Rychtyg życie

Czego nie zrobiłam przed trzydziestką?

Czternastego października, tuż po wiadomościach sportowych, skończyłam 30 lat. Jak to zazwyczaj się dzieje przy okazji takich wielkich przemian, nie wydarzyło się zupełnie nic niezwykłego, może oprócz tego, że śniły mi się obrączki i nieboszczyki, a kto to widział takie rzeczy śnić przed trzydziestką. Urodziny świętowałam w górach, w idealnej polsko-złotej-jesiennej aurze, w jaskini z misiem w nazwie i w schronisku górskim, w którym wymiziałam wszystkie dostępne psy. I to jest przepis na starzenie się idealne, ale ja dzisiaj nie o tym.

Dzisiaj będzie krótkie podsumowanie tego, czego nie zrobiłam przed trzydziestką – rozliczenie z życiowej bucket listy, ale niekoniecznie tej ze skokami spadochronowymi, bo takiej nigdy nie spisywałam. Spróbowałam zastanowić się jak wyobrażałam sobie trzydziestoletnią siebie kiedyś, co z tego stało się rzeczywistością, a co – i to będzie clue tego postu – nie wydarzyło się.

 

Nie odnalazłam zawodu marzeń

Od tego zaczynam, bo to jest ten jeden punkt, któremu chcę poświęcić więcej uwagi i w życiu i na blogu. Z tym zawodem marzeń to jest mam wrażenie w ogóle skomplikowana sprawa. Jedni mówią, że trzeba robić to co jest twoją pasją. Jedną z moich pasji jest haftowanie, ale wiem, że gdybym miała w ten sposób zarabiać na życie to znienawidziłabym i haftowanie i zarabianie, co pokazuje, że sprawa nie jest tak prosta jak po prostu zmonetyzowanie pierwszego lepszego hobby. Inni mówią, że praca właśnie nie powinna być szczególnie pasjonująca, tak żeby po szesnastej wracało się całkowicie i bez żalu do “życia”. Ale co kiedy ja lubię wciągnąć się w zadanie tak, że czas mija sam, a godziny nadliczbowe tylko robią pyk pyk pyk? Żebyście nie pomyśleli, że taki ze mnie pracownik miesiąca, to od razu uprzedzam, że kiedy nie mam ochoty to naprawdę nie mam ochoty.

Moja kariera zawodowa, to ciąg (głównie) szczęśliwych zbiegów okoliczności, “okien okazji” no i własnych decyzji. Czyli łupinka na wzburzonym oceanie, ale ze sterem, bo bez przesady. Pasażerka łupinki jest z obecnego stanu zadowolona, ale nie ukrywa, że port docelowy jest jeszcze kawałek stąd.

Szesnastoletnia Ania powiedziałaby wam, że kiedyś będzie komentować biathlon na Eurosporcie. Trzydziestoletnia Ania nadal jest na bieżąco z niezbędnymi statystykami, ale woli tłumaczyć ludziom czemu biathlon jest super i należy go oglądać. To przykład pokazujący, że im więcej mam lat, tym więcej rozumiem na temat moich zawodowych upodobań: że lubię grzebać w tematach, najlepiej w kilku różnych, że lubię stawiać pytania i zastanawiać się jaka jest na nie odpowiedź, że nic mnie tak nie cieszy jak to, kiedy ktoś mówi Ania, dziękuję, że napisałaś o tym filmie/ tej książce/ tej osobie, bardzo mi się to spodobało. Czy bycie zawodowym analizatorem. ciekawostkowiczem i rekomendowaczem to ambicja licująca z takim poważnym wiekiem? Nie wiem, ale mówię: sprawdzam. W niedalekiej przyszłości na blogu będę relacjonować różne eksperymenty jakie podejmuję po to, aby poznać lepiej siebie i skleić z tego zajęcie, które zadowoli nawet szesnastoletnią Anię.

 

Nie nauczyłam się kilku języków obcych

To mocno rozczarowujące, bo szło mi przecież całkiem dobrze i wydawać by się mogło, że przed trzydziestką to będę w stanie się dogadać na bardzo różne sposoby. Niestety, bez wstydu mówię jedynie po angielsku i rosyjsku (chociaż ten drugi powinnam zdecydowanie intensywniej odświeżać). Największym językowym wyrzutem sumienia jest francuski – 3 lata rozszerzonej nauki w liceum, semestr studiów w Paryżu, a ja do teraz mam wrażenie, że 2 zdania w języku Moliera brzmią jak jedno słowo, niekoniecznie długie. Podobnie jest z niemieckim, do którego czuję niewytłumaczalną sympatię i poczucie, że gdybym zaczęła uczyć się na poważnie to szprechałabym zupełnie zgrabnie. Pewnie dlatego, że kiedyś wyszłam na germańską sawantkę, która bez znajomości języka wytłumaczyła pani na niemieckim targu, że koleżanka prosi o pelargonien pflanzen. Ania-sawantka miała szczęście, bo na jej rodzinnej Krajnie na sadzonki mówi się właśnie flance i nie było w tym żadnej zasługi lingwistycznej, a jedynie zjawisko z cyklu: widać zabory.

Jakich języków chciałabym się jeszcze nauczyć? Czegoś skandynawskiego, żeby lepiej rozumieć najlepszych zimowych sportowców i najlepsze kryminalne seriale. Hiszpańskiego lub włoskiego, bo to takie słoneczne języki. Węgierskiego, bo w duszy jestem hipsterem, a poza tym o mało co nie wylądowałam na hungarystyce. Najwyraźniej muszę żyć jeszcze z 90 lat.

 

Nie przebiegłam maratonu

Ani półmaratonu, ani ćwierćmaratonu i w ogóle z królewskiego dystansu w ostatnich latach robiłam co najwyżej końcówkę – 2 kilometry i 195 metrów. Brak umiejętności biegania to mój mały kompleks. Od zawsze wiadomo było, że nie jestem stworzona do biegania szybkiego, kiedyś wspominałam już o moim życiowym wyczynie czyli zwycięstwie w wyścigu na 60 m w którejś tam klasie podstawówki. Nikt w domu nie uwierzył, aż nie wyjaśniłam, że konkurentki były tak z przodu, że jak się przewróciły, to ja spokojnie zdążyłam je przeskoczyć i dobiec do mety jako pierwsza. Więc nie, sprinterką nie byłam i nigdy o tym nie marzyłam. Ale bardzo lubiłam truchtać, a bieganie kółeczek po sali na w-fie to był mój ulubiony moment rozgrzewki. I co się stało? Ano gdzieś na początku studiów zapomniałam jak się oddycha przy bieganiu. Od tej pory wszystko co przemyka mi przez głowę w trakcie nawet spokojnej przebieżki to tracisz oddech, nie masz siły, zaraz się udusisz, zatrzymaj się. A szkoda, bo bardzo chciałabym przebiec jakiś spokojny dorosły bieg, choćby na 5 kilometrów (można mieć 30tkę na karku, ale potrzeba medali zawsze w człowieku pozostaje).

 

Nie polubiłam spędzania czasu w samotności

Jestem introwertyczką i dobrze rozumiem, że czasem najpiękniejsze co można zrobić, to zamknąć się na cztery spusty z książeczką, bądź całą drogę w tramwaju udawać, że nie widzi się dalekiego znajomego, bo droga tramwajem to czas na myślenie własne. A mimo to nie udało mi się przez te trzydzieści lat polubić dłuższego spędzania czasu z samą sobą. Na początku jest fajnie – jak wtedy kiedy możesz robić dwudziestokilometrowe spacery po obcym mieście (pozdrawiam Paryż!) i kiedy w spożywczaku kupujesz najdziwniejsze rzeczy, bo przecież nikomu innemu nie musi smakować, a potem i tak orientujesz się, że jest ciemna noc, a Ty, po wyjątkowo dziwacznej wycieczce po filmikach w internecie, wylądowałaś na materiale którego zdecydowanie nie powinno się oglądać samemu. Pewnie wypowiada się w nim Michał Fajbusiewicz, zawsze prędzej czy później trafiam na którąś z wariacji 997.

Nie ciągnie mnie do dalekich podróży w pojedynkę, nie lubię zostawać sama w domu na dłużej niż weekend. Czy to dziwne? Pewnie nie, ale z drugiej strony komfortowe spędzanie czasu w samotności zawsze było dla mnie oznaką gotowości do podróży w głąb siebie (chyba czytałam za dużo o ludziach, którzy rzucili wszystko i samotnie przemierzali Amerykę) więc może jakaś introwycieczka mnie jednak omija.

 

Nie nauczyłam się gotować

Czy może bardziej nie polubiłam gotowania – z nożem przy żołądku zrobiłabym pewnie i steka i jajko w koszulce, więc niekoniecznie o umiejętności tu chodzi. Bycie trzydziestolatkiem (męskim i damskim, to z płcią akurat nie ma nic wspólnego) zawsze kojarzyło mi się z tym, że z przyjemnością tworzy się wielopiętrowe kompozycje smakowe i czasochłonne dania. Nic bardziej mylnego, moi drodzy! Bycie trzydziestolatką to nadal miłość do jak najprostszych rozwiązań (pomidorówka z koncentratu z żółtym serem wygrywa rankingi) i dań, które pozwalają na w miarę swobodne konsumowanie lektury w czasie gotowania (wszelkiej maści placki z patelni!). Za krojenie warzyw zabieram się wyłącznie wtedy, kiedy mam w zanadrzu ciekawy podcast. A najlepiej to już w ogóle stołować się u utalentowanego kulinarnie konkubenta. O ile jedzenie to przyjemność, to przygotowywanie posiłków to raczej przykry obowiązek, co zdecydowanie ogranicza mój zapał do nauki kulinarnych sztuczek.

 

Nie wybudowałam pomnika

Takiego wiecie, ze spiżu. Jeszcze kilka lat temu byłabym skłonna zakładać się o rękę, że do trzydziestki będę miała na koncie jakąś książkę, albo scenariusz, albo chociaż doktorat. No i nie miałabym – ani ręki ani spiżowego pomnika. Chyba, że liczymy dzieła, o których pomyślałam – tych to już by się trochę nazbierało, problem jest w przelaniu ich na papier lub ekran, zwłaszcza ten od nowych Maców, bo na Retinie puste białe kartki widać jeszcze wyraźniej. Pocieszam się tym, że przecież piszę posty na blogu, to i dłuższą formę bym mogła. Bym. Mogła. Do trzydziestki jedynki może. Trzymajcie kciuki, niekoniecznie za publikację czegokolwiek – zadowolona będę nawet z wypchanej szuflady, bo póki co zapełniam wyłącznie szufladki mentalne.

 

Nie nauczyłam się pachnieć

Tak jak wzrok i słuch u mnie raczej przeciętno-słabe, to powonienie mam wspaniałe. Zaleta tego stanu rzeczy: mam bogaty album miłych wspomnień zapachowych. Wada tego stanu rzeczy: mam równie bogaty zapach złych wspomnień zapachowych i aromatycznych skojarzeń. Co za tym idzie, jestem prawdziwym wrzodem na nosie jeśli chodzi o zapach szklanek i talerzy, trudno mi się chodzi pod drzewami w deszczowy dzień (woda + ptasie odchody to najgorsza kombinacja), a z plastikowych torebek w niektórych hipermarketach zrezygnowałam zanim to było modne, bo zajeżdżały mi zgniłymi grzybami – to ostatnie z korzyścią dla Planety-Matki przynajmniej. Na karb swojego czułego nosa składam też fakt, że przez trzy dekady życia nie polubiłam się z żadnymi perfumami na tyle żeby nimi codziennie pachnieć. Najpiękniejszy zapach po kilku tygodniach pachnie mi czymś nieładnym i nie jest to wcale wina nadmiernego dozowania. O nie, nie – spytajcie ludzi, którzy podarowali mi kiedyś jakiś zapach, a potem myśleli, że ja prezentu w ogóle nie używam. Używam, ale pół psiknięcia to i tak intensywne skropienie się.

Czy jest czego żałować? Pewnie nieszczególnie, ale posiadanie jednego lub kilku “swoich” perfum wydawało mi się kiedyś częścią tożsamości dorosłego człowieka. Moje dorosłe zapachy to mgiełki do ciała, najczęściej o uniseksowych nutach. Na “wielkie wyjścia” wystarczają próbki jakie dostaje przy okazji zakupów, przynajmniej daje mi to okazje do ciągłych poszukiwań tego jedynego zapachu, który po tygodniu nie uprzykrzy się.

 

Nie poznałam “klasyki”

Powiem wam coś w sekrecie: widziałam może 3 filmy Wajdy – wliczając w to wycieczkę szkolną na Pana Tadeusza i 80% Powidoków bo włączyłam jak już trwało. Zagraniczna klasyka kina? Próbowałam, przysięgam! Na Erasmusie zapisałam się nawet na przedmiot dotyczący historii kina, ale po pierwszym z brzegu filmie Renoira (Moczary) odpadłam i nie dotrwałam nawet do Nowej Fali, a Nowa Fala gdyby była Anią, to miałaby już 60 lat więc wyobraźcie sobie jak mało klasyki udało mi się liznąć.

OK, już wiecie, że kino narodziło się dla mnie po 1990 roku – co z literaturą? Tutaj trochę ratuje mnie wykształcenie filologiczne, bo na oko jakieś 80% światowej klasyki literackiej to Dostojewski i Tołstoj, a pozostałe 20% dzielą Szekspir, Melville i Vonnegut. Ale pamiętam doskonale jak się licealnej Ani wydawało, że te wszystkie znane książki to ona zje na śniadanie – swoją drogą Śniadaniu mistrzów też nie podołałam – a tymczasem przed trzydziestką radośnie uznałam, że przecież wszystko już było i o wszystkim napisał Wielki Fiodor, mogę sobie bez wyrzutów czytać kryminały i raz na jakiś czas laureatów Man Booker Prize. Ten system sprawia, że z bieżącymi hitami jestem raczej zaznajomiona (chyba, że jakiś leży na stercie wstydu, o której wspominałam o tutaj), ale na nadrobienie Prousta chyba już nie ma co liczyć. Głupio? E tam, głupio zaraz. Może do czterdziestki się ogarnę.

 

Ot i proszę – to tylko niektóre rzeczy, których nie zrobiłam przed trzydziestką, rzeczy które pokazują jak bardzo różni się to od wyobrażeń sprzed lat. I nie chodzi wcale o to, że aspiracje leżą na bruku obok fortepianu Chopina. Bardziej o to, że mimo tego, że jestem na oko mniej mądra, mniej utytułowana, a już na pewno mniej rozbiegana niż by się kiedyś chciało, to jestem zupełnie, zupełnie z tego stanu zadowolona.

Jeśli więc masz dwadzieścia kilka lat i w panice zastanawiasz się co się stanie, jak licznik przekręci dwa na trzy to: nic się nie stanie. Nie czytaj samych mądrych książek jeśli masz ochotę na coś lekkiego. Nie zmuszaj się do pokochania samotnych spacerów w obcym mieście, jeśli czujesz się na nich jak każde dziecko z każdego filmu o zagubionych dzieciach. A jeśli jednak jakieś nieodhaczone aspiracje trochę uwierają, to posłuchaj starej ciotki, która pamięta czasy kiedy internet robił szrszr pipipipipi szrrrr zanim się połączył:

wypisz/wymaluj i działaj.

You Might Also Like...

5 komentarzy

  • Reply
    Travelling Milady
    10 listopada 2018 at 16:37

    Pięknie Ci się napisało. Ja również tak wiele nie zrobiłam, wliczając maraton i naukę języków, ale za to wylądowałam tam gdzie się nie spodziewałam i przeżyłam rzeczy o jakich nie śniłam. W życiu to chyba najmniej udało mi się zaplanować ot co 😉 Serdeczności dla Ciebie, wygląda na to, że całkiem Ci w tej 30stce wygodnie.

  • Reply
    Krzysiek
    11 listopada 2018 at 07:44

    Happy Birthday! С днём рождения! Sto lat!

    A ja to myślałem, że ta niezwykle uzdolniona mała Ania będzie seryjnie wygrywać te wszystkie Wielkie Gry i podobne konkursy. Albo zostanie niezwykle cenioną ekspertką od sportów wszelakich, zapraszaną na salony przy okazji Olimpiad czy innych mistrzostw, a na co dzień naczelną Przeglądu Sportowego. Albo… och, tyle jest możliwości przed wielce „pamiętliwą” i inteligentną osobą. Jak widać Ania miała inne plany 😉

    • Reply
      Ania
      16 listopada 2018 at 09:08

      Haha! Szkoda, że Wielką Grę anulowali zanim zdążyłam się zapisać 🙂

  • Reply
    Namysłowska 3
    30 listopada 2018 at 15:05

    Dobre podsumowanie. Tylko dlaczego ta trzydziestka jest granicą? 🙂

    • Reply
      Ania
      3 grudnia 2018 at 11:20

      Kiedy byłam od niej jeszcze hoho i kawałek to wydawało mi się, że to dobry moment na odcinanie pewnego etapu życia. Ale im bliżej jej było, tym mniej byłam do tego przekonana 😉

Leave a Reply