Podróże USA Roadtrip

Miłego San Diego! Moje nowe ulubione miejsce.

Tego wpisu mogło nie być, bo San Diego mogło nie być. To, że znalazło się na naszej trasie wynikło tylko z tego, że mieliśmy kilka dni “na zbyciu”, a okolice Los Angeles nie wydawały nam się tak spektakularne jak granica z Meksykiem.

I można kiwać głową nad naszym o-mało-co błędem, ale kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień i to wprost do Pacyfiku. Wiecie coś więcej o San Diego niż to, że jest granica i może jeszcze to, że jest znane zoo?

Wiele piszę o tym, że moja Ameryka to wypadkowa wyobrażeń uformowanych filmami, serialami czy grami komputerowymi. I San Diego nie jest żadnym wyjątkiem, bo dla licealnej Ani zaistniało w krzykliwej postaci programu Real World: San Diego, który mogłam bezkarnie oglądać po szkole, bo właśnie w okolicach 2005 roku do Krajenki dotarło MTV. Z całego programu pamiętam tylko tyle, że cały czas świeciło słońce, a bohaterowie pracowali na jakiejś łódce. A jak dla mnie upał + niestabilne podłoże to bardzo nieoptymalne warunki. Sami więc rozumiecie, że do San Diego mogłam być nieco uprzedzona. Na szczęście przyszło, zapewniło nam najbardziej wyluzowane 3 dni na naszej wycieczce i zostawiło nieprzemożone pragnienie powrotu.

Ale zanim San Diego nas w sobie rozkochało, musieliśmy tam jakoś dotrzeć. Sam dojazd z Wielkiego Kanionu to byłoby jakieś 9 godzin, postanowiliśmy więc skrócić ten dystans i przenocować “gdzieś po drodze”. Wiecie już zapewne (a jeśli nie, to możecie przeczytać tutaj), że mrozy w Wielkim Kanionie trochę nas wymęczyły, zachciało się więc nam luksusów. Przez luksusy mam na myśli kurortowe okolice Palm Springs, ale dzięki promocji na Booking.com i szczęściu Januszy, o którym więcej poniżej. Cóż – szampański styl życia na lemoniadowym budżecie.

Palm Desert (położony obok Palm Springs) to rzeczywiście jest kurort, a do tego kurort niezwykły. Po kilku godzinach jazdy prosto – trochę w prawo – prosto – trochę w lewo przez pustynię (nic i góry, helooł, mówiłam!), naszym oczom ukazała się ogromniasta dolina-oaza pełna zieleni, palemek i pól golfowych. Ach, no i wiecie co jeszcze się naszym oczom ukazało? Coachella! Wiele się mówiło o stylizacjach polskich blogerek, które Coachellę odwiedziły, więc ja uprzejmie donoszę, że miałam na sobie krótkie spodenki z Primarka i koszulkę od Pan Tu Nie Stał z niedźwiedziem brunatnym. Wszystko było ozdobione okruszkami z genialnych chipsów Kettle, a z tyłu samochodu znajdował się mętlik ciepłych ubrań zrzucanych po drodze, bo w ciągu kilku godzin podróży temperatura podniosła się o jakieś 32 stopnie Celsjusza i prawie 60 stopni Fahrenheita! O ciepłych ubraniach z tyłu samochodu wspominam, bo to jeszcze będzie istotne (dum dum dum!).

Palm Desert

O tak było ciepło! I takie były palmy!

Minęliśmy Coachellę, minęliśmy Indian Wells (tak, to Indian Wells od turnieju tenisowego, a ja ciągle w klapkach z Primaniego) i wjechaliśmy do Palm Desert. Pierwsze co zrobiliśmy w nowo odkrytym luksusowym życiu, to wjechaliśmy na posiłek za $5,80 do kultowej sieci burgerowni In-n-out. O tym jak smakują słynne burgery i czy dwoje wstydziochów odważyło się poprosić kasjera o pozycje z “secret menu” dowiecie się w poście poświęconym amerykańskiemu jedzeniu.

Ok, czas na wyjaśnienie jak się spędza kurortowe wakacje w rychtyg stylu. Krok pierwszy – przeszukanie Bookingu, który dostarczył nam sporo promocyjnych ofert w tym wyludnionym pod koniec września miejscu. Krok drugi – porównywanie ofert pod względem benefitów jedzeniowo-towarzyskich. No bo wiecie, łóżko jest łóżkiem o ile pod materacem nic się nie rozkłada to łóżko zawsze będzie upgradem w stosunku do bagażnika, w którym spędziłam większość poprzedniego tygodnia. Podobnie sprawa wygląda z innymi klasycznymi elementami hotelowo-motelowymi. To, czym chciały zdobyć nasze serce niektóre miejscówki na trasie to tak zwane “Complimentary Drinks” czy “Wine and cheese evenings”. O co chodzi? To takie wieczorki zapoznawcze dla gości, trwające najczęściej 2-3 godziny. Jest jedzenie (zazwyczaj przekąski), jest alkohol, jest nadzieja, że goście zostaną już w barze i wydadzą tam wszystkie swoje oszczędności, a potem jeszcze najlepiej jakby nie zarzygali windy.

Czy rzeczywiście wybieraliśmy miejscówkę do spania patrząc na to czy dane miejsce oferuje krakersy i wino w plastiku? Nie, ale piszę o tym, bo w Palm Desert ubiliśmy trochę przypadkowo naprawdę dobry interes. Po pierwsze, znaleźliśmy dość spektakularne miejsce, które wyglądało jakby ledwo przestało służyć jako plan latynoskiej telenoweli. Po drugie, te przekąski dla chętnych to był regularny posiłek, a drinki dla chętnych to było dobre wino i to w szkle! Swoją drogą, śniadanie też było pyszne. W cenie noclegu mieliśmy więc nocleg, dwa duże posiłki i drineczki, luks.

Palm Desert

Była to niedziela, a co się robi w niedzielę? W niedzielę się ogląda futbol, tym razem w towarzystwie barmana, który służył ciekawostkami i pomocą w rozwijaniu zawiłości taktycznych, ale, ku mojemu rozczarowaniu, w ogóle nie był pod wrażeniem faktu, że rozumiemy o co w futbolu chodzi. Pewnie zaczaił, że to wiedza z serialu (a serial jest super, polecam o tutaj).

Tego dnia czuliśmy się jak królowie życia (a jeszcze nie byliśmy w San Diego!), więc zamiast do Walmartu poszliśmy do Targetu. Po darmowych drinkach mogliśmy więc spożywać kupione piwo i oglądać mecz jak prawdziwi Amerykanie, ot co! Piwo morelkowe, ale sport dla prawdziwych twardzieli, rozumiecie.

Palm Desert

Z Palm Desert do San Diego mieliśmy niecałe 4 godziny więc na południowy kraniec USA dotarliśmy dosyć wcześnie. Tutaj należy oddać Piotrkowi co piotrkowskie – to on jako pierwszy doczytał, że jeśli San Diego to tylko North Park. I jeśli macie zapamiętać z tego wpisu jedną rzecz, to niech będzie to informacja, że North Park to najlepsze miejsce na świecie. Przede wszystkim, to tam znajduje się mnóstwo świetnych miejscówek z jedzeniem, sklepików, w których mogłabym spędzić całe dnie i barów ze świetnym piwem. Ach, bo San Diego to amerykańska stolica piwa kraftowego – czy jest coś czego to miasto nie ma? Poza tym w North Park nie ma za wiele turystów, nad okolicą latają ładne samoloty, a wszystkie ulice wyglądają jak amerykański sen.

Zgodnie z tradycją, noclegi w dużych miastach bukowaliśmy już jakiś czas przed wylotem. Staraliśmy się znaleźć ciekawe airbnb tak, żeby przy okazji móc porozmawiać z lokalsami. W San Diego trafiliśmy fantastycznie (a jakże). Zatrzymaliśmy się u bardzo kochanej starszej pani – Judy, która w swoim ogrodzie przygotowała mini-mieszkanka, takie z pokojo-kuchnią i łazienką, na kilka nocy idealne. Babcia Judy nie poprzestała na miłym powitaniu i obowiązkowym zachwycie nad tym jak wspaniale, że byliśmy w Wielkim Kanionie, bo to najpiękniejsze miejsce na Ziemi (babcia Judy zdawała się nie pamiętać, że mieszka w San Diego). Zostawiła nam w pokoju całe mnóstwo przekąsek i zbindowany plik kart menu z jej ulubionych restauracji. Były nawet notatki jakie dania wybrać, na kogo się powołać i gdzie jest wybór dań bez glutenu. Ach, babcia Judy.

Na zbindowany plik kartek oczywiście spojrzeliśmy, zresztą w poleconej przez Judy knajpce jedliśmy wspaniałe (i bezglutenowe) śniadania, ale nasz kulinarny cel był jeden i nazywał się City Tacos. W zasadzie cele były dwa bo właściciele tego przybytku otworzyli niedawno w okolicy drugą restaurację zwaną Tostadas i to tam skierowaliśmy swoje kroki pierwszego dnia w San Diego.

Tostadas to miejsce gdzie można zjeść street food na bazie ceviche czyli surowej ryby (lub owoców morza) marynowych w soku z cytrusów. Jedzenie może i nie było specjalnie fotogeniczne, ale smakowo rewelacyjne:

San Diego - tostadas

Skoro San Diego, to musiała być też plaża. Zdecydowaliśmy się pojechać na Windansea Beach (po ostrym guglowaniu “best sunset in San Diego”) i co tu dużo mówić – zachód słońca dostarczył tego, czego zawsze oczekiwałam po Kalifornii. Do tego na plaży było prawie pusto, bardzo czysto, a co jakiś czas przebiegał miły pieseczek.

San Diego

San Diego

San Diego

San Diego

San Diego

Słońce zaszło, czas więc wrócić do North Park i korzystać z tego, z czego słynie. Udaliśmy się do Thorn Brewery, kraftowego browaru, który znajdował się dosłownie kilka kroków od naszego noclegu. Standardowo pooglądaliśmy trochę sportów – tym razem padło na baseball, którego albo za bardzo nie kumam, albo rzeczywiście gra się tak jak w naszego poczciwego palanta. Prawdziwą atrakcją wieczoru był jednak nasz sąsiad spod baru, pan, który popijał piwko z trzema mizialnymi pieskami ekstremalnie różnej wielkości, z których każdy posiadał widoczne ubytki, co czyniło je najpiękniejszymi nad Pacyfikiem. Piwko, Kalifornia i pieseczki – dziwicie się, że pokochałam San Diego?

Thorn piwo

Jeśli jednak jeszcze się dziwicie to posłuchajcie tego! Pod barem-browarem stał foodtruck z kebabem, na który przy wejściu nie mieliśmy siły, ale po jakimś czasie uznaliśmy, że opychanie się to jak zwiedzanie parków narodowych – trzeba! Właściciel przybytku, Turek, akurat tłumaczył lokalsom co to jest kebab, a następnie wytłumaczył nam, że sorry y’all ale zamykamy na dzisiaj, koniec kebaba.

I to był ten moment, w którym zapomniałam, że od rana jem chipsy, a na obiad wciągnęłam te skąpane w cytrusach krewetki – posypała się litania argumentów. Po pierwsze argument praktyczny – możemy dostać nawet mniej czy gorzej, ale chcemy zjeść. Argument ekskluzywny – że to pierwszy kebab na amerykańskiej ziemi, musimy go spróbować. Argument nostalgiczny – my z Polski, on z Turcji, dwa bratanki i tortilla z kebabem.

I wtem oczko się temu Turku zaświeciło. Poland? Nie no, ziomeczki, jak Poland to wy wiecie o kebabie wszystko. Do tego nie uwierzycie, ale jego żona też ma na imię Anna, jest co prawda nie z Polski tylko z Włoch, ale nie ma takich Włoch, których Jan Paweł II nam nie zjedna. Tak pięknie rozpoczętą przyjaźń należało przypieczętować dyskusją o tym jak ci jankesi to w ogóle się na kebabach nie znają, no i oczywiście samym kebsem, którego spożyliśmy na podłodze, bo nasz mieszkaniopokój nie posiadał stołu. Ale posiadał telewizorek taki jak w szpitalach zawieszony tylko bez automatu na dwa złote. Jedliśmy więc kebab made in ‘Merica i oglądaliśmy the Voice. #goals

Kebab

Wbrew pozorom hipsterskie dzielnice i piękne zachody słońca to nie wszystko co San Diego ma do zaoferowania. Jest słynne zoo, ale ja na ogrody zoologiczne reaguję niezbyt pozytywnie. Jest park wodny, ale come on, u mnie w domu ogląda się Blackfish, żadnych tresowanych zwierząt nie będzie. Ale wiecie co jeszcze jest w San Diego? Lotniskowce! Konkretnie to jeden lotniskowiec, USS Midway, jest w San Diego na stałe i spełnia rolę muzeum, a kilka innych w tym porcie stacjonuje kiedy nie ma nic ciekawszego do roboty na wodach świata.

Ja nie do końca byłam do tego Midwaya przekonana. Plan był taki żeby obskoczyć wojskowe tematy na szybko, a potem pochodzić wzdłuż wybrzeża. Skończyło się na tym, że przedłużaliśmy nasz bilet parkingowy, tak nam się w amerykańskiej armii podobało. USS Midway nie jest supernowoczesnym muzeum, ale ma w sobie coś niesamowicie autentycznego. Częściowo wpływają na to “porozrzucane” fragmenty samolotów (i całe maszyny), w których można usiąść i porobić sobie stylowe fotki:

San Diego - USA wycieczka

Pilot wojskowy całkiem

I chociaż udawania Toma Cruise’a z Top Guna czy Toma Hardy’ego z Dunkierki jest fajne, to całą robotę na tym pływającym-niepływającym muzeum robi obsługa. Otóż w USS Midway pracuje mnóstwo weteranów, a na pokładzie lotniskowca co chwilę odbywają się mini prelekcje prowadzone przez ludzi, którzy na tym małym skrawku pasa startowego lądowali. I ci panowie mają teraz ponad 60 lat, ale z kalifornijską opalenizną, sprężystym krokiem i lustrzanymi okularami-aviatorkami jakby nic się nie zmienili.

Może wstyd się przyznać, ale ja jakoś nigdy szczególnie nie dumałam o lotniskowcach i nie zastanawiałam się jak to się dzieje, że na tym krótkim kawałku płaskiej powierzchni lądowały samoloty. Chyba zakładałam, że po prostu jakoś udawało im się wyhamować. OTÓŻ NIE! Tam są liny, które łapią te samoloty, hyc! I startują też nie same tylko wystrzeliwuje je katapulta. No to teraz sobie wyobraźcie jaką miałam rozdziawioną buzię gdy takich rewelacji się w San Diego dowiadywałam.

Jeden z przewodników opowiadał nam o pozostałych lotniskowcach jakie widać było w porcie. I wspominał o takim lotniskowcu, który nazywa się Carl Vinson. Mój pierwszy instynkt to szybciutki wyguglać, co to za jeden, bo prezydenta takiego na pewno nie było. Ale drugi instynkt (przetrwania) kazał nie wyciągać telefonu, bo stropy niskie, a ja już rozpoczęłam dzień od zderzenia z drzewem (jeśli się przyjrzycie to na zdjęciu powyżej, tym w okularach przeciwsłonecznych, widać czerwony ślad po drzewie na czubku czoła). Nie minęło kilka minut, a uprzejmy pan weteran zapytał “A czy jest ktoś może kto wie kim był Carl Vinson?”. I nikt nie wiedział! Nikt! I jeśli kiedyś słyszeliście o tym, że ludzie na łożu śmierci nie żałują tego, co zrobili, a raczej tego, czego nie zrobili, to ja będę myśleć właśnie o tym jak nie zaimponowałam całej wycieczce. Ach, i okazało się, że pan Vinson to parlamentarzysta-rekordzista pod względem ilości czasu zasiadania w Kongresie. A poza tym był fujkowym segregacjonistą i nie chciał otwierać szkół dla uczniów wszystkich kolorów szkoły.

Ale mi nic nie mogło zepsuć humoru w San Diego.

Nic nie może zepsuć Ani humoru - rychtyg

USS Midway

USS Midway

USS Midway

Musicie wiedzieć, że tego dnia był wtorek, co jest bardzo istotne bo wtorek to Taco Tuesday w największej kulinarnej perełce naszego wyjazdu do USA czyli City Tacos. Tańsze tacosy, piwo w promocji, amerykańskie słońce – to było piękne popołudnie.

City Tacos - najlepsze tacosy w San Diego

A żeby wyjeżdżać z San Diego było nam jeszcze bardziej szkoda, okolica uraczyła nas wspaniałym wieczorem. Objedzeni tacosami znaleźliśmy najbardziej instagramową miejscówkę w mieście – sklep Pigment, który wewnątrz posiadał oszałamiającą kolekcję pięknych notesów i przyborów piśmienniczych, a na zewnątrz ścianę z sukulentami i neon, który mogłabym mieć nad łóżkiem.

San Diego - sklep Pigment

Ania i sukulenty

California Dreamin'

Zachód słońca w San Diego

Zachód słońca w San Diego

Jeszcze tylko spacer po North Parku przy zachodzie słońca, kraftowe piwo u sąsiadów w barze, premiera This is Us na szpitalnym telewizorku i tosty z awokado na śniadanie. Wzywało nas Los Angeles, a my wiedzieliśmy, że co jak co ale na tacosy i zachody słońca do San Diego to trzeba jeszcze przyjechać, czego i wam życzę.

You Might Also Like...

4 komentarze

  • Reply
    Krzysiek
    4 stycznia 2018 at 00:38

    Hahahaha, jaka koszulka z Drogą Mleczną! Masz dużego plusa.
    A jak już wygram w końcu te 190mln, to kupię sobie tam jakiś domek (tam, w sensie okolice San Diego, a nie na Drodze Mlecznej, ale kto wie…). A w ogóle, to zgłodniałem, idę spać.

    • Reply
      Ania
      5 stycznia 2018 at 13:30

      W Pan Tu nie Stał mają sporo odzieży astro-zorientowanej, polecam!

  • Reply
    Magdelena | palmtreeview
    4 stycznia 2018 at 22:15

    Jeju, byłam w San Diego, a mam wrażenie, jakbym czytała relację z zupełnie innego miejsca! Tylko te kilogramy taco’sów się zgadzają. Już pierwszego dnia zjadłam najlepsze taco całego wyjazdu (z krewetką!), a kolejnego próbowałam szaleństw z kaktusem. Mniam.
    Okej i całkiem możliwe, że palmy też były takie same 😉
    Ale… nie byliście na La Jolla, ponoć najpiękniejszej plaży w SD? Tylko tam popływasz z malymi rekinkami, a na Jola Cove ponurkujesz z fokami i lwami morskimi. To zdecydowanie moje ulubione wspomnienia z San Diego 🙂

    • Reply
      Ania
      5 stycznia 2018 at 13:29

      Windandsea jest częścią la Jolla więc troszkę jej piękna posmakowaliśmy, chociaż rekinków nie było (ale stay tuned, bo o rekinkach w następnych wpisach jeszcze będzie). A Twoje wrażenia z San Diego jakie są?

Leave a Reply