to see what their machines were seeing.

On Sanjay’s monitor, a thick column of 1s and 0s appeared, each row representing an indexed word. Sanjay pointed: a digit that should have been a 0 was a 1. When Jeff and Sanjay put all the missorted words together, they saw a pattern—the same sort of glitch in every word. Their machines’ memory chips had somehow been corrupted.

(Resztę tekstu znajdziecie tutaj – The friendship that made Google huge)

 

I co, czyta się jak dobry kryminał, nie? To zresztą świetny cytat na pokazanie tego w jaki sposób magazyn traktuje technologie. Jest system binarny, owszem, ale jest też Platon, no i jest też piękna mnoga wersja słowa warstwa czyli strata. Humaniści mdleją z zachwytu, programiści z trwogi, a obie grupy nie są zbiorem rozłącznym więc mdleć z zachwytu i trwogi też można.

Powyższy fragment pokazuje też, że jeśli chodzi o poziom angielskiego, to raczkujący entuzjasta może się tylko zniechęcić. Wiem – są tacy co zalecają wielogodzinne sesje ze słownikiem nad trudnymi tekstami, ale ja zaczynałam od oglądania reklam na Eurosporcie i do New Yorkera też doszłam, więc hej – da się i tak.

 

Co mnie rozczarowało?

Wyobrażacie sobie być może moją ekscytację kiedy pierwszy raz wyciągnęłam ze skrzynki paczuszkę z Ameryki, a moim oczom ukazała się któraś z pięknych ilustracyjnych okładek New Yorkera. Wszystko fajnie, tylko, że moim palcom ukazała się z kolei… bibuła. New Yorker jest wydany na naprawdę cieniutkim i ciemniutkim papierze – dodajmy do tego malutki druk i prysk! – tak właśnie prysł cały mój misterny plan na czytanie w wannie. Komfortowo lekturę dało się konsumować jedynie w dobrym świetle i z twarzą przy gazecie.

Magazyn nieco też zawodzi w kategorii Luksus. Owszem, treści jak to się mówi “dowożą”, ale cały efekt psuje mnóstwo reklam, drobnych ogłoszeń i innych przeszkadzajek, które do nosowej ligi ą ę nijak się mają.

Remedium na oba problemy? Wykupienie prenumeraty cyfrowej – kosztuje jeszcze mniej (w promocji jakieś $6), a treści podane są w sposób nieporównywalnie bardziej estetyczny.   

 

Uwaga na drobny druczek!

Żeby nie było tak różowo i po taniości, to pamiętajcie o tym, żeby uważnie czytać warunki promocji.

Moja prenumerata wyniosła 8 dolarów za 12 numerów dostarczonych do mnie pocztą – to nieco ponad 2 złote za egzemplarz magazynu. Deal życia? Tak, ale jest haczyk. Po upływie promocji, subskrypcja automatycznie odnowi się – w moim przypadku zapłaciłabym z góry 139 dolarów za rok korzystania z prenumeraty. Tym samym, cena za jeden numer wzrasta do prawie 10 złotych. To nadal może nie być porażająca cena za mnóstwo treści, ale różnica jest zauważalna. Jeśli więc zdecydujecie się na okazyjną prenumeratę magazynu to pilnujecie terminu zakończenia promocji. Najlepiej też terminu kilka dni przed terminem zakończenia promocji, bo przerwanie subskrypcji wzbudziło u mnie kilka małych UXowych frustracji – wierzę, że ktoś mało zdeterminowany gotów będzie rzucić to wszystko w diabły i za dostęp do lektury z wysokiej półki zapłacić pełną cenę (o to zresztą w tym utrudnianiu chodzi, nie?). Mieli rok aby architekturę informacji poprawić – może to zrobili.

 

Polska alternatywa dla New Yorkera

Co jeśli przeczytaliście ten wpis i myślicie sobie, że nie chcecie czytać trudnych angielskich sówek? Albo czytać na bibule, albo czuć na karku oddech zbliżającego się terminu końca promocji?

No to ja się teraz z wami podzielę tym, że na szczęście rok temu powstało w Polsce Pismo godne przydomku “polskiego New Yorkera”. Pismo owo nazywa się Pismo i żart z poprzedniego zdania musiał powstać, no bo przecież. Ale zupełnie serio – pisałam entuzjastycznie o premierowej edycji tego miesięcznika o tutaj, a po dwunastu przeczytanych numerach ów entuzjazm cały czas utrzymuję. Jest mądrze (ale nie za mądrze), są świetne reportaże i wciągające opowiadania. No i rozmiar literek jakby bardziej rychtyg, dziękuję serdecznie.  

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    Krzysiek
    17 grudnia 2018 at 20:43

    Sądząc z ilości komentarzy, to miłośników New Yorkera raczej nie ma za dużo 😉 Chyba że się mylę i oni po prostu są w nim zaczytani i nie mają czasu na nic innego. Ja w każdym razie kiedyś, kiedyś dawno temu miałem przez chwilę taki kaprys, by podobną prenumeratę sobie sprawić (choć nie jestem pewien, czy to aby nie był NYT). Skończyło się na luźnym pomyśle. Teraz, kiedy o to niby łatwiej, to już nie mam ochoty. Raz, że jednak zbyt słaby ten mój angielski. I dwa, że aż tak bardzo te treści mnie nie interesują. No i trzy – mam tak duże zaległości z czytania/słuchania/oglądania, że to zwyczajnie nie miałoby sensu.
    Ale miło wiedzieć, że istnieje taka pasjonatka 🙂

Leave a Reply