Podróże USA Roadtrip

Roadtrip po USA – początek

Jakiś czas przed wyjazdem konfigurowaliśmy ubezpieczenie podróżne i właśnie wtedy usłyszałam bardzo znamienny dialog:
– A ubezpieczenie od odwołanego lotu chcecie?
Nie no, lecimy Lufthansą.
I teraz można by zareagować na ten dialog z takim “hehehe” na przykład, ale po niemiecku bardziej by pasowało “höhöhö” i wierzcie lub nie, ale tak podobno można się po niemiecku zaśmiać. Ha!

A wszystko to jest śmieszne i ironiczne, bo my tak bardzo chcieliśmy do Stanów, a Stany nas przyjąć najwyraźniej dużo mniej.

Zaczęło się zgodnie z planem. Spakowaliśmy walizki, oddaliśmy jedynego dobrze rokującego kwiatka pod opiekę, dojechaliśmy na dworzec. Na dworcu w Poznaniu, naszym mieście od dekady, zdążyliśmy się zgubić, co może nie rokowało jakoś wyśmienicie, ale na tym samym zgubionym dworcu poznaliśmy ciocię Basię, która mogła się tak nie nazywać, ale z drugiej strony inaczej nazywać się nie powinna, bo była ciocią Basią. Ciocia Basia ma jakieś 65 lat, mieszka w Hamburgu i Stany zjeździła przy okazji wizyty rodziny, która wiadomo, za chlebem, zresztą kto za chlebem nie, bo Hamburg i w ogóle. Szybko zawiązała się między nami nić porozumienia i handel wymienny – my jej hyc walizki do pociągu i na półkę i z półki, a ona nam cenne porady i tłumaczenie symultaniczne ogłoszeń konduktorskich.

Ciocia Basia o USA: wrażenia wspaniałe, ale mieszkać tam bym nie mogła: wszystko takie duże, a klimat koszmar.

Jechaliśmy pociągiem w atmosferze, jak widać, iście szampańskiej, która została przerwana jednym smsem na wysokości Rzepina. Pisała Lufthansa, że cześć Ania, samolocik wasz poranny nie poleci, ale “dalsze instrukcje pojawią się wkrótce”. Cały sms brzmiał co najmniej jak wiadomość dla zawodników Azji Express czy innego Amazing Race’a, więc czuliśmy się zaopiekowani. Tymczasem instrukcje nie nadchodziły mimo, że my musieliśmy się już pożegnać z ciocią Basią i wyjść na berlińskim dworcu. Infolinia Lufthansy milczała, a my uznaliśmy, że najrozsądniej jest położyć się spać, nastawić budzik na co chwilę i oczekiwać tych upragnionych dalszych instrukcji. Nadeszły w okolicach czwartej rano. Zmiana planu: lecimy jednak Swiss Airem (półtora raza droższym, jak próbował pocieszać mnie Piotrek, po tym jak zorientowałam się, że lecimy jakimś malutkim Boeingiem, a nie dwupiętrowym Arbuzem). A do tego jeszcze przesiadka w Zurichu, a nie we Frankfurcie, gdzie czuję się swojsko, bo wiem, że linie są dobrze pomalowane. Humor poprawiało to, że nowa konfiguracja lotów startuje kilka godzin później, więc można jeszcze trochę pospać. Punkt dla Januszy turystyki.

Te kilka wyspanych godzin później ruszamy na Tegel, gdzie nasz samolot z logo PCK flagą Szwajcarii krąży już po lotnisku, ale nie zanosi się ani na szybki boarding, ani tym bardziej na start o czasie. Ostatecznie na pokład weszliśmy ponad pół godziny po planowanym odlocie, a z kokpitu pan Szwajcar niskim i neutralnym głosem poinformował nas, że pewnie jeszcze trochę zejdzie, bo jakieś papierki się nie zgadzają. Czy papierki powinny się na pokładzie zgadzać? No raczej! Czy byliśmy w wyśmienitych humorach wiedząc, że szansa na przesiadkę dramatycznie topnieje? No średnio. Koło nas siedziała ciocia Susan, która stanowiła dobrą odtrutkę na nasze zawiedzione nastroje. Otóż ciocia Susan jest z Florydy i w Berlinie tkwiła jakieś 4 doby w oczekiwaniu, że huragany zelżeją, jej dom ominą, a potem jeszcze pozwolą samolotom ruszyć w dalszą drogę. I chociaż mało rzeczy boli mnie tak jak zmienione plany i niedowiezione oczekiwania, to tym razem zdecydowanie wolałam, żeby to cioci Susan się udało.

Właśnie odjeżdża nasz samolot do SF - roadtrip po USA odłożony na 24 godziny
Mały spoiler – właśnie odjeżdża nasz samolot do SF.

Dziesięć minut przed lądowaniem na monitorkach pojawia się informacja dla aspirujących do wizyty w San Francisco – nie spieszcie się, zostaliście przebukowani. Trochę żyjemy nadzieją, że może polecimy wieczorem przez Nowy Jork, ale trochę spodziewamy się, że Szwajcaria chce nas udupić na kolejną dobę w mieście zegarków i, jak się okazuje, niepewnych rozkładów lotów. Jeszcze tylko podejście do lądowania, które zapewnia nam tyle atrakcji akrobatycznych, że, rozmawiając z równie mocno wystraszoną Susan, bezwiednie przechodzę na komunikację typu “we go USA, yes dream wow”. Rozstajemy się z nową ciocią z Ameryki przy wyjściu z samolotu – nas miły pan kieruje na potwierdzenie udupienia do okienka informacji, Susan jednak poleci na Florydę (z przesiadką na Islandii). Z naszej strony padło wtedy najszczersze “good for you” jakie paść może. Ale, ale dość o tym jakie mamy dobre serduszka, lepiej ponarzekać na linie lotnicze.

A narzekać w tej chwili nie za bardzo było na co, bo Szwajcarskie Powietrze zaopiekowało się nami jak przystoi na kraj, który nie może zaoferować darmowego roamingu, ale jednak bardzo się stara dobrze powitać gości. Dostaliśmy całą gromadkę talonów na rzeczy, a powiedzmy sobie jasno: możesz mieć dużo lat i poduszkę finansową zalecaną przez Michała Szafrańskiego, ale gratisiki cieszą zawsze. Najedzeni zestawem z Burger Kinga (skoro to nie Ameryka, to chociaż jedzenie w temacie) pojechaliśmy więc do hotelu podziwiać panoramę Alp.

Przymusowy przystanek w Zurichu

Swoją drogą żarcie z talonów (i własnej kieszeni trochę też), było bardzo pyszne, niekoniecznie to Burger Kingowe, ale późniejsze już tak.

W Zurichu żyjemy na talonach

Następnego dnia wszystkie znaki na ziemi wskazywały, że w końcu wybierzemy się do Ameryki, a wszystkie znaki na niebie zdawały uśmiechać się z pobłażaniem na te płonne nadzieje. Nie wiem jak nazywają się alpejskie chmurki, ale jeśli istnieje cumulonimbus to cumuloturbulens też może.

Podziwiam tych, którzy uwielbiają uczucie wywalonego żołądka i drgających powiek przy starcie samolotu. Ja nie przepadam, a sam start traktuję w kategoriach mocno mistycznych. Przy lądowaniu jestem skupiona i rozsądna, nawet kiedy w podskokach podchodzimy do pasa w Zurichu. Start z kolei, to chwila kiedy przy najmniejszym drgnięciu samolotu od razu zgadzam się w głowie na “spoko, giniemy”. Wspominam o tym, bo start w Szwajcarii to był taki start, że ledwo skończyło się pierwsze wciśnięcie w fotel, pilot zdążył tylko mruknąć “turbulences”, czego zresztą nie słyszałam, bo słuchałam najbardziej motywująco-amerykańskiej muzyki jaka istnieje, czyli soundtracku do Hamiltona.

Europa, kochanka Zeusa, za nic nie chciała nas z objęć wypuścić, ale jak tylko skończył się jej rejon żeglugi powietrznej, zrobiło się spokojnie i przyjemnie. I była Grenlandia z góry!

Grenlandia!

Przebukowali nas na sam tył samolotu więc było głośno i skocznie, ale zostawili nam miejsce przy oknie. Od często uczęszczanej drogi do toalety dzieliła mnie więc przeziębiona Karen z Kanady. Karen znieczuliła się w ciągu trzydziestu minut, obejrzała Baby Boss i zapadła w tak głęboki sen, że budzenie jej graniczyło z agresywną napaścią. Obudziła się na dobre dopiero, a jakże, nad Kanadą i zaczęła nam opowiadać co widzimy pod spodem. Kanada z lotu ptaka jeszcze bardziej rozbudziła moje pragnienie odwiedzenia tego kraju. Wiecie co mówią o tych górach co to wołają i trzeba iść.

Kanada!

Z każdym mijanym amerykańskim miasteczkiem było coraz słoneczniej, piękniej i bardziej podniośle (a to akurat ironiczne w kontekście podejścia do lądowania). Pan pilot zatoczył piękne koło nad Golden Gate wywołując zachwyt i lewej i prawej strony wycieczki. A potem, oddajmy Szwajcarom co szwajcarskie, wylądował wyjątkowo koronkowo. I wiecie lądowaliśmy nad tym San Francisco, świeciło to słońce, a ja w słuchawkach miałam przygotowaną na tę okazję czołówkę z Friday Night Lights. Bardziej kiczowato się nie dało – best time ever!

Prosto z podniosłych chwil trafiliśmy do przyziemnej kolejki dla tych, co mają promesę wizową, ale jeszcze nie wizę. Półtorej godziny później stanęliśmy przed panią, która z pokerowym wyrazem twarzy wysłuchała naszej historii o pracy w IT i przybiła odpowiednie pieczątki.

Największe rozczarowanie lotniska? Nie ma psów zwąchujących europejskie pożywienie, a ja w samolocie wywaliłam z 5 paczek wafli ryżowych.

Do naszej cygańskiej chatki (tłumaczenie wolne) mamy jak na ten kraj całkiem mało – raptem 40 minut z korkami, a przyjeżdża po nas Donna w Jeepie. Kumacie? Donna. Jak ta od Davida. W Jeepie. A potem uchyliła szyberdach i tłumaczyła jak dorwać okazyjne bilety na futbol. Nie mogło być bardziej amerykańsko. Na koniec dodam jeszcze tyle, że Donna była pod wrażeniem naszego researchu, dziękuję bardzo.

*Ani nasze nowe ciocie, ani prątkująca Karen nie nazywa się w rzeczywistości tak, jak napisałam. To znaczy, być może jednak tak, bo zdecydowanie na takie imiona wyglądały.
Następnym razem przeanalizujemy ile pięter i oddzielnych galaktyk ma San Francisco. Polecam miłośnikom topografii, astronomii oraz najlepszych pączków w najgorszych dzielnicach.

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    Krzysiek
    17 października 2017 at 23:47

    Höhöhö, świetnie się czyta, już czekam na część następną i oby nie ostatnią!

Leave a Reply