Ania w kinie Bardzo Rychtyg Książki TV

Treści, które polecam – czyli Bardzo Rychtyg w nowej odsłonie

Bardzo Rychtyg to cykl postów, w którym polecam najróżniejsze rzeczy, które jednak można zamknąć w obszernej kategorii “treści”. Są to bowiem filmy, są seriale, książki, gry – czasem trafią się też elementy nietreściowe, ale na pewno treściwe, więc z góry proszę o przebaczenie.

Dotychczas, z różnym skutkiem, starałam się zamykać polecane tytuły w jednej tematycznej szufladzie. Było więc coś o krzywdzie, coś o drodze czy nawet coś o przedwiośniu.

Postanowiłam jednak te szuflady z etykietami wywalić do góry nogami i w trosce o aktualność treści (no bo kiedy wam opowiedzieć o nowym odkryciu jeśli nie teraz) poprzestać na polecaniu tego, co wpadło mi w oko i zapadło w pamięć w ostatnim czasie. I tak oto, moi drodzy treść wygrała z formą, a wy nie musicie na rekomendację nowego True Detective czekać na miesiąc, w którym stworzę całe zestawienie o głębokim amerykańskim południu.

Od razu uprzedzam, że przez całe te restrukturyzacje i pierestrojki trochę tych treści, które polecam się uzbierało. Dzisiaj więc będzie obficie, a zaczniemy od kategorii najchudszej, a będzie to kino:

 

Filmy:

Ile ja polowałam na Lady Bird! I nie żeby polowanie było jakieś szczególnie wymagające, bo od dobrych kilku miesięcy film był do wypożyczenia w moich ulubionych serwisach (Chili Movies i Google Play Movies – w którejkolwiek dadzą akurat wersję bez lektora, bo i takie kwiatuszki nam się zdarzały). Trudnością było namówienie kogokolwiek na wspólny seans. I mam nadzieję, tak w głębi duszy, że zakrzykniecie trochę “Ania z kim ty się prowadzasz, ja to bym z chęcią Lady Bird oglądał/a!”. Ale widzicie, mamy w domu taką zasadę, że kiedy którykolwiek z mieszkańców kanapy przed telewizorem powie “veto, nie chcę tego oglądać”, to można to veto unieważnić jedynie wtedy jeśli punktacja danego filmu na imdb jest większa lub równa 7,5.

Tak, uważam, że algorytmy w życiu towarzyskim są istotne.

Ale co z tego, że algorytm istotny i chęci dobre, skoro jak na złość Lady Bird na imdb ma… 7,4. No i figa z makiem Aniu, oglądasz Interstellar.

Ok, sporo miejsca poświęciłam temu jak Lady Bird nie oglądałam, więc może czas opowiedzieć o tym, co pomyślałam kiedy w końcu zaplanowałam seans – zbuntowany współkanapowiec uznał, że ok, jednym okiem obejrzy. A trzeba było dwoma i to szeroko otwartymi, bo Lady Bird jest naprawdę świetnym filmem. Nie spodziewajcie się wielkich fabularnych wolt, nie będzie też pędzącej akcji czy kadrów zapierających dech w piersiach. Ale jeśli lubicie kino delikatne, prawdziwe i pogodne w swojej zwyczajności, to Lady Bird wita. I zaprasza.

Jest to też filmowy dobitny dowód na to, że potrzebujemy więcej kobiet na krzesełku reżyserskim. Greta Gerwig pokazała tutaj taką prawdziwość o dorastaniu, kontaktach z rodzicami, z chłopakami, z przyjaciółmi, że ja, chociaż wychowana tysiące kilometrów od Sacramento, i tak kiwałam głową z potwierdzeniem, że #takbyło.   

Lady Bird to też festiwal aktorski – z jednej strony mamy watahę młodych gwiazd amerykańskiego kina, a z drugiej wspaniałą Laurie Metcalf (którą pewnie kojarzycie z telewizji – była i mamą Sheldona w The Big Bang Theory i sklepową porywaczką w Desperate Housewives). Metcalf zagrała tutaj wielką rolę i nic dziwnego, że do ostatniej chwili można było przypuszczać, że ma sporą szansę na Oscara (ostatecznie wygrała go Allison Janney – etatowa kosiarka nagród w zeszłym sezonie).

Ach pewnie ciekawi jesteście czy do filmu przekonał się fan kosmosu i algorytmów, mój współkanapowiec?

Kompletnie tego filmu nie pamiętam. Była ruda dziewczyna. To jest ta co ściemniała, że nie mieszka w tym domu, w którym mieszka? I jej tata był takim oldskulowym programistą. No, to coś tam pamiętam.

Niby się więc nie przekonał, ale co jest lepszą rekomendacją – 7,5 na imdb czy oldskulowy programista na ekranie, hm?

 

Zupełnie innym filmowym doświadczeniem okazał się seans Monumentu, chociaż zacznę od elementu, który oba seanse scala. Monument bowiem napisała i wyreżyserowała Jagoda Szelc – czyli znowu punkt dla zgrupowania wincyj kobiet w branży!

To skąd te inne doświadczenia przy oglądaniu? Po pierwsze stąd, że wylądowaliśmy w sali zastępczej remontowanego akurat kina studyjnego. Czyli jeśli kino studyjne to jest off, to sala zastępcza kina studyjnego to musi być głęboki off, nie? W każdym razie widzów było razem sześcioro, film oglądało się z perspektywy plażowych leżaków, a to, co widzieliśmy na ekranie idealnie z tym klimatem współgrało.

Wymieniłam dokładną liczbę widzów kinowych po to, żeby móc teraz dodać: było ich mniej niż głównych bohaterów w filmie. Wszystko dlatego, że Monument to film-dyplom dla grupy studentów łódzkiej filmówki. Każdy z dwudziestki (!) aktorów musiał więc “pograć” i mieć okazję do popisu. Brzmi jak przepis na katastrofę? A bynajmniej.

Powstał film na tyle ciekawy, że przed seansem przemawia do nas z ekranu sama reżyserka i namawia do oderwania się od przymusu interpretacji. Potem jest jeszcze ciekawiej – fabuła gra znanym schematem (grupa ludzi ma pracować w ustronnym hotelu gdzie zaczynają się dziać dziwne rzeczy), ale ogrywa go w sposób unikalny i interesujący. Jedynym rozczarowaniem była dla mnie końcówka, chociaż docenią ja ci, którzy lubią zakończenia otwarte, ale jednak z kluczem interpretacyjnym w zamku. Nie ma tutaj absolutnego “radź sobie sam teraz widzu”, no chyba, że padłam właśnie ofiarą zbyt szybkiej interpretacji tego, co zobaczyłam – widzicie co ten film ze mną zrobił?

Ostatnia uwaga – proszę uczyć się od Monumentu wykorzystywania małego filmowego budżetu do budowania obrazu, w którym ani razu nie bolą z żenady zęby. A mówimy o grozie, gdzie o ból zębów wyjątkowo łatwo.

Jeśli uda wam się wyłapać gdzieś seans, to polecam. O takie polskie kino pisałam.

Na deser w kategorii filmowej podrzucam dokument dostępny w serwisie Netflix. Nazywa się Fyre i traktuje o najbardziej instagramowym festiwalu świata (według reklam!) i tym co rozegrało się w rzeczywistości. W skrócie – miała być piękna plaża, influencerki i super zdjęcia, a było… trochę inaczej. Cokolwiek nie napiszę i tak nie oddam w całości skali tego przedsięwzięcia. Nasi poczciwi Janusze biznesu, są przy tej opowieści słodcy i niewinni.

Dla jednych jest to pewnie film głównie zabawny (hehe głupi ludzie myśleli, że będą imprezować z supermodelkami), ale z drugiej strony, ja znalazłam w nim sporo powodów do smutku. Niektórzy piszą, że pięknie obnaża startupową bańkę i (zdecydowanie) coś w tym jest, chociaż szczęki opadną przy seansie też tym z was, którzy ze startupami, secret projectami i jednorożcami nie mają za wiele wspólnego. Warto.

 

Seriale:

Na polu telewizyjnym działo się też sporo, chociaż największą ekscytację i tak wzbudzają powtórki Brooklyn 9-9 (to naprawdę jest genialna komedia). Poniższe nowości (z Netflix i HBO) wzbudzały u mnie cały przekrój emocji i właśnie w takich kategoriach postanowiłam je przedstawić:

Panie, kto to panu tak spier*olił?

Oj nie polubiliśmy się z The Umbrella Academy. A podchodziłam z niespotykanym dla mnie entuzjazmem. Podobał mi się koncept – niegdyś wunderkindy, a teraz dorośli z supermocami spotykają się na pogrzebie swojego adoptowanego ojca-filantropa, a potem miała być naparzanka w rytm dobrej muzyki. No i dobra muzyka była, to akurat serialowi przyznaję, ale między jedną a drugą naparzanką wpakowano tyle nudnej treści, że po trzech odcinkach wysiadłam – doczytałam resztę fabuły na Wikipedii, z ciekawości obejrzałam ostatni kwadrans finałowego odcinka i poszłam spać w poczuciu zaoszczędzonego czasu. Duży potencjał fabularno-obsadowy, straszne flaki z olejem na ekranie. A mogły być po prostu flaki, no może w sosie z absurdu jeszcze. Nic z tego, nie traćcie czasu.

Ta sekwencja była super! A potem już poszło łubudu na łeb na szyję.

 

Niby wszystko się zgadza, ale któryś raz to oglądam

Jak napisać detektywistyczny serial skrojony pode mnie? Wystarczy dać intrygującą zagadkę kryminalną, miejsce akcji zaplanować na amerykańskim południu, a do tego tak rozplanować rozwiązywanie głównej tajemnicy żebym nie zorientowała się w połowie serialu. Trzeci sezon True Detective dzielnie próbował, dał radę utrzymać mnie przed ekranem na wszystkie odcinki, ale po kilku tygodniach już nie do końca pamiętam o co chodziło. A takie Sharp Objects na przykład do teraz czuję w kościach i w zębach. Wszystko dlatego, że kryminalna intryga True Detective’a nie miała w sobie nic nowego, zaskakującego czy chwytającego za gardło. Wiem, wiem – zaginione dzieci zazwyczaj chwytają za gardło, no ale w telewizji tylko wtedy kiedy stoi za tym ciekawie poprowadzona historia.

Czym jeszcze jestem zmęczona w przypadku serialu HBO? Podobieństwem do sezonu pierwszego, który wszyscy oklaskiwali na stojąco, a ja – owszem z uśmiechem, ale jednak siedziałam na kanapie. Mówię tu nie tylko o podobieństwach zastanych – miejsce akcji, dwójka bohaterów, nawiązania do folkloru. Męczyło mnie głównie tempo serialu, nad którym unosił się komunikat “Ha! Tak wam się podobała metafizyka z pierwszego sezonu, to teraz poczujcie to samo”. Dobrze, że na pierwszym planie znalazł się Mahershala Ali, bo wydaje mi się, że nie przełączyłam kanału tylko ze względu na jego charyzmę.

Werdykt? Można, ale znacie to na pamięć.

 

Ej, to nie jest złe!

Przy okazji Umbrella Academy wspomniałam, że podchodzenie do nowości z entuzjazmem jest u mnie raczej rzadkie. Doskonałym tego przykładem jest Love Death Robots – niby wiedziałam, że David Fincher nie firmuje byle czego, ale z drugiej strony roboty i animacja to nie są moje ulubione tematy. Przekonała mnie dopiero pozytywna recenzja zasłyszana na łódzkim Teofilowie, a skoro jest to osiedle ze wszech miar utopijne i linearne, to i na robotach się znają.

Love Death Robots to zbiór animowanych krótkich metraży (od sześciu do dwudziestu minut), zrealizowanych w różnych stylach, których tematyka luźno nawiązuje do tytułu całej kolekcji. Czyli, że nie wszystko jest o robotach, chyba, że zinterpretujemy to tak, że jest – Jagoda Szelc mnie nauczyła otwartości w tej kwestii.

Fabularny poziom shortów jest nierówny, zdarzają się i takie, o których natychmiast się zapomina, ale nawet to wynagradza przekrój wizualny animacji – wow, jak to wszystko pięknie wygląda! Jeśli miałabym wyróżnić któreś odcinki, to wskazałabym na zabawne i intrygujące Alternate Histories, Suits, no i Secret War, które może i jest wyświechtane fabularnie, ale mnie Syberią zawsze kupisz!

Top 3 Piotrka? Sonnie’s Edge, Secret War, The Witness.

 

 

Tęsknię za skandynawskimi serialami

A tak, uczucie tęsknoty za chłodną kolorystyką, chłodną ekspresją i chłodnymi krajobrazami, było głównym powodem, dla którego dałam szansę serialowi, o którym mowa czyli netfliksowej produkcji Quicksand (Ruchome Piaski). Bo musicie wiedzieć, że Quicksand to wcale nie jest taki typowy kryminał-kryminał. Owszem – jest zbrodnia (w tym wypadku szkolna strzelanina), ale zamiast kto lub jak, raczej zadajemy pytanie dlaczego?.

Czy to mój ulubiony rodzaj serialu kryminalnego? Niekoniecznie, ja to lubię detektywować razem z postaciami. Quicksand dostał jednak szansę z racji bogatego rodowodu (maczali w nim palce autorzy genialnego Mostu nad Sundem) i z racji tego, że Skandynawia zawsze rozgrzewa moje serce.

Quicksand swoją szansę wykorzystał dobrze i wciągnął mnie na tyle, że został pochłonięty “na dwa razy” (to rzadkie!), a do tego ani razu nie wzbudził ziewnięcia (jeszcze rzadsze). Słowem – unikat, zwłaszcza jeśli lubicie psychologiczne fabuły. Ja klaszczę nad jakością tego serialu, ale trochę też czekam na kolejną propozycję, zwłaszcza jeśli będę mogła zgadywać kto i jak. W kwestii tęsknoty za Skandynawią na ekranie niewiele więc się ostatecznie zmieniło.

 

Yasss queen! Tak, tak, taaaak!

To jedyna słuszna reakcja na netfliksowe Sex Education. Ale ja – jak to ja – podchodziłam sceptycznie, a wszystko dlatego, że wydawało mi się, że to serial amerykański. A potomkowie purytan mogliby zrobić serial o czczeniu szatana, gryfonów i gargulców (pozdrawiam tych, którzy wiernie przy Riverdale trwają), ale edukacji seksualnej raczej tam nie ujrzysz. Co innego u ziomków z Wielkiej Brytanii, więc kiedy tylko dowiedziałam się, że mówią tu po angielsku-angielsku, a matkę głównego bohatera (terapeutkę seksuologiczną) gra Gillian Anderson – już nie potrzebowałam więcej argumentów. Może jeszcze ten, że w serialu miał być bohater, którego od razu pokocham, co oczywiście miało miejsce.

Ale o co właściwie chodzi? A o to, że serialowy syn wspomnianej Gillian Anderson zaczyna udzielać w swojej szkole porad seksuologicznych. Zaplecze merytoryczne ma w genach i w głowie, bo mama-Gillian chętnie dzieli się istotnymi lekcjami. Cała ta inicjatywa edukacyjna ma na celu podreperowanie zarówno pozycji towarzyskiej głównego bohatera jak i budżetu jego atrakcyjnej (wizualnie i intelektualnie) koleżanki.

Wszystko jest bardzo zabawne, trochę straszne – bo o rany, kto by chciał z powrotem wylądować w liceum – zwłaszcza w erze mediów społecznościowych, ale przede wszystkim bardzo podbijające serce. Ja szczególnie chwalę Sex Education za nieszablonowe podejście do bohaterów. Najpierw rysują nam podział “tego lub, a tego nie lub” grubą kreską, a potem każą dostrzec półcienie, przez które i tak wyrabiamy sobie własne zdanie. Bardzo to miłe.

No i jest potencjał na wyciskanie łez – zwłaszcza w wątku tego bohatera, którego to miałam od razu pokochać, sami zobaczycie i od razu będziecie wiedzieli o co chodzi.

 

Książki

Ci z was, którzy śledzą rychtygowe wpisy książkowe, wiedzą, że plany na 2019 są ambitne. Do czytania trzeba by się więc zabrać bez niepotrzebnej zwłoki, chociaż w pierwszej opisywanej dziś kategorii zwłoki zdecydowanie występowały. Kryminały? Serio? Nic nie poradzę – mogę doceniać piękną prozę i tropić kolejne perełki z zachodnich rynków, ale pomiędzy wielką literaturą zazwyczaj wjeżdża jakiś nieszczęśliwy policjant, ewentualnie wygadana prawniczka.

 

Kryminał

Nie ma co się krygować – królem powieści kryminalnej pierwszego kwartału 2019 jest Jakub Szamałek i jego Cokolwiek wybierzesz. To jest techno-thriller, czyli trochę takie Black Mirror w formie książki, tylko absolutnie z kategorii “to już się dzieje”. Wciągające, realistyczne, a do tego nie zawodzi na poziomie fabularnym. Ten ostatni komplement przyszedł mi na myśl dopiero po zakończeniu lektury, bo wcześniej umiałam skupić się tylko na tym, że oto czytam polski kryminał, w którym tłumaczy się czym jest SQL injection. Byłam tak zadowolona z poetyki i merytoryki książki (ze mnie żaden poważny hakier więc co jakiś czas konfrontowałam co bardziej zaskakujące fakty z wiedzą pewnego gościa w czarnej bluzie z kapturem – nie było zastrzeżeń), że aż sprawdziłam kim jest ten Jakub Szamałek i jakim cudem jest taki biegły w dziedzinie słowa pisanego i słowa programowanego. Otóż Jakub w swoim bio pisze o sobie tak:
Pisarz, scenarzysta studia CD Projekt RED (producent serii gier „Wiedźmin”). Absolwent Oksfordu, doktor archeologii śródziemnomorskiej Uniwersytetu w Cambridge, stypendysta Fundacji Billa i Melindy Gatesów.

Trudno to skomentować inaczej niż średnioelokwentnym “łał”, więc po prostu przejdę do kolejnych pozycji kryminalnych. Na odtrutkę po zadowoleniu z poprzedniej książki zaserwowałam sobie jedną z nowości Remigiusza Mroza czyli powieść Nieodgadniona – ojojoj, ale to było niedobre! Już pierwsza część z tego cyklu (czyli Nieodnaleziona), wydała mi się niepotrzebnie skomplikowana i niezbyt porywająca fabularnie. Po roku od lektury okazało się, że właściwie nic z książki nie pamiętam, a Mróz zaserwował mi test z lektury godny centralnej komisji egzaminacyjnej. Nieodgadniona nie ma litości dla tych czytelników, którzy niekoniecznie mają Nieodnalezioną w pamięci (mhm, też mi się oba tytuły myliły), przez co guglowałam frazy nieodnaleziona streszczenie czy nieodnaleziona jak się kończy. Niewiele to pomogło, bo Nieodgadniona cierpi na podobne problemy co jej poprzedniczka, a ja po miesiącu znowu pamiętam tylko to, że protagonista jest z Opola. Nie dla mnie.

Przemknęłam też przez najnowszą część Chyłki czyli Umorzenie. I tutaj akurat Mróz pokazał się z dużo lepszej strony – ostatni odcinek serii jest w zdecydowanie mocniejszej formie niż kilka poprzednich jego części, no i niż sama główna bohaterka, o co akurat nie jest trudno gdzieś od połowy drugiego tomu.

Skoro już przy seriach jesteśmy, to w celu kronikarskiej dokładności dodam jeszcze, że przebrnęłam przez dziewiąty (!) tom sagi o policjantach z Lipowa autorstwa Katarzyny Puzyńskiej. Przebrnęłam nie jest słowem przypadkowym – na czytniku tego nawet nie zauważyłam, ale w wersji papierowo-ceglastej powieść ma ponad 800 stron. I być może nie jest to błyskawiczny argument na fabularną przesadę książki, w końcu taka Anna Karenina ma 900 stron, a czyta się zupełnie gładko. Nora, bo tak nazywa się powieść o której mowa, do Anny Kareniny nie aspiruje chociażby dlatego, że latem w Brodnicy nie ma gdzie jeździć na łyżwach. Pociągów nad Bachotkiem też jak na lekarstwo. No i nie aspiruje też, bo jest kryminałem, do tego dziewiątym z serii, więc jak ktoś lubi ekipę z Lipowa i ich przygody, to na przedłużki w treści nie zwróci większej uwagi – tak też się stało w moim wypadku. Nadal utrzymuję, że cykl książek Puzyńskiej to idealny wczasowy kryminał made in Poland. Na kolejnych wczasach przeczytam więc pewnie część dziesiątą, bo zdążyła już powstać i jak donosi strona www autorki – ma marne 560 stron. To ze trzy razy mniej niż Wojna i Pokój, #taktylkomówię.

Ach, mam też coś z zagranicy! I właściwie to trochę kryminał – bo jednak trup się zaścielił od samego początku, ale lepszą szufladką dla tej pozycji będzie literatura młodzieżowa czy coraz popularniejsze u nas określenie YA (Young Adult [fiction]). Wszystko dlatego, że rzecz się dzieje i trup się ściele na terenie placówki oświatowej, a bohaterowie mogą już jeździć samochodem, ale jeszcze nie mogą spożywać alkoholu. I chociaż trzydziestoletnia czytelniczka pewnie nie była idealną personą konsumencką dla autorki powieści i jej wydawców, ale trzydziestoletnia czytelniczka bawiła się przy lekturze bardzo dobrze. Może i wy będziecie? Rzecz nazywa się Jedno z nas kłamie i jako niezobowiązująca książka na góra dwa popołudnia sprawdzi się świetnie.


Literatura Faktu

Wspominałam już o tym, że kryminały są moim czytelniczym marynowanym imbirem pomiędzy kolejnymi rolkami literatury wysokiej (właśnie z powodu skłonności do takich analogii nie piszę książek). Warto dodać, że równie chętnie sięgam po reportaże czy literaturę popularno-naukową w przerwie od fabuł. Na początku roku porwałam się na Sapiens. Od zwierząt do bogów, bo od dłuższego czasu słyszałam, że jeśli czytać o cywilizacji to tę oto książkę. I słusznie słyszałam, bo Harari zdobył mnie i ciekawostkami, i unikalnym spojrzeniem na różne tematy, i dostępnością tej pozycji – wcale nie trzeba być zaawansowanym pasjonatem historii, antropologii czy nauki aby się nią cieszyć. Na czytniku mam jego kolejne pozycje, ale zabiorę się za nie kiedy skończą mi się ciekawostki towarzyskie, a Sapiens… był ich turbogeneratorem. Warto przeczytać samemu, ale jest to też idealny pomysł na prezent, zwłaszcza jeśli chcemy podarować coś po prostu interesującego, bez ryzyka, że lektura będzie zbyt specjalistyczna.

Kolejne dwie pozycje w kategorii “na faktach” to efekt mojej zeszłorocznej fascynacji reportażami Justyny Kopińskiej i Wojciecha Tochmana. W kolekcji “przeczytane” brakowało mi jeszcze Z nienawiści do kobiet (to Kopińskiej) i Schodów się nie pali (to Tochmana). Nadrobiłam oba zbiory i oba zbiły mnie tak, jak tego oczekiwałam (chociaż Schodów się nie pali – 20 lat później, to dopiero byłby dla mnie hit, bo guglowanie “co się działo dalej” spędza mi zawsze sen z powiek).

Żeby nie było tak wszystko bardzo rychtyg w tej części niefabularnej, to dodam, że przegrałam nierówną walkę z książką Skazane. Historie prawdziwe (mhm, mogłam się spodziewać, co nie?). Miały być wywiady z Polkami osadzonymi w zakładach karnych. Temat wypróbowany, zresztą z sukcesem, przez Katarzynę Bondę, która napisała Polskie Morderczynie, a ja czytałam z zainteresowaniem i bez zażenowania. Przy Skazanych… byłam trochę zażenowana. Głównie dlatego, że czytałam transkrypcję ni to z sesji coachingowej ni to ankietowania do pracy naukowej.

Rozumiem to, że trzeba panie osadzone jakoś w rozmowę zaangażować, za zabójczy storytelling raczej nie siedzą – ale dałoby się to pewnie zrobić w sposób mniej rzewno-motywacyjny, a już na pewno mniej powtarzalny. W potokach ciągle podobnych (nie moich) łez (“z tęsknoty czy żalu?” – dopytywały autorki) dobrnęłam do 30% książki i poddałam się.

 

Literatura piękna

Właściwie to mogę zacząć od jednego jedynego rozczarowania powieściowego jakie spotkało mnie w ostatnich miesiącach. Chodzi o książkę Rozstanie, którą miałam wpisaną na listę “ściągnij i przeczytaj” od kilku ładnych miesięcy. Wszystko zapowiadało się zupełnie ciekawie – otóż pewna pani przyjeżdża do słonecznej Grecji z misją odnalezienia swojego męża, który od jakiegoś czasu nie daje znaku życia. Wszystko komplikuje fakt, że pani i zaginiony pan od jakiegoś czasu nie byli już razem, o czym pan nie poinformował nikogo. Pani więc jedzie do Grecji jako żona, a reszty nie będę wam spoilerować.

Teraz już nie jestem pewna co mną powodowało kiedy tak bardzo chciałam przeczytać tę książkę – czy zaintrygowała mnie fabuła czy zwiodła jakaś szczególnie pozytywna recenzja (dla porządku sprawdziłam czy Rozstanie nie było aby książką miesiąca w klubie książkowym Reese Witherspoon, bo to na pewno by skłoniło mnie do przeczytania, ale nie – to nie to!).

Wszystko na nic, bo Rozstanie okazało się być traumatyczne nie tylko dla rozstających się, ale i wiernej czytelniczki, która owszem – dotarła do mety, ale nie bez trudu. Piszę to jednak wyłącznie o moich subiektywnych odczuciach na temat książki – bo patrząc na nią obiektywnie, trudno nie zauważyć wielu zalet i wielu “haków” do dyskutowania w grupie – idealny materiał na lekturę szkolną. Po prostu we mnie nie wzbudziła nic, a skoro nie musiałam czytać jej na zajęcia w szkole, to i karteczkami samoprzylepnymi wszystkich motywów nie zaznaczałam. Trochę w sumie tęsknię za zajęciami z literatury, te karteczki to była ogromna przyjemność.

Wracając do Rozstania – wydaje mi się, że to jest powieść, która może u was wzbudzić zupełnie inne roz- niż u mnie. Jeśli więc zarys fabuły wywołuje u was zainteresowanie – można, na słabą literaturę się nie nadziejecie, a może nastąpi rozrzewnienie czy rozanielenie? Kto wie.   

Rozanielona i rozczulona byłam z kolei czytając powieść The Gunners Rebeki Kauffman, ale rozczarowani być może będziecie wy, bo póki co nic nie wiadomo o polskim wydaniu. Dla anglojęzycznych polecam oryginalną wersję językową, dla pozostałych – ściskanie kciuków za wydawnictwa.

Kciuki były też najwyraźniej ściskane za Wydawnictwo Poznańskie, bo w lutym wydano tam Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie. Kto lubi lepkie amerykańskie południe, ten kupi z zamkniętymi oczami, kto chce lepiej zrozumieć Amerykę, ten sięgnie z chęcią po tę książkę-klucz, a całą resztę mogę przekonywać tym, że to naprawdę piękna opowieść nawet bez zachwytów duszną atmosferą Bois Sauvage, Mississippi. Uwaga! Im dalej w las, tym robi się mniej realnie więc jeśli ktoś na element magiczny ma wyjątkowo silną alergię, to nie zalecam, lepiej smarować się Rozstaniem.

Na koniec spisu spraw książkowych, sprawa, a jakże, polska. W dwóch tomach. Pierwszym jest Nieczułość Martyny Bundy, czyli herstoria razy cztery. Cztery jak trzy siostry i ich matka kontra Kaszuby, historia, świat. Opowieść ciągnie się przez kilka dekad XX wieku ze wszystkimi ich konsekwencjami. Dla mnie – mieszkanki Krajny, czyli regionu z Kaszubami sąsiadującego, lektura była poruszająca, chociaż to może być odczucie wcale niezależne od miejsca urodzenia. Myślę, że to idealny obyczaj dla tych, którzy widzą przestrzeń do zagospodarowania pomiędzy Wielką Literaturą a książkami na plażę. Nieczułość wpada idealnie w kategorię “pomiędzy”, jest bardzo dobrze napisana, ale nie buduje zapory przed czytelnikiem. W bonusie zostawia jeszcze coś o czym można myśleć po lekturze, chociaż w moim przypadku cały ten emocjonalny bagaż nieco zbladł przy kolejnej czytanej książce – a był to opisywany niżej Małecki.

Konkretnie to Jakub Małecki, a jeszcze konkretniej to jego powieść Nikt nie idzie. Oj, ale mi to szybko poszło. Dawno nie czułam takiego magnesu przy lekturze, która może i przy Kareninie wygląda szczupło, ale łykanie książki w jedno popołudnie raczej rezerwowałam tylko dla zwolnień chorobowych i zakładów hazardowych. Jak się okazuje niesłusznie. Nikt nie idzie czytałam szybko, bo chciałam dowiedzieć się co będzie dalej, a przede wszystkim jak będzie dalej. Skąd taka potrzeba? Otóż stąd, że autor niby kroi nam literacką cebulę i często jest to zabieg, który wywołuje u mnie “nie-e, widzę, że próbujesz mnie rozpłakać, a figa!”, ale tutaj momenty wzruszenia czy poruszenia przychodzą albo w zaskakującej formie albo w zaskakującym czasie, działają. I je pamiętam doskonale, chociaż są w książce wątki, którym nie udaje się utrzymać pewnej wyjątkowości jaką czułam czytając większość tej powieści. Jaki procent uwiedzie was? Tego nie wiem, ale zaręczam, że warto spróbować mimo tego, że nawet nie napisałam wam o czym jest całe to Nikt nie idzie – ale to chyba trochę zepsułoby zabawę, więc proszę po prostu iść i czytać.

 

Internety

Kolejnym dodatkiem do cyklu treści, które polecam czyli Bardzo Rychtyg jest sekcja internetowa. A to dlatego, że co jakiś czas trafiam na ciekawe linki, którymi chciałabym się z rychtyg-czytelnikami podzielić. Oprócz ciekawostek z mniej lub bardziej anonimowej części internetu są też treści z polskiej blogosfery/vlogosfery/fanpagesfery – czyli praca ludzi, których nierzadko znam bliżej i chętnie korzystam z każdej okazji do rekomendowania. A jaka jest lepsza okazja niż takie moje blogowe wyliczanie-polecanie? No.

Zaczynamy tekstylnie, co wiernych czytelników powinno przyprawić o parsknięcie śmiechem, bo w kwestii stylizacji ubraniowych, to ja najbardziej lubię strój służbowy branży IT: klapki, dresik i koszula w kratę. Ale skoro nie jestem wybredna jeśli chodzi o trendy czy estetykę, to warto zwrócić uwagę na inny aspekt branży odzieżowej czyli etykę. Tylko, że nie do końca jest łatwo, bo każda (no prawie) marka twierdzi, że stara się spełniać najwyższe standardy. Jakiś czas temu odkryłam stronę (i appkę, której nie używam, bo jestem z tych dziadków, którym łatwiej na dużym ekranie wszystko), która pozwala mi myk-myk wpisać markę i sprawdzić jakie konkretnie najwyższe standardy stara się spełniać. Chodzi o Good on you, gdzie oprócz wspomnianego katalogu marek są też artykuły, w których znajduję masę ciekawych etycznych małych brandów, w których mogłabym się zaopatrywać w nowe dresiki i flanelki. Polecam wszystkim, którym bliski slow fashion, samo fashion już niekoniecznie.

Kolejnym odkryciem były dla mnie finansowe pamiętniki mieszkanek różnych miejsc świata (chociaż zazwyczaj USA). Regularnie publikuje je portal Refinery29 w swojej serii Money Diaries. Finansowe pamiętniki to szczere sprawozdania z codziennych wydatków w tygodniu z życia bohaterki – a przy okazji spojrzenie za kulisy różnych zawodów, stylów życia, przyzwyczajeń czy nałogów. Bardzo interesujące, a do tego wspiera autoanalizę – pomysł R29 zainspirował mnie do podsumowania moich wydatków kulturowych (skądś się te wszystkie książki biorą, no nie?). Spoiler jest taki, że jestem człowiekiem-abonamentem, a po szczegóły zapraszam niedługo na blog.

Coś dla miłośników Gry o Tron, zresztą nie-miłośników chyba już jak na lekarstwo, prawda? Ja sama wsiadłam z uśmiechem do hype traina i dałam się porwać Westerosmanii panującej przed ostatnim sezonem. Ale zanim dowiemy się kto ostatecznie zasiądzie na żelaznym tronie (ja jestem #teamGendry), warto spojrzeć na serial-fenomen pod nieco innym kątem. Na stronie Network of Thrones znajdują się przepiękne wizualizacje relacji między bohaterami i analizy “centralności” poszczególnych postaci. Warto przejrzeć dla ciekawostek – jeden z wpisów używa danych do zasugerowania, którego z głównych bohaterów czekają w ósmym sezonie najważniejsze wybory i wydarzenia (ale wiecie, nie dałabym sobie za to ręki uciąć…). A dla fanów i serialu i wizualizacji danych, to już w ogóle jazda obowiązkowa.

Wracamy na nasze polskie e-podwórko, gdzie czekają polecajki meteorologiczne. Z jednej strony lista wiosennych uciech u Kasi z Worqshop, która jest doskonałym punktem wyjścia dla ludzi, których trochę zaskoczyło to, że teraz jest jeszcze jasno jak odchodzimy od komputera po pracy. Z drugiej strony moja ulubiona aura “zimno i pieski” w prześwietnych vlogach z dalekiego wschodu od Gdzie Bądziów – cykl, który ja roboczo nazwałam Biełyje Mrozy. Ale mi się zachciało do Rosji jechać!

W oderwaniu od pór roku i w myśl zasady, że nie znasz dnia ani godziny, polecam też moje ulubione fanpejdże medyczno-czarnokomiczne (ale zawsze merytoryczne):

  • Patolodzy na klatce – content zdjęciowy często nieprzeznaczony dla delikatnych oczu, ale zawsze okraszony świetnym językiem (zresztą język to w ogóle regularny bohater na patologach). Ja uwielbiam za to, że prawie stutysięczna społeczność tej strony dyskutuje sobie o tym czy to co widać pod mikroskopem to raczej borówki w galaretce czy modra kapusta. Paulina, czyli naczelna patolożka na klatce wydaje za kilka dni książkę (znowu Wydawnictwo Poznańskie!), na którą powinni polować entuzjaści medycznych i patologicznych ciekawostek.
  • Pan pielęgniarka – mogłabym napisać “lajkowałam zanim był cool”, bo zdecydowanie robi się coraz bardziej cool. Opowieści z SORu, jak to na sorze bywa raczej straszno-śmieszne, ale storytelling na 5 z plusem.

 

Plik Google pokazuje że jestem na 12 stronie wpisu, co świadczy o tym, że nieuchronnie będę musiała zacząć porównywać Bardzo Rychtyg z Tołstojem. Podobnie jak Lew z Jasnej Polany kończę więc w okolicznościach okołoszpitalnych i wymagających interwencji patologa.

PS1: Mam nadzieję, że nie zamierzaliście właśnie sięgnąć po Annę Kareninę, bo trochę wam ją zepsułam.

PS2: Hype train nie pojawił się w tym wpisie przypadkiem #biednaAnna

You Might Also Like...

1 Comment

  • Reply
    nieśmigielska
    25 kwietnia 2019 at 02:16

    uff, a już myślalam, że nie znajdę wymówki żeby się wziąć za to, za co powinnam się wziąć i że za chwilę _naprawdę_ będę musiała się za to wziąć. dzięki, ania! wykorzystam dwie książki i jeden film (chciałabym dwa, ale skąd w necie wziąć monument, bo u mnie nawet w najbardziej głebokim offie chyba tego nie zagrają).

    co do seriali, to już wszystko oglądałam, jestem na nieustannym głodzie. ale pochwalę się, że w quicksand zgadłam ‚dlaczego’!

Leave a Reply