Podróże USA Roadtrip

Wielki Kanion, wielkie zimno, wielka szkoda, że zgubiłam ulubiony szalik

Każdy mędrzec wam powie, że nie wypada robić roadtripu po Kalifornii bez wizyty w Arizonie. Zresztą, i tak byliśmy już w Nevadzie, więc Wielki Kanion był o drobne kilka godzin samochodem.

Poznawać Arizonę zaczęliśmy od, a jakże, wizyty w Walmarcie. I znać było, że to już nie wielkomiejskie rejony Kalifornii. Mniej sześciopaków na brzuchu i codziennych uniformów ze stroju sportowego, a więcej wielopaków w wózkach zakupowych i tych słynnych elektrycznych pojazdów, którymi jeżdżą ci co bardziej otyli. A w kolejce do kasy przepuścił mnie pan z pistoletem przyczepionym do paska. Arizona to tzw. open carry state (broń można nosić “na widoku”, nie trzeba mieć do tego specjalnego pozwolenia) więc w zasadzie nie było w tym nic dziwnego, ale dla mnie miasteczko Kingman stało się przedsmakiem amerykańskiego południa. Zresztą, mimo, że Arizona jako taka nie wybrała Trumpa z oszałamiającą przewagą, to w tych okolicach zdobył on ponad 70% poparcia. Więc sami rozumiecie, make ‘Merica great again i te sprawy.

Zjeżdżając na stację benzynową zupełnie przypadkowo wylądowaliśmy w Seligman, znanym jako “miejsce narodzin trasy 66”. Słynna Route 66 nie istnieje już od ponad 30 lat, sukcesywnie wymieniana na międzystanowe autostrady. Dzisiaj zachowały się fragmenty, najczęściej oznaczane jako “Historic Route 66”. Swoją drogą, jeśli planujecie przejazd przez USA, warto zaznajomić się z systemem ich dróg krajobrazowych (National Scenic Byways). Najważniejsze z nich oznaczono jako “All-American Roads” (och, ta nazwa!) i w razie dylematów którędy jechać? można posiłkować się argumentem kulturowo-krajobrazowym.

Route 66

Droga do Wielkiego Kanionu wpisywała się w moje dotychczasowe spostrzeżenia o amerykańskich widokach czyli “nic i góry”. We wspomnianym Walmarcie zabawiliśmy nieco za długo więc do parku narodowego zawitaliśmy już po ciemku. Jak przystało na spontanicznych nas, wykupiliśmy sobie miejsce na campingu (Mather campground) dwa miesiące wcześniej. Czy potrzebnie? Miejscówka czekała na nas, więc trasę pokonywaliśmy bez stresu. Z drugiej strony okazało się, że następnego dnia bez większych problemów udało nam się pobyt o jeden dzień przedłużyć, więc pod koniec września i bez rezerwacji powinniście dać radę.

Rychtyg traska!
A na trasie robiliśmy takie instastory!

Jak wygląda miejsce na kampingu? Jest wielki kamień, na którym można pozować, ławeczka ze stolikiem i miejsce na ognisko. Toalety znajdują się w kilku miejscach kampingu, a prysznic (płatny, coś koło 2 dolków) – jedyny w okolicy, jest też zupełnie niedaleko.

Było już za późno na zwiedzanie krawędzi kanionu (no bo wiecie, można było ją przeoczyć), więc wybraliśmy się na gastroturystykę. Cała wioska otaczająca główne centrum turystyczne, jak to w amerykańskich parkach narodowych bywa, jest świetnie zorganizowana. Jeśli liczycie na obcowanie sam na sam z naturą to szukajcie noclegu albo na północnej krawędzi kanionu albo dalej od Visitor Center. My wtedy chcieliśmy poobcować głównie z jedzeniem i gorącymi napojami i przysięgam, że na widok Maswik Food Court dostałam lekkiego zawału z zachwytu. To taka typowa stołówka gdzie bierzesz tackę i nabierasz jedzenie, i przysięgam, że mało co mi smakowało jak tamtejszy hot dog.

Z mocnym postanowieniem obudzenia się przed wschodem słońca rozłożyliśmy więc nasze Mitsbushowe M0 (czujny widz zauważy, że oprócz nas w bagażniku mieściła się jeszcze waliza, to jest dopiero zdobycz japońskiej technologii!):

Mitsubishi Outlander czyli nasze M0

Tutaj jeszcze mały przegląd mody piżamowo-kanoniowej:

Zimno było!

Pewnie myślicie sobie, że nie wstaliśmy skoro świt, a nawet wcześniej! Otóż wstaliśmy, bo zimniło tak niemiłosiernie, że nie dało się już leżeć. Zapakowani w najcieplejsze ciuchy (pozdrawiamy turystę z polski który poszedł na krawędź w śpiworze, very smart!) podreptaliśmy w okolice punktu widokowego Mather Point. Nasz cel? Sprawdzić czy Wielki Kanion to rzeczywiście tak ze łzami w oczach się ogląda jak wszyscy mówią.

Wielki Kanion

Ania i Kanion

I jaka diagnoza? Jest przepięknie, no raczej! Problem w tym, że nasze oczekiwania zostały kosmicznie wywindowane przez tych, którzy ostrzegali, że mózg nam pęknie od tego jak bardzo na-własne-oczy Wielki Kanion przebija to, co można zobaczyć na zdjęciach czy filmach. Gwoli ścisłości – wygląda dokładnie tak jak widać na zdjęciach czy filmach, ale jest fajniej bo tam jesteś.

Największe zaskoczenie – zawsze myślałam, że kanion jest tak po prostu w dół długo i potem rzeka, coś. Tymczasem Wielki Kanion to mnóstwo pięter które kaskadują i kaskadują, aż daleko daleko na chwilę dosięgają dna. Przynajmniej jestem w stanie sobie teraz wyobrazić jak można zejść w dół kanionu.

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Ciekawostka na dziś: słynny finał Thelmy & Louise, w którym dziewczyny wjeżdżają samochodem prosto w kanionową przepaść, wcale nie nie był kręcony w Arizonie, a w Utah. Nie zmienia to faktu, że całkiem sporo ludzi próbuje powtórzyć ten wyczyn, z różnym skutkiem (no pewnie, że kartkowaliśmy Death in Grand Canyon, zresztą jest nawet wersja interaktywna).

Jedynym miejscem w okolicy gdzie było solidne wifi okazała się siedziba straży parku, tam też ujrzeliśmy dane pogodowe – otóż było nam zimno, bo temperatura spadła poniżej zera. Co gorsza, następnej nocy miało być podobnie. A my, przekonani o tym, że w samochodzie prędzej się udusisz niż zamarzniesz spaliśmy na kampingach z uchylonymi szybami. Dobrze, że nie było więcej wifi w parku, bo pewnie cały dzień guglowalibyśmy “czy można zamarznąć w samochodzie” i “czy można spać z zamkniętymi szybami”. Spoiler: nie wytrzymaliśmy świadomości, że możemy się udusić, więc w nocy okno uchyliliśmy i przeżyliśmy.

Skoro już tak świetnie nam szło radzenie sobie z życiem, postanowiliśmy pojechać na inny polecany punkt widokowy – Desert View Watchtower. Z głównej wioski to jakieś 40 minut samochodem, no chyba, że zatrzymujesz się co chwilę na zdjęcia, wtedy dużo dłużej. Trasa jest wyjątkowo malownicza, bo prowadzi wzdłuż krawędzi kanionu, a po drodze jest sporo spektakularnych punktów widokowych (Yaki point, Grandview point). Samo Desert View Watchtower, to jak sama nazwa wskazuje, wieża strażnicza, która wygląda jak zaginiona kuzynka Carcassonne, ale jest nieco kuriozalnym tworem powstałym już w XX wieku. Cóż – przynajmniej widok z góry jest ładny.

W okolicy wieży, wzdłuż krawędzi kanionu rozłożono ławeczki, można więc było poczytać i podumać w bardzo ciekawych okolicznościach. Okolicznościach o tyle dramatycznych, że właśnie na tej ławeczce zostawiłam mój ulubiony szalik, który miał mi uratować życie kolejnej mroźnej nocy. [*] Krajenka, wpisujcie miasta!

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Na zachód słońca wróciliśmy już w okolice Mather Point. Tym razem zachód przegrał ze wschodem, bo większość spektaklu rozegrała się gdzieś za chmurami. Wyjątkiem był już sam finał, niestety bez towarzyszenia kanionu – przynajmniej Piotrek załapał się się na Caspar-David-Friedrichowe zdjęcie.

Zachód za Wielkim Kanionem

Wielki Piotrek i Wielki Kanion

Zapadał zmrok, więc wypadało dokonać stosownych przygotowań do nocy na mrozie (bez szaliczka). Program przewidywał: kolację, kupno gorącej herbaty i wina, wymieszanie herbaty i wina, wypicie w szybkim tempie, sen. Zadziałało.

Mróz obudził nas znowu szybko, w sam raz na to, żeby na pożegnanie z parkiem narodowym zobaczyć wielkiego łosia. No i w sam raz na to, żeby pokonać najdłuższą trasę na naszej wyprawie: Wielki Kanion – Coachella.

You Might Also Like...

2 komentarze

  • Reply
    nieśmigielska
    11 grudnia 2017 at 20:41

    w razie czego – można spać w aucie przy zamkniętych oknach. nawet z dwiema parami butów i skarpet. po prostu zaparują Wam szyby i będzie śmierdziało, ale czego się nie robi, żeby nie zamarznąć!

  • Reply
    Magdelena | palm tree view
    18 grudnia 2017 at 08:02

    Kilka razy spaliśmy z zamkniętymi szybami i dało się przeżyć, choć w 4 osoby tak nachuchaliśmy, że zaparowały nam wszystkie szyby :o! Później nocowaliśmy praktycznie w namiotach i mimo pięciu warstw, wciąż było tak cholernie zimno!
    Btw. w okolicach Wielkiego Kanionu są świetne darmowe kempingi. Nie ma toalet i łazienek, ale są wytyczone miejsca z ogniskami i ławeczki (czasami). właśnie na takim kempingu byliśmy świadkami najpiękniejszego nocnego nieba, które widziałam w życiu <3

    Prawda, też to zauważyłam! Jeśli chodzi o politykę, między Kali a Arizoną jest przepaść na miarę Wielkiego Kanionu 🙂 kiedy w Kalifornii, ludzie zarabiają na siedzeniu na ulicy z transparentem f*ck trump, w Arizonie jak ciepłe bułeczki rozchodzą się czapeczki Make America great again. Najs!

Leave a Reply