Podróże USA Roadtrip

Witamy w San Francisco, nie patrz nikomu w oczy

– O zobacz, mała Ania!

To powiedział Piotrek o małej Japonce, która nagle wybiegła z samochodu, a potem orzygała wszystko wokół siebie.

I pewnie można doszukać się w tej scence rodzajowej i prawdy na temat mojej reakcji na jeżdżenie góra-dół po tych franciszkańskich pagórkach, a może nawet i głębszej metafory o smutnych niespodziankach, które czekają tuż za rogiem wypacykowanych domków. Może tak. Ale na pewno prawdą jest, że małej rzygającej Japonce nie dziwił się nikt. Bo czym tu się dziwić jak tyle innych zdziwień po drodze. Witamy w San Francisco.

O tym jak próbowaliśmy dotrzeć do USA, a wcale łatwo nie było, możesz przeczytać tutaj.

Wylądowaliśmy w naszej cygańskiej chatce (to nie my wymyśliliśmy, to pani z airbnb), która była przykładem wnętrza, którego bym nigdy sama nie umiała zaaranżować, bo nie ma takiego w katalogu IKEA, a do tego wnętrza, w którym wszystko jest tak łatwopalne, że poznanie kalifornijskich strażaków to tylko kwestia czasu. I pachniało Kujankami (dla Poznaniaków – Skorzęcinem, dla reszty świata – domkami znad jeziora).

cygańska chatka

Ale, ale przecież nie jesteśmy tu dla wzniecania pożarów w chatce, tylko dla popierdzielania po górkach. Nasza chatka była na samym szczycie bardzo długiej i bardzo prostej ulicy. I nie chciałabym żebyście zrozumieli mnie źle, to nie była pierdogórka, jakich wiele nad Wisłą i Wartą. O nie. To była stromizna z tych, na których musisz zaufać, że koniec góry gdzieś tam jest, bo go nie widać. Widok był przyjemny, a do tego oddalony o minutę od drzwi wejściowych, można się ocknąć, iść pokręcić wschód słońca, trzasnąć selfie i wrócić.

Market street

Widok z Market Street

Przyjechaliśmy do San Francisco, zrzuciliśmy walizki i postanowiliśmy iść obejrzeć najpiękniejsze miejsce w Ameryce. Whole Foods. Mhm, nie żartuję – o mojej miłości do Walmarta będzie przy okazji wizyt na prowincjach, wielkie sklepy w USA to jest jakiś kompletny czad. A w Whole Foods można jeszcze robić sobie sałatki na wagę i ja umiem zrobić taką co waży 5 dolarów. Sałateczka za 17 złotych to może nie jest szczyt oszczędności, bo na upartego można za to mieć dwa burgery, ale ja w mojej organicznej ekosałatce miałam groszek edamame, a jest to tak egzotyczna przyjemność, że właśnie musiałam wyguglać jak się pisze edamame. No, czyli fajnie, jesteśmy w dużym mieście i patrzymy na półki z przedrożoną organiczną żywnością. Wystarczy jeszcze naładować baterie chipsami (#nawyjeździemożna) i przygotować się na kilkanaście kilometrów i kilkadziesiąt pięter spaceru następnego dnia.

San Francisco - typowa ulica

Dwie rzeczy jakie najczęściej słyszałam o San Francisco? “Idealne do zwiedzania pieszo” i “Nie patrz nikomu w oczy”. O ile to drugie wydaje się mieć całkiem niezłą skuteczność, to przy pierwszym należy zaznaczyć, że przejść się da, ale ślady w postaci zakwasów zostaną. Warto, bo San Francisco to miasto wielu różnych galaktyk.
Zanim o galaktykach to jeszcze małe wyjaśnienie dla tych, którzy czytają ten post i myślą “do brzegu Ania, dawaj trochę o zwiedzaniu”. No więc my tak średnio z tym zwiedzaniem w tradycyjnym wydaniu. Mieliśmy krótką listę punktów obowiązkowych, przygotowaną raczej na podstawie wieloletnich wyobrażeń niż zaleceń przewodnickich, ale poza tym preferujemy łażenie po mieście i gastroturystykę. Januszki takie z nas, co zrobisz – czas na łażenie.

Zaczynamy w radosnym i tęczowym Castro. Idąc w stronę centrum widzimy coraz mniej słońca, bo budynki wokół nas rosną. Mijamy pracowników Twittera z pumpkin spice latte w ręku, rozgadanych do siebie brodaczy w szlafrokach i bezdomnych z kubeczkiem po pumpkin spice latte. Tu zresztą czas na kolejne objaśnienie. Spędziwszy pół roku studiów w Paryżu, wydawało mi się, że jestem całkowicie żuloodporna. Kto nigdy nie musiał przeskakiwać śpiworków z zawartością żeby wyjść z metra, ten w mieście światła nie był. No i San Francisco (a potem też Los Angeles), wniosły mój atlas bezdomnych na zupełnie nowy poziom, a to za sprawą wspomnianych rozgadanych do siebie ludzi. No, ale wiecie – główna zasada San Francisco? Nie patrzeć w oczy.

Gdzieś na wysokości zajezdni tych słynnych tramwajów (kolejka na jakiś milion kaliforniogodzin) skręcamy w złą uliczkę, to znaczy dobrą, bo prowadzi do naprawdę świetnych pączusiów z Mr Holmes Bakehouse, ale jednocześnie złą bo wylądowaliśmy w samym sercu Tenderloin. A Tenderloin moi mili to jest taka groza, że chłopaki z bram na Szamarzewskiego to przy tym miłe poznańskie grzdyle. Była 11:00 przed południem, a na jednej ulicy minęliśmy co najmniej kilka transakcji narkotykowych, ze dwie okazje do wybicia zębów, a do tego wyjadaną przez gołębie pizzę z pepperoni i odchodami. Fun times!

I najciekawsze jest to, że wystarczy przejść dwie ulice (i 4 górki) dalej, a znienacka wpadamy na willową aleję, której nie powstydziłaby się Brenda z Brandonem, a już na pewno nie Andrea, bo ona była biedniejsza. W willowej dzielnicy znaleźliśmy hawajską restaurację, w której stołowali się panowie policjanci więc wiedzieliśmy, że jedzenie będzie zabójczo smaczne (zażenowanym poziomem żartów powiem, że alternatywą było “skazane na sukces” – jaki blog, taki humor, co zrobisz). Nasze pierwsze spotkanie z fish tacos przebiegło tak dobrze, że nikt nie podejrzewałby, że żadne z nas jeszcze w życiu wody z oceanu to nawet nie dotknęło.

Ale największą zaletą willowej dzielnicy było to, że na horyzoncie zamajaczył Most.

Selfie z Golden Gate

Z Mostem to ja mam historię trudną. Bo to jedna z takich rzeczy, o której wiesz całe życie i która zdążyła już się wtopić w tę część twojej świadomości zarezerwowaną dla miejsc niedostępnych, bajkowych, filmowych i zamglonych. I jak potem widzisz, którąś z takich rzeczy to trochę cię zatyka i nie wiesz czy może nieco się wzruszyć, czy powiedzieć z blazą “meh, w Krajence też taki mamy”, czy po prostu rozdziawić buzię i postać trochę na środku ulicy.

I trudno mi rozmieszać uczucia po zobaczeniu Mostu. Przede wszystkim musicie wiedzieć, że jest bardzo daleko i całkiem wysoko. Wygodne buty trzeba mieć. Poza tym wieje okrutnie i pod mostem i na moście. A do tego buja się, a jak już ciężarówka obok przejedzie to już w ogóle ratuj się kto może. Czyli idziesz hen wysoko nad wodą, która nie wypuszcza tak łatwo i woli hyc na dno niż z powrotem do powietrza. Świat trochę się chybocze, po części przez konstrukcję mostu, po części przez konstrukcję głowy. Antyskoczkowe barierki zamontowano raczej bez przekonania, bo kończą się po kilkudziesięciu metrach i zostaje biedniutka barierka pod pachę. I obejrzawszy The Bridge i wszystkie te nogi jedna po drugiej nad tą właśnie barierką przekładane, to ja wolałam nawet blisko nie podchodzić. Ale napisy pomocowe są! I głoszą, że “there is hope”, więc nie zrażajcie się tak do końca moim opisem. Most zapiera dech w piersiach, ale zdecydowanie fajniej i mniej zatykająco robi to jak się na nim akurat nie stoi.

Widok z Golden Gate

Golden Gate Bridge

Swoją drogą, podobno mieliśmy wyjątkowe szczęście przeżyć cały słoneczny dzień bez ani jednej mostowej mgiełki.

Z Mostu do Mission wiozła nas Lyftem Pamela. Pamela ma 50 lat, raka i dorywczą robotę, właśnie w Lyfcie. Ogoloną głowę, kolorowe kolczyki i wroga numer jeden – Donalda Trumpa. Nie wiem jak wy, ale ja mam wrażenie, że my tu sobie w Polsce czasem śmieszkujemy z Amerykańców. Że Trumpa wybrali, że ale beka, że czupryna chomika, solareczka. A rozmowa z Pamelą o liberalnym wkurwie mnie mocno ze śmieszkowania wyleczyła. Stay gold, Pamela!

Z kolorowego wnętrza samochodu Pameli wlecieliśmy w kolorowe Mission, które trochę ma vibe Mielna, gdyby Mielno miało dobre żarcie, piękne murale i było w reżyserii Alejandro Gonzaleza Inarritu. Na wspomniane dobre żarcie idziemy do słynnej La Taquerii, o której oglądaliśmy jeszcze w Polsce piętnastominutowy dokument na YouTube. Podkreślam długość, bo samo jedzenie trwało dużo krócej. Atmosfera kultowości tak dała się we znaki Piotrkowi, że przypadkiem zamówił mi burrito prawie bez niczego (był ryż i była fasola!). I jak na burrito prawie bez niczego, to było bardzo zacne. Wracając do domu na wzgórzu przez głośne Mission (widzicie? Mielno!) trochę cieszymy się, że kilka dni wcześniej odwołali nam poprzednie Airbnb w tej okolicy i mogliśmy wylądować na samym szczycie pięknego Castro.

A Castro jest piękne, bo jest tęczowe. I wiadomo, najprędzej wzruszy mnie piesek, ale szczęśliwa jednopłciowa miłość jest bardzo wysoko na liście rzeczy, które sprawiają, że jest mi miło i przyjemnie. W Castro szczęście widać, z karteczkami na szybach “Happily Married for … years” na czele, tęczowymi przejściami dla pieszych i drag queens, namawiającymi do głosowania na siebie w nadchodzącym konkursie miss.

A w okolicy jest też Dolores Park, który wygląda jak idealny skwer pod idealną szkołą średnią z idealnych (a jakże) filmów amerykańskich. Tylko strasznie śmierdzi ziołem, co zresztą jest zmorą większości tego miasta (wiem, niektórzy lubią ten zapach, mnie odrzuca tak samo jak smród ptasich kup na deszczu). Ale można też popodziwiać reklamy startupów z marihuaną na dowóz i to jest, moi drodzy, wielki świat.

Mission Dolores Park

Kolejny dzień ma być luźniejszy. To nie znaczy, że zrobimy mniej niż kilkanaście kilometrów, ale większość z nich zrobimy przez duży park! Duże parki w Polsce to jest nasza poznańska stuhektarowa cytadela no i szczeciński cmentarz Ku Słońcu, po którym się jeździ samochodem i nie umiem się temu nadziwić. A Golden Gate Park, czyli parczek, który postanowiliśmy przejść wzdłuż (wszerz jest zdecydowanie mniej imponujący), to ponad 4 cytadele. I jest tam wszystko, od pola golfowego po wybieg dla bizonów. Nowojorski Central Park to przy tym mały pikuś (no, o jedną cytadelę mniejszy pikuś).

A skoro przez park było głównie płasko, to nie było wyjścia jak potem wejść najwyżej jak się da w okolicy. Wspominałam już o tym, że nasza chatka znajdowała się na szczycie górki. Ale to, co było szczytem szczytów dla ruchu samochodowego było jednocześnie podnóżem całkiem solidnej górki-górki, takiej z piaseczkiem i skałkami na szczycie – Corona Heights. I widok z Corona Heights, to jest widok pierwszorzędny – od Downtown do Twin Peaks. Zdecydowanie warto się wdrapywać.

Panorama z Corona Heights

To nie jest koniec naszej przygody w San Francisco, bo wrócimy jeszcze za trzy tygodnie (w czasie ówczesnym, ale właściwie w rzeczywistym też wyjdzie podobnie), aby zwiedzić tereny penitencjarne, piękne zamościa oraz podzwonić na policję, a jakże!

Czy 3 dni to za mało na to miasto? No pewnie, że tak. I koniecznie musimy tam wrócić zjeść burrito na wypasie i odwiedzić Coit Tower, którą zamykają o zbyt wczesnych godzinach.

Na ostateczne oceny czy i pod jakimi warunkami mogłabym w SF mieszkać, musicie jeszcze poczekać. Ale, ale! Za kilka dni na blog wjeżdża relacja z jednego z piękniejszych miejsc na świecie, i nie tylko dlatego, że są tam góry i niedźwiedzie.

You Might Also Like...

7 komentarzy

  • Reply
    nieśmigielska
    21 października 2017 at 21:49

    piotrek, jaki ostry dowcip, szacun. a nie ujawniał się. ps: ta mała japonka to mogłam być równie dobrze, dwa dni temu, w sarajewie. a nie – nie wysiadłam z auta, tylko szłam pieszo.

    hej, my tez wdepnęliśmy w tenderloin znienacka (to właściwie były nasze pierwsze minuty w SF, przyjechawszy z oakland) i tomasz do dziś wspomina „pana z kutasem w ręku”. piona!

  • Reply
    Monika Loryńska
    22 października 2017 at 12:24

    Super opis 🙂 Kurcze, marzę o San Francisco już od wielu lat i żeby nie wiem co, to kiedyś tam pojadę! A co!

    • Reply
      Ania
      22 października 2017 at 13:54

      A pewnie!

  • Reply
    Zawadiaka
    22 października 2017 at 12:40

    Świetnie piszesz! Naprawdę chce mi się Ciebie czytać, mimo że powoli redukuję liczbę polubionych blogów na Facebooku 😉 Przekonał mnie nie tylko Twój styl, ale rekomendowane filmy („Casting na JonBenet” jest w pełni rychtyg!). Pozdrawiam i trzymam kciuki za Twoją twórczość! Będę zaglądać!

    • Reply
      Ania
      22 października 2017 at 13:55

      Dziękuję bardzo! We wtorek wrzucam nowe polecajki, mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie 🙂

  • Reply
    Ola | Chasing Colors
    22 października 2017 at 17:55

    Od dziś mój ulubiony hasztag #nawyjeździemożna 😀
    San Francisco to moje marzenie, ale jednak tego mostu to się trochę boję, bo jeśli tak buja i jest trochę strasznie, to pewnie będę się cykać, jak już tam dotrę. No, ale super sprawa!

    • Reply
      Ania
      25 października 2017 at 17:06

      Cykanie się to moja podstawowa emocja! Ale i tak warto 🙂

Leave a Reply