TV

Serial Chyłka: jak Remigiusz Mróz wypadł na ekranie?

Kiedy jakiś (dłuższy) czas temu gruchnęła wiadomość, że połowa telewizyjnej branży produkcyjnej pracuje właśnie nad adaptacjami Mroza, nie kryłam swojej ciekawości. Zarówno jako czytelniczka – bo z prozą Mroza znamy się dość dobrze i od czasu do czasu nawet się bardzo lubimy, ale też jako entuzjastka telewizji – skoro bolączką polskich seriali są często scenariusze, to tutaj z nośną historią raczej nie będzie problemu?

I jak wypadł na tle moich wysokich oczekiwań serial Chyłka? Ano wypadł jak z drona, którego zresztą było tyle, że zaczęłam podejrzewać produkcję o posiłkowanie się stock-materiałami promocyjnymi województwa Podlaskiego.

Właściwie mogłabym tutaj postawić kropkę-kropkę no nie?

Serial miał być dobry, a rozczarował mnie na kilka bolesnych sposobów – historia jakich wiele w każdym telewizyjnym sezonie.

Ale widzicie, cała zagwostka polega na tym, że Chyłki inni wcale aż tak nie kopią.

Przeciwnie – znalazłam całkiem sporo pozytywnych opinii. To może ja jednak przesadzam?

Osądźcie sami, ale najpierw przeczytajcie moją listę tego, co w serialu się udało, a co wyszło tanio i przyprawiało o ból zębów z zażenowania.


Uwaga
: To nie jest recenzja spoilerowa – można przeczytać ją przed seansem i nadal zaskakiwać się fabularnymi twistami (come on, to adaptacja Mroza, wiadomo, że będą przewroty i przerzutki!).

Gdzie obejrzeć serial Chyłka? Póki co jedynie na platformie player.pl (i to nie za darmo, chociaż nie przesadzajmy – jednorazowy zakup “miesiąca premium” to jakieś 15 złotych, nadal mniej niż bilety do kina).

Ale, ale! Jeśli z playerem wam nie po drodze, to już na przełomie lutego i marca Chyłkę można będzie oglądać na TVN.

Czy to oburzające? Dla mnie nie bardzo, bo płatność za dostęp do serialu na dwa miesiące wcześniej nie wydaje mi się niczym nieuczciwym. Gorzej jeśli zaklinano się na to, że serial na zawsze już będzie dostępny tylko dla użytkowników premium, ale ja takich obietnic nie widziałam, jeśli istnieją, to koniecznie oświećcie mnie.

 

Serial Chyłka, a książki Remigiusza Mroza – co warto wiedzieć?

Napisanie, że serial Chyłka jest po prostu adaptacją prozy znanego polskiego autora powieści (przede wszystkim) kryminalnych, to może być trochę za mało, zwłaszcza dla tych, którzy ze wspomnianą prozą nie mieli kontaktu.

Konkretniej chodzi o serię “z Joanną Chyłką” składającą się w chwili pisania tego posta z ośmiu tomów. I czego w tych ośmiu tomach nie było! Oprócz całego katalogu przestępstw i terminów prawniczych były też mniej lub bardziej udane (pod względem fabularnym i pod względem ludzkim) koleje losu głównych bohaterów cyklu. Wśród nich jest Chyłka, czyli kobieta-rakieta w todze adwokackiej, oraz jej wierny towarzysz na sali sądowej i poza nią – Kordian zwany Zordonem.

Więcej właściwie nie musicie wiedzieć, a i protagoniści zostaną w serialu należycie przedstawieni. Tym, na co chcę zwrócić uwagę jest dobór książki, do serialowej ekranizacji. Otóż z całej wesołej ósemki wybrano… tom drugi. Oczywiście, wmieszano do niego elementy części premierowej, w końcu jakoś bohaterowie musieli się poznać, ale główną osią fabularną serialu Chyłka jest historia przedstawiona w drugiej części sagi książkowej.

I być może nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego gdyby nie to, że Zaginięcie to książka, która, pod względem głównej zagadki kryminalnej, jest dla mnie gdzieś hen na szarym końcu cyklu. Naprawdę daleko jej do ekscytujących twistów z otwierającej cykl Kasacji (wydarzenia z tej części zostały w serialu zasygnalizowane na jego samym początku i samym końcu – trochę to więc wprowadzenie, a trochę teaser potencjalnego kolejnego sezonu) i wariackich, ale przynajmniej trzymających na baczność historii z niektórych późniejszych tomów.  

Dlaczego wybrano akurat Zaginięcie? Być może dlatego, że główny magnes fabularny jest sprawdzony: zaginione dziecko, podejrzani rodzice, same old, same old. Wydaje mi się, że można było widzów potraktować jednak mocniejszym (dosłownie) uderzeniem, bo konstrukcja Zaginięcia wpłynęła moim zdaniem negatywnie na temperaturę serialu. Ale o tym poniżej i to nie tak od razu, bo najpierw sumiennie wymienię zupełnie obiecujące składniki serialowej Chyłki.

 

W jakich elementach Chyłka powinna błyszczeć?

To naprawdę nie jest serial robiony przez ludzi z korytarzowej łapanki. Reżyseruje Łukasz Palkowski, czyli pan, który sprawił, że kardiochirurgia jest sexy. Ja tam mam przy jego nazwisku serialową małą gwiazdkę, bo w przeciwieństwie do wielu zupełnie nie zachwyciłam się Belfrem. Ale z gwiazdką czy bez, Palkowski byle czego nie wypuści.

Przybiłam sama sobie piątkę też kiedy zobaczyłam kto odpowiada za muzykę do serialu. Bartosz Chajdecki, znany z bycia nadwornym kompozytorem Macieja Pieprzycy (za co +10 pkt na starcie) oraz ze skomponowania niezwykłego soundtracku do Kruka, który brzmi jakby Chajdecki całe życie spędził w Puszczy Augustowskiej i wiele na temat Podlasia rozumiał. Podpisuję się pod tym nie tylko ja, nędzna turystka, ale zasięgnęłam w tej kwestii języka u autochtonów.  

Obsada aktorska w serialu to bez cienia ironii hit za hitem. Cielecka jak nikt potrafi rzucić ładne wypierdalaj, a to w roli Chyłki absolutny mus. Pławiak jest sympatyczny i dobrze wchodzi w role chłopaków, z którymi widzieć nas chcą nasze matki. Bracia Żurawscy to moi ulubieńcy od bardzo dawna (konkretnie to Michał od Czarnego, Piotr od Opowieści z chłodni), a na Piotra Głowackiego nie mówimy w mieszkaniu inaczej niż “Pioooootruś!” i mam nadzieję, że liczba o w zapisie wiernie oddaje zachwycony ton.

Lubię też Warnke, lubię Bołądź, a kiedy już poznałam, że jednego z bohaterów gra Szymon Bobrowski (zajęło mi to całkiem długo), to okrzykowi “Oo!” towarzyszyło prawie tyle “o” na ile normalnie może liczyć tylko Piotr G.

Mogłabym wymieniać jeszcze przez co najmniej dwa akapity, ale poprzestanę na krótkim podsumowaniu – nazwiska się zgadzały.

Co jeszcze miało się zgadzać? No Chyłka miała się zgadzać, a z nią jej poczynania. Mróz zawsze wydawał mi się autorem “serialowym” – jest wartko, dużo gadają, a atrakcją dla czytelnika nie są (p)opisy odautorskie, a raczej interakcje między bohaterami.

Czyli co?
Nie może się nie udać, mówicie?
Potrzymajcie moją sojową latte, powiedział ktoś z produkcji.

 

Do czego mam zastrzeżenia?

Zacznijmy od słonia w pokoju – trochę z Chyłki zawiewa bidą. Za cienka w butach jestem, żeby robić produkcji dokładną wiwisekcję, ale budżet poszedł chyba w większości na gwiazdorskie gaże i drona. Skąd wiem? Ano na przykład ze sceny wypadku samochodowego, z której śmiałaby się sama Hanka Mostowiak i jej kartony. Ręka spotykała się z twarzą przy rozmowach telefonicznych, na których ewidentnie było widać włączone menu telefonu (a nie ekran rozmowy). Zabolała też scena, w której Chyłka, w książkach wierna użytkowniczka czarnych bumerów, w serialu dostaje Lexusa, który nie wiem czy wiecie, ale jest piękny i elegancki i jest też hybrid – wiem, bo wszystko w zbliżeniach mi pokazano. BMW nie chciało sypnąć pieniążkiem?

Ale wiecie co było z kategorii “przyoszczędziliśmy” najgorsze? Sytuacja z Iron Maiden była najgorsza. I musicie uwierzyć mi na słowo, nie mam w tym żadnego uczuciowego interesu, bo ajroni ani mnie ziębią ani grzeją, a ich stała obecność w książkowej wersji opowieści bywa dość irytująca. ALE, ALE. W serialu nie dość, że Iron Maiden (ukochany zespół Chyłki) się nie objawia, co mogę jeszcze zrozumieć, bo funt to funt i trochę kosztuje, ale to że np. dzwonek telefonu tytułowej bohaterki zmieniono na jakieś kuriozalne midi-gitarki, które mają udawać cinszki mietal to jest naprawdę obciach. Zresztą gitarki jak z katalogu darmowych dźwięków towarzyszą nam co jakiś czas i nie jest to miłe towarzystwo. Muzycznie miałam względem Chyłki duże oczekiwania i na oczekiwaniach się skończyło.

Trochę smutno mi też, że nie udało się chyba do końca wykorzystać potencjału Podlasia. Z jednej strony mamy dom jak z okładki magazynu o sielskim życiu i mamy nieśmiertelne ujęcia dronem, ale gdyby nie to, że doskonale poznaję okolice rynku w Augustowie (o, a tu mamo jadłam rewelacyjną sałatkę), to spokojnie uwierzyłabym, że serial nakręcono w Ełku czy Złotowie – i tu i tu jest jezioro.

Skoro już tak piałam nad aktorską listą płac, to wypada teraz nazwiska z występu rozliczyć – i rozliczenie to wypada nadzwyczaj przyzwoicie, ot jedynie powszechnie chwalony Filip Pławiak grał momentami jak na mój gust trochę za bardzo “naturalnie”. Było też trochę ról, którym klaskałam szczególnie – tutaj warto wymienić Haniszewskiego, który jest w stanie, wiemy to już prawie na pewno, zagrać wszystkich i wszystko, oraz Maciej Mikołajczyk, który jest Dorocińskim 2.0 jeśli chodzi o smuteczki w postaciach.  

Tylko, że wiecie, co z tego, że ktoś gra jak z nut, kiedy postać napisana jest z wieloma fałszami? A takich postaci tu nie brakuje, być może dlatego, że 7 odcinków nie wystarczyło na wiarygodne sportretowanie każdego. Weźmy Głowackiego na przykład – grany przez niego podlaski prokurator ma swoje mocne momenty (dzięki Głowackiemu głównie), ale po siedmiu odcinkach ja nadal nie wiedziałam kim on jest, o co mu chodzi i czy mam mu kibicować. Być może na drugim planie takie kwestie można jeszcze wybaczyć, ale problem dotyczy też (a może przede wszystkim) głównych bohaterów. O Zordonie-Kordianie nie wiemy właściwie nic, a Chyłka? Chyłka została delikatnie posypana różnymi możliwymi konfliktami wewnętrznymi – tu problem z ojcem, tu pociąg do kieliszka, tu jakieś trudności w stosunkach z siostrą, tu niejasna relacja z kolegą z kancelarii – było tego dużo, a wszystko było zasygnalizowane, ale nie sprawiło, żebym się losem Chyłki przejęła lub jakoś szczególnie jej punkt widzenia zrozumiała.

Wiecie czym jeszcze się nieszczególnie przejęłam? Zaginioną Nicolą, z obawy o los której powinnam chyba gryźć hybrydę na paznokciach. Nie gryzłam, a okoliczności ku temu były może przez pierwsze trzy odcinki. Czy tylko ja miałam wrażenie, że z odcinka na odcinek “główny” wątek kryminalny sezonu tracił na ważności, a w finale to już w ogóle był jakimś powidokiem, od którego znacznie ciekawszy jest Jakub Gierszał pijący smoothie? Być może broni się to lepiej jako całość, ale oglądając sezon “po odcinku” (w moim wypadku było “po dwa”), trudno było oprzeć się wrażeniu, że niewiele dla widzów zostawiono po obfitych w wydarzenia odcinkach premierowych.

Na koniec zostawiam postać Kormaka, który w książkach jest dość intrygującym researcherem z zamiłowaniem do twardych narkotyków. W serialu jest niezbyt intrygujący, niezbyt sympatyczny, a do tego przepraszam bardzo, ale ktokolwiek z widzów jeszcze kupuje “hakerskie” atrybuty stereotypowego IT guya (których, oddajmy Mrozowi co mroźne, w książce raczej nie ma, research pan Remigiusz robi naprawdę porządny)? Nie wiem co musiał czuć Piotr Żurawski, który przecież zupełnie niedawno zagrał w Kamperze czyli jednym z bardziej autentycznych pod względem zaprezentowania branży IT polskich filmów. Dość powiedzieć, że nawet jego wrodzona fajność nie uratowała tej postaci przez powodowaniem bólu zębów.

 

Czy warto Chyłkę w ogóle obejrzeć?

Inni mówią, że warto – ja oceniam nieco chłodniej, ale nadal uważam, że serial Chyłka – ale z innym niż Zaginięcie materiałem (i lepszym scenariuszem), to może być to! Czekam więc na informacje o kolejnym sezonie, a w międzyczasie zapraszam was do wyrażenia swojej opinii na temat serialu w komentarzach. Pykło czy nie pykło?

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply